ROBOTA
POD PRZYKRYWKĄ - NA WARIATA
Kazimierz W. jest słaby i wątły. O czasu do czasu w
jego głowie cos głośno huczało, mruczało a nogi plątały się jak po wypiciu pół
litra. Opowiadał lekarzowi, że pewniej chodzi po ulicy, gdy wypije litra wódki,
niż na trzeźwo. Dlatego też, aby sprawdzić, co w tej głowie tak huczy, Kazia
położono w szpitalu na obserwacji, informując go, że to niestety musi potrwać
jakiś czas.
Kaziowi się nudziło. Miał sąsiadów w
pokoju, miał dużą grupę pacjentów z całego Oddziału, ale nie mógł znaleźć z
nimi wspólnego języka. Jeden chodził po Oddziale z wywieszonym językiem i
udawał psa, drugi pluł po kątach, trzeci chodził po terenie i głaskał się po
jajach, inny znowuż patrzył, komu dać kuksańca w żebra. Sami wariaci. On szukał
kogoś, kogo dobrze znał. Bo wpadł już na pewien pomysł.
Przypomniał sobie, że jego oddany
kumpel Józef K. też korzystał z porad przychodni przy tym szpitalu. Zadzwonił
do Józia i zaprosił go na rozmowę w najbliższą niedziele. Józio miał akurat
trochę wolnego czasu, zwolnili go z firmy, w której stróżował, bo zabrał to, co
było kolegi. Z pracy go wyrzucili, więc był goły i chętny na wszystkie
propozycje.
Kazio wymyślił, że można by zarobić
parę ładnych groszy, robiąc numer z okradzeniem bogatego domu w ciągu dnia.
Alibi mają wspaniałe, tylko transport. Józio klasnął w ręce z radości, ciesząc
się, że nareszcie będzie miał parę groszy i przypomniał sobie, że Włodek P. ma
syrenką. Obmyślili wszystko dokładnie, nawet nowe skarpetki Józio poświęcił,
aby gospodyni nie mogła ich rozpoznać. Kazio załatwił przepustkę na chwilowe wyjście
ze szpitala i rozpoczęli działać. Zorganizowali spotkanie w mieszkaniu
Kazimierza, uzgodniono jak ubrani wchodzą do domu, co zabierają, jak pakują no
i najważniejsze, zobowiązano Władysława P. do zakrycia numerów rejestracyjnych
samochodu, obawiając się, że ktoś może je spisać. Szkopuł był ze skarpetkami,
były tylko dwie, a ich było trzech. Uzgodnili jednak, że skarpetki zakładają na
twarz Kazio z Józiem, bo będą bardziej widoczni, natomiast Włodek miał tylko na
chwilę pokazać swoją gębę, gdy będą wynosili fanty.
Takich
willi ja państwa S. w Komorowie jest wiele. Otoczona zielenią, ogrodzona
nowocześnie, zasobna. Dzień letni, godzina jedenasta. Właściciele, córka i zięć
w godzinach przedpołudniowych pracują, w domu pozostała tylko gospodyni Maria
R. Oczekując na umówionego hydraulika, mającego naprawić kapiące krany, Maria
bez sprawdzania otwiera drzwi wejściowe, po sygnalnym dzwonku.
Do mieszkania weszli dwaj zamaskowani
osobnicy, ukrywający twarze pod wełnianymi skarpetkami, z rękawiczkami na
rękach. Rzucili się na bezbronną kobietę, kneblując i zalepiając plastrem usta
i przywiązując sznurkami do krzesła. Z szaf wyrzucają na podłogę, co droższe
ubrania, kożuchy, płaszcze skórzane, z biurka zabierają szkatułkę z biżuterią a
z szuflad pieniądze. Biorą wszystko, co cenne a da się unieść.
Zebrane rzeczy gromadzą w jednym miejscu, wiążą w
tobołki i wówczas zjawia się trzeci osobnik z odkrytą twarzą, jakby nie
obawiający się widzącej go gospodyni. Pomaga pozostałej dwójce wynosić tobołki
ze skradzioną odzieżą do samochodu, którym podjechał pod dom. Przywiązana do
krzesła pani Maria samochodu nie widzi, słyszy jedynie nierówną pracę silnika.
Za chwilę obrabowana willa pustoszeje.
Trzy godziny pani Maria wyswobadzała
się z więzów, ale w końcu udało się. Ledwie żywa z przerażenia, zmęczenia i
emocji dociera do sąsiadów i prosi o zawiadomienie milicji.
Na szczęście, pani Maria trochę
ochłonęła po przebytym napadzie, odświeżyła pamięć i wiedziona pytaniami
przesłuchującego podała szczegółowy opis trzeciego osobnika, pomagającego w
wynoszeniu zrabowanych rzeczy. Słyszała samochód podjeżdżający pod dom,
słyszała nierówną pracę silnika, jednak nie mogła jednak podać marki tego samochodu.
Markę samochodu podał dalszy sąsiad.
Pan Ryszard wyszedł z domu, kierując się do pobliskiego sklepu i w pewnym
momencie zauważył dziwnie jadący samochód. Wysokie obroty silnika samochodu
wskazywały, że pędzi on z prędkością prawie sto kilometrów, ale jak się na
niego spojrzało, to jechał nie szybciej niż dziesięć do piętnastu kilometrów,
przy czym ciągnęła się za nim gęsta smuga ciemnego dymu. Pan Ryszard zobaczył,
że ta polska syrenka na pruszkowskich numerach, dziwnie manewruje przy wejściu
na posesję sąsiada. Zapisał numer samochodu i poszedł do sklepu. Gdy wrócił,
samochodu pod posesją sąsiada już nie było.
Gdy zapukaliśmy do domku pana
Ryszarda, czekało nas miłe zaskoczenie. Pan Ryszard miał numer rejestracyjny
syrenki, natomiast pani Maria rysopis trzeciego sprawcy. Ustaliliśmy, że
kierowcą syrenki był Włodzimierz P., mieszkaniec pobliskiego Pruszkowa, znany
miejscowemu dzielnicowemu.
Zatrzymany Włodzimierz P. początkowo
unikał odpowiedzi na wszelkie stawiane pytania. Pani Maria wskazała na niego
palcem jako na tego, co z tobołkami wychodził z domu państwa S. Po okazaniu,
oczywiście sprostował swoje wyjaśnienia, opowiadając o pomocy, jakiej udzielił
dwóm nieznanym mężczyznom, poznanym na niedalekiej stacji benzynowej.
Mężczyźni ci prosili go o pomoc przy przeprowadzce z
rodzinnego domu jednego z nich, do domu w położonym niedaleko Pruszkowie.
Władysław P. nie pamiętał dokładnie, w które miejsce zawiózł poznanych
mężczyzn, ale faktem jest, przyznaje, że pytał, dlaczego zabierają tobołki z
odzieżą a nie meble. Mieli odpowiedzieć krótko. Meble do syrenki nie wejdą.
Dzielnicowy nie dał za wygraną, tylko
zaczął przeglądać informacje o kontaktach naszego pana Włodzimierza. Ustalił,
że koleguje się mocno z Kaziem i Józiem, z którymi systematycznie, co dwa lata
idzie na odsiadkę na dwa lata i tak w kółko. Obaj pasowali do zewnętrznego
opisu pani Marii, ale szkopuł tkwił w tym, że obaj mieli mocne alibi. Pokazali
karty pobytu...... w szpitalu w Tworkach.
Po dokładnym sprawdzeniu okazało się jednak, że w
czasie dokonywania przestępstwa, jeden miał przepustkę do domu a drugi nie był
leczony stacjonarnie. No i alibi obalono.
Nie wytłumaczyli się z dużej ilości przedmiotów,
znalezionych w mieszkaniach Kazimierza i Józefa a skradzionych państwu S..
Wszyscy trzej stanęli przed Sądem. Państwo S. odzyskali prawie wszystkie swoje
przedmioty. Poza butelką wódki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz