piątek, 29 listopada 2013

Naiwnych nie sieją.

          Pewnego jesiennego wieczoru uważny czytelnik popołudniowej prasy mógłby wyczytać następujący anons: „ Masz trudności z nabyciem różnych przedmiotów codziennego użytku lub potrzebujesz przyspieszyć przydział na mieszkanie, samochód itp., zgłoś się do Joanny N. zamieszkałej Pruszków......” i tak dalej.
          Anonsu takiego nie było, co nie znaczy, że Joanna N. nie chciała, aby anons taki się ukazał. Po prostu nie poczyniła odpowiednich kroków w tym kierunku a może nie potrzebowała, bo miała dużą popularność. Joannę N. znano nie tylko na osiedlu „Nowa Wieś”, ale i w centrum Pruszkowa, na osiedlu Parkowa i co najważniejsze, w kręgach pruszkowskich handlowców. Była postacią znaną nie tylko ze sposobu zawierania znajomości, nad czym niezwykle bolał jej mąż, ale i ze sposobu ubierania się, noszenia się wśród innych a szczególnie z gestu. Nawet dzisiaj niektórzy mówiąc o Joannie N. podkreślają – ta to miała gest. I faktycznie gest miała. Zresztą jak tu nie mieć gestu, jak wtykano Joannie N. pieniądze do ręki, prawie na każdym kroku.
          Pojechała do swoich znajomych w Ursusie. Przyjaciele zrobili po „maluchu”, posiedzieli, pogadali i w międzyczasie przyszedł sąsiad znajomych, Daniel S. Przy wódce czas płynie szybko skłaniając do zwierzeń. Daniel ujęty obyciem Joanny wspomniał, że ma kłopoty z uzyskaniem mieszkania spółdzielczego, które jak „fata morgana” jest w zasięgu jego ręki i za chwilę znika gdzieś za horyzontem. I gdyby tak Joanna mogła .....
          Joanna zagrała uczciwie. Mieszkania to ona na razie na zbyciu nie ma, ale może zaproponować dozorstwo, do którego mieszkanie jest dopisane. Daniel S. stwierdził, że jest to genialne rozwiązanie i dla przypieczętowania zawartego porozumienia postawił butelkę.
- Trza oblać taką znajomość – stwierdził Daniel.
          Oblali. Joanna N. nie mając jeszcze doświadczenia, wzdrygała się, gdy Daniel dawał jej na koszty kwotę dwudziestu tysięcy złotych, ale żeby nie być źle zrozumianą, co do swoich możliwości, zgodziła się wziąć połowę. Uzgodnili, że jeśli Daniel S. otrzyma przydział na upragnione dozortswo, Joanna N. otrzyma więcej pieniędzy.
          Następnego dnia Joanna N. próbowała na spokojnie otworzyć sobie przebieg poprzedniego wieczoru. Była zaskoczona łatwością, z jaką weszła w posiadanie dużej sumy pieniędzy. Być może był to przełomowy moment w karierze Joanny N. jako osoby o nieograniczonych możliwościach. Zanim wyszła z jednego czy drugiego sklepu, zorientowała się, że pieniądze Daniela S. rozeszły się błyskawicznie.
          Była pewna, że do Ursusa nieprędko zajedzie i dlatego nie przejmowała się przyjętym zobowiązaniem. Tym bardziej, że żadnego pokwitowania nie dawała. Zdarzyło się tam, że została zaproszona do swoich znajomych w Pruszkowie, mieszkających na osiedlu Parkowa. Zupełnie przypadkiem była u tych znajomych, ich znajoma Halina J. mieszkająca na Ostoi. Halina otrzymała niedawno mieszkanie i miała kłopoty z jego urządzeniem. Po krótkiej wymianie zdań Halina ucałowała Joannę i wręczyła jej kwotę stu tysięcy złotych na zakup całego wyposażenia. Halina dyktowała a Joanna zapisywała, co potrzeba. A potrzebne było: trzy perskie dywany, ileś metrów zasłon, ileś metrów firanek, ileś metrów materiału welurowego do wybicia na ściany, kilka lamp mosiężnych a abażurami złoconymi, kilka lam stojących i mogą być pozłacane i szereg innych jeszcze towarów, trudno dostępnych w specjalistycznych sklepach. Halina była tak zachwycona nowo poznaną Joanną, że dając jej paczkę pieniędzy, nie poprosiła o pokwitowanie. Miała doświadczenie.
          Joanna N. objawiła się Halinie jako kobieta do wszystkiego. Mogła wiele. Halina wyszła od znajomych lżejsza o znaczną kwotę pieniędzy, ale z przekonaniem, że trafiła na odpowiedniego człowieka.
          Do dnia dzisiejszego nie wiadomo, co Joanna N. zrobiła z tak dużą kwotą pieniędzy, na co je wydała, co kupiła do domu. Być może to łatwowierność Haliny J. spowodowała lawinę dalszych oszustw.
          Joanna N. będąc w sklepie spożywczym zaproponowała dopiero, co poznanej sprzedawczyni Annie W. załatwienie firanek i zasłon do mieszkania. Anna W. nie zastanawiając się dłużej, łapała okazję wręczając Joannie pięć tysięcy złotych. Marianna P. miała w domu już prawie wszystko, poza dywanami, kolorowymi z wełny i markowe. Dla Joanny nie było żadnego problemu, wzięła kwotę sześćdziesięciu tysięcy złotych i poszła załatwiać.
          Renata L. z wykształceniem technicznym, potrzebowała ładne, kolorowe, wełniane dywany i do tego dobrane odpowiednie zasłony.
- Mogę załatwić od ręki – stwierdziła Joanna N., zainkasowała pięćdziesiąt cztery tysiące złotych i poszła w siną dal.
          Janina T. potrzebowała pralkę i lodówkę. Nie miała czasu, aby stać w kolejkach pod sklepami. Tak długo pytała różnych znajomych o możliwość załatwienia, aż skontaktowali ją z Joanna N.
- Ona wszystko może – mówili znajomi.
          Joanna N. nie protestowała. Przyjęła zamówienie, zainkasowała pieniądze w kwocie trzydzieści jeden tysięcy i zniknęła. Barbarze S. popsuł się odkurzacz. Gdyby to było kilka lat temu, nie byłoby żadnego problemu. Poszłaby do punktu napraw, zreperowaliby i po kłopocie. Ale odkurzacz, przedmiot martwy i dlatego złośliwy, wybrał najbardziej niewłaściwy czas do popsucia się i to tak skutecznie, że żaden z punktów nie rokował naprawy z uwagi na brak części. A części nie było, bo producent nie dostarczał. Wolał sprzedać nowe wyroby, niż oddawać części i ratować wyroby stare. Barbara zrozumiała z tego, że nawet gdyby mieli części to i tak by im się nie opłaciło robić napraw. Woleliby złożyć odkurzacz cały i sprzedać po znajomości na czarnym rynku, bo więcej by zarobili niż na naprawie. Dlatego też Barbara S. była zdecydowana kupić nowy odkurzacz, ale gdzie? Przeprosiła się ze starą miotłą i cały swój intelektualny wysiłek kierowała na znalezienie kogoś takiego jak Joanna N.
Dzięki swojemu uporowi, poprzez znajomą swojej znajomej dotarła do Joanny N.
- Tylko odkurzacz – zapytała zdziwiona Joanna N., przyzwyczajana do dużych wziątek.
           Barbara szybko w myślach zrobiła przegląd swojego wyposażenia w sprzęt gospodarstwa domowego i po podliczeniu oszczędności zdecydowała się jeszcze na lodówkę i materiał na kostium. Kolor miała podać później. Wręczyła szybciutko Joannie N. kwotę siedemdziesięciu tysięcy złotych i już chciała wyrzucić starą szczotkę, ale coś ją tknęło. Szczotkę jednak zatrzymała i ustaliwszy kolor materiału podejmowała próbę nawiązania kontaktu z Joanną N. poprzez znajomą jej znajomej.     W tym momencie okazało się, że nikt nie wie gdzie Joanna N. mieszka i jak się z nią skontaktować. Znajoma znajomej zapewniała Barbarę, że szybko odnajdą Joannę i ustalą, jakie postępy poczyniła w sprawie zakupów dla Barbary. A Joanna N.? Nie wiedziała jeszcze o tym, że Barbara S. postanowiła odszukać Joannę N.. Dlatego działała dalej.
          Siostra Joanny zachorowała i nie mogła pójść do szkoły na wywiadówkę w sprawie jej dziecka. Poprosiła siostrę, Joannę N. , aby za nią poszła do szkoły. Joanna na wywiadówce zachowywała się tak, jak na matkę przystało. Wysłuchała zastrzeżeń nauczycielki, jakie miała do jej siostrzenicy i nawet zatrzymała się przy nauczycielce po zakończeniu drugiej wywiadówki. Wystarczyło jej dosłownie dziesięć minut na przekonanie nauczycielki Genowefy T. iż najwłaściwiej zrobi gdy powierzy jej dziesięć tysięcy złotych na zakup firanek i zasłon. Genowefa T. powie później – była taka ujmująca. Podobne zdanie o Joannie N. miała pani magister Joanna K. Kiedy Joanna N. przebywając u fryzjerki, mimochodem wspomniała, że właśnie nadszedł z Włoch świeży transport zasłon, Joanna K. bez wachania sięgnęła do torebki i wręczyła kwotę dziesięć tysięcy złotych, nie podając nawet swojego nazwiska.
          Koleżanka fryzjerki, u której czesała się Joanna N. potrzebowała kupić sto dolarów na lekarstwo dla dziecka. Mogłaby kupić dolary pod sklepami „Pewexu”, ale bała się przewalanki, bo kwotą, którą płaciła była duża, sześćdziesiąt tysięcy złotych. Potrzebna jej była osoba uczciwa, godna zaufania. Fryzjerka poleciła Joannę N., jako uczciwą z szerokim gestem.
- Dawała tak duże napiwki – zeznała później fryzjerka.
          Joanna N. przy sobie dolarów nie nosiła, bo:”... to tyle złodziejstwa na ulicy...” tłumaczyła koleżance fryzjerki, ale zobowiązała się do przyniesienia dolarów następnego dnia, bo teraz musi wstąpić do kuśnierza i dopłacić do futra z lisów. Koleżanka fryzjerki, Bożena K. zrozumiała aluzję i wyjęła paczkę pieniędzy w kwocie sześćdziesiąt tysięcy złotych, wręczyła Joannie i umówiły się tego samego dnia, o godzinie szesnastej po południu w kawiarni Duet. Bożena K. czekała na Joanne N. do zamknięcia lokalu. Bożena K. straciła pieniądze i koleżankę, fryzjerka straciła koleżankę i klientkę. Na plusie była tylko Joanna N.
          Wacław D. Jak codziennie krążył po Pruszkowie taksówką, czekając na bardziej intratny kurs. Na skrzyżowaniu ulic Prusa i Kościuszki zatrzymała go młoda kobieta, niezwykle elegancko ubrana. W czasie jazdy do Warszawy, Wacław D. zwierzył się młodej dziewczynie z kłopotów jakie ma jego żona z nabyciem wykładziny podłogowej, zasłon i firan.
- Nie ma sprawy – natychmiast odpowiedziała Joanna N., bo to ona była ta młodą dziewczyną – proszę umówić mnie z żoną. Wacław D. spotkanie umówił. Wysadził Joannę N. w centrum miasta i zadowolony, że pasażerka nie zauważyła, iż naciął ją na trzysta złotych, pojechał dalej.
           Jego żona wpłaciła Joannie N. ciepłą rączką całe szesnaście tysięcy złotych. Joanna popadła w rutynę. Brała wszystko, co wpadało do ręki. Maria S. potrzebowała buty za tysiąc siedemset złotych. Proszę bardzo – mówiła Joanna, N. ale butów nie było. Katarzyna G. pracownica jednego z urzędów w Pruszkowie, wpłaciła Joannie N. dwa razy kwotę po dziesięć tysięcy złotych, na zasłony i firanki, ponieważ zanim Joanna załatwiła jeden zakup, Katarzynie potrzeba było dwa razy więcej.
          Nie wiadomo jak długo trwała by ta sielanka Joanny N. z braniem pieniędzy. Osoby, które wpłacały najwięcej zrobiły się bardzo niecierpliwe. Na razie nie zgłaszały swoich roszczeń do milicji, tylko za pośrednictwem znajomych podejmowały próby odnalezienia Joanny N. na własną rękę, licząc, że jak nie zamówione przedmioty to pieniądze zostaną im zwrócone. Dotarło to do Joanny N., że jest poszukiwana przez klientów.
          Joanna N. zaczęła się bać. Nie kary, nie odpowiedzialności. Bała się, że będzie musiała wszystko zwrócić. Zaczęła szukać okazji, aby jednym dużym numerem zarobić tyle pieniędzy, żeby zwrócić je najbardziej zainteresowanym. Zwietrzyła ofiarę, przygotowała się do skoku i wpadła. Ofiarą miał być pracownik operacyjny Komendy Milicji z Pruszkowa. Joanna N. płacząc przedstawiała siebie jako ofiarę kryzysu, ofiarę naiwności ludzkiej. Bo kto tak naprawdę miał takie możliwości?

Rodzi się pytanie. Kim są w takim razie osoby oszukane?· 
Kandydat na samobójcę?

          Budynek na rogu Kościuszki i Bolesława Prusa w Pruszkowie, nie miał złej opinii. Tylko od czasu do czasu dobiegały na zewnątrz głośne krzyki awanturujących się osób. Nawet dzielnicowy nie był częstym gościem.
          Dzieciaki na ogół bawiły się w pobliskim parku lub skakały po dachach sąsiednich budynków. Słowem : „pruszkowska normalka”. Wybijało się w tych awanturach mieszkanie Ireny S., mieszkającej z dziewięcioletnim synem Robertem. Najczęstszą przyczyną nieporozumień był konkubin Ireny, Waldemar K. Oboje pracowali w Spółdzielni „Alfa” i tam się poznali po drugim rozwodzie Ireny S. Czasami nieporozumienia rodzinne przenosili na teren zakładu pracy. Powodem były „szczególne spojrzenia” Ireny na któregoś z kolegów Waldemara K. Znajomość ich trwała od dobrych kilku lat, z przerwami na pobyt Waldemara K. w Zakładzie Karnym. To zapewne powodowało, że Irena nie liczyła na jakiś trwały związek z Waldemarem K.
          Brak stabilizacji powodował, że Irena S. biorąc udział w różnych „bibkach” organizowanych przez kolegów lub koleżanki z pracy, zapominała, że w domu zostawiła samo nieletnie dziecko. Waldemar K. reagował gwałtownie, próbując dosłownie i w przenośni, wybić Irenie z głowy te wyskoki. Czasami sam wypuszczał się na męskie „balety”. W połowie 1983 roku, przy okazji pobytu w domu swojej konkubiny, pobił ja i podduszając rękoma wymusił na niej wydanie biżuterii, którą natychmiast spieniężył, przeznaczając pieniądze na wystawny „balet”.
          Irena S. nie odpuściła tylko następnego dnia zgłosiła dzielnicowemu, rabunek rodowej biżuterii po mamusi i pozostałość z dwóch poprzednich małżeństw. Waldemar K. nie mógł darować Irce, że sprzedała go milicji. Od tego czasu, systematycznie obijał Irkę, ale tak umiejętnie, że nie zostawiał śladów mogących świadczyć przeciw niemu, gdyby Irce zachciało się ponownie go „zakapować”.
          Sąsiedzi przyzwyczaili się do krzyków Ireny S. i płaczu dziecka. Nie powiadamiali milicji, wiedząc, że następnego dnia Irena S. przebaczy Waldemarowi K. i wszystko wróci do normy.
          Dzielnicowy nie za bardo wierzył w te powiedzenia sąsiadów, że „kto się czubi ten się lubi” i z innych źródeł dowiadywał się o tym, co dzieje się w tej rodzinie. Solidarność sąsiedzka była duża i szczelna. Dzielnicowy, przy tych powtarzających się sygnałach, zastanawiał się czy nie spowodować odebrania Irenie S. praw rodzicielskich, ale ponieważ sąsiedzi zgodnie twierdzili, że nie jest tak źle, odstąpił od tych zamysłów. Tym bardziej, że Robert S. w szkole podstawowej, do której uczęszczał, nie ujawniał wobec wychowawców, co działo się w domu. Był uczniem nie wyróżniającym się, nie skarżył się na nic. Do szkoły chodził czysto ubrany.
          12 marca, w poniedziałek, Irena jak zwykle wróciła po pracy do domu. Waldemar K. zapytał ją tajemniczo, czy będzie w domu a po usłyszeniu, że będzie, gdzieś wyszedł. W międzyczasie do mieszkania Ireny przyszła jej koleżanka a za chwilę wrócił Waldemar K. wraz ze swoim kolegą. Wysłali Roberta po wódkę i zaczęli picie. Waldemar po wypiciu kilku kolejek, rozpoczął awanturę tak głośną, że jego kolega z jej koleżanką, w pośpiechu opuścili dom. Awantura trwała, sąsiedzi nie reagowali.
          13 marca, we wtorek, matka Ireny S. wyszła ze swojego mieszkania po zakupy. Wiedziała o awanturach, jakie były w mieszkaniu córki i sama nie wie, dlaczego, około jedenastej postanowiła zajść do córki i sprawdzić, czy jest ktoś w domu. Weszła na piętro i przed drzwiami mieszkania Ireny zastała skomlącego psa, którego przygarnął wnuczek. Otworzyła drzwi do mieszkania. Było cicho. Weszła do kuchni. Nie było nikogo. Zajrzała do pokoju......... Nie pamięta jak zeszła ze schodów, nie pamięta czy szła szybko czy też biegła do budynku Komendy w Pruszkowie, głośno krzycząc od wejścia: „zabici, zabici „. Nikt kobiety nie znał, nie można było wyciągnąć od niej podstawowej informacji:, kto zabity i gdzie. Po wypiciu szklanki wody, kobieta podała, że nazywa się Genowefa T. a zabitymi są jej córka Irena S. i jej syn Robert S.
          Szybko pojechano na wskazane miejsce. Widok, jaki tam zastano, nawet milicjantów wprowadził w osłupienie. W rozesłanym łóżku, przykryta kołdrą leżała Irena S. z mocno pokrwawioną i zniekształconą twarzą. Na pościeli, pod łóżkiem, widać było rozległe kałuże krwi. Obok niej leżał mężczyzna z zamkniętymi oczami, miarowo oddychający. Na podłodze, za łóżkiem, przy pochlapanej krwią ścianie leżało martwe dziecko. Irena i jej syn byli martwi. Żywym był tylko Waldemar K.
          Na suficie, w miejscu zdjętego żyrandola zwisała pętla zrobiona z przewodu elektrycznego.

- To dla mnie – wskazał pętlę Waldemar, K. gdy wyprowadzano go z mieszkania.

czwartek, 28 listopada 2013

Mord w melinie


          Miasto pustoszało, tylko na niektórych przystankach czekali jeszcze spóźnieni przechodnie. Była niedziela. Prawdopodobnie wszystko odbyło się tak...
          Pruszkowskie knajpy były już pozamykane. Do parterowego budynku przy ul. Bolesława Prusa podszedł mężczyzna w średnim wieku, rozpięty, ponieważ grzał go wypity alkohol. Zastukał w okno i czekał. Zauważył w przyćmionym świetle pokoju, poruszającą się starszą kobietę. Kobieta po woli podeszła do okna, uchyliła firankę i wyjrzała na zewnątrz.
- Czego – zapytała.
- Ciotka, daj butelkę – odpowiedział mężczyzna.
- Czekaj – powiedziała „ciotka” i powoli poszła w głąb mieszkania.
          Podeszła do podwójnych drzwi, otworzyła je i kazała gościowi wejść do środka. Był jej znany z widzenia i nie obawiała się z jego strony żadnej napaści. Zapytała tylko ile chce alkoholu. Powiedział, że ma tylko na jedna butelkę. „Ciotka” odwróciła się od niego i zaczęła iść w stronę pokoju. Nagle poczuła mocne uderzenie w głowę i prawie straciła przytomność. Padła na podłogę, ale jeszcze siłą woli chciała wstać. W tym momencie zacisnęło się wokół jej gardła coś miękkiego i już przestała czuć cokolwiek.

                                             *        
*                  *

          W poniedziałek, 19 grudnia 1983 roku około godziny 9,00 syn „ciotki” przechodząc obok jej domu, zobaczył niedomknięte drzwi do mieszkania. Zaniepokojony wszedł szybko do środka. W kuchni panował nawet porządek, natomiast, gdy wszedł do pokoju, zobaczył matkę leżącą na podłodze przyrzuconą wyrzuconymi z szafy ubraniami. Nie dotykając niczego powiadomił milicję.
          Tej samej nocy z 18 na 19 grudnia około północy, po przeciwległej stronie ulicy Bolesława Prusa, dokonano włamania do restauracji „Popularna” poprzez wyrwanie krat od zaplecza. Sprawcy weszli do środka i opróżnili na miejscu kilka skrzynek alkoholu.
          W mieszkaniu „ciotki” znaleziono wiele śladów świadczących o tym, że właścicielka od dłuższego czasu prowadziła „melinę” sprzedając wódkę i wino. Sprzedawała oczywiście drożej niż kupowała w sklepie. W dni przedświąteczne zwiększała swoje zaopatrzenie znając potrzeby klienteli. Sprzedawała każdemu, kto zapukał do jej okna. Wpuszczała do domu tylko znajomych, często kupujących u niej alkohol.
          Na miejscu włamania do restauracji Popularna znaleziono wiele śladów wskazujących na to, że sprawcy byli ogromnie spragnieni alkoholu. Niedopite resztki w butelkach, chaotycznie zabierane butelki z bufetu wskazywały, że sprawcy byli w niezwykłej potrzebie.
          W tym czasie sprawców obu wydarzeń nie ustalono, ale obecnie, gdy po ustaleniu DNA każdego osobnika można bezbłędnie wskazać, kto był na melinie i kto zapijał się w restauracji, ustalenie sprawców nie będzie już tak trudne.








środa, 27 listopada 2013

Gluty


          Kierownik przyszedł do pracy i się zdziwił. Wczoraj zostawił wszystko w porządku, pozamykane a rano stwierdził, że mu się włamano do pomieszczeń warsztatowych. Zdziwienie było bardzo duże, więc zadzwonił do milicji. Milicja się nie zdziwiła. Nie, dlatego, że przyzwyczaili się do najróżniejszych zgłoszeń, tylko, dlatego, że pomieszczenia z narzędziami i magazynek narzędzi nie były w ogóle pilnowane. I to od dłuższego czasu. Od dłuższego czasu były tez włamania do tych pomieszczeń, ale na szczęście instytucje energetyczne są tak bogate, że na miejsce kradzionych narzędzi, natychmiast kupowano nowe. Może to i dobrze, bo w ten sposób odmładzano zestaw niezbędnych narzędzi, które i tak by się zużyły i trzeba by było je złomować.
          Budynek narzędziowni z dala straszy powybijanymi szybami w oknach i nie naruszonymi kratami okiennymi. Drzwi do budynku kierownik zastał otwarte. Najwięcej kłopotów przysparzało kierownikowi ustalenie, jak sprawcy dostali się do środka. Przekonywał milicjantów, ze sprawcy dostali się poprzez otwarcie dwóch zamków „Yalle”, zamontowanych przy niezbyt solidnych drzwiach. Przekonanie to również udzieliło się również pracownikom tejże narzędziowni. Dla zademonstrowania, że sprawcy nie mogli się dostać inną drogą, pracownicy narzędziowni, jeden przez drugiego usiłowali przecisnąć się przez szczelinę czternastocentymetrową, powstałą między oknem a kratą okienną. Przez szczelinę przechodziło wszystko, tylko nie głowa. Ponieważ wszyscy z próbujących mieli głowy słusznej wielkości, szukano po zakładzie człowieka z płaską głową. Ale nie znaleziono. Dlatego też – argumentowano – musieli otworzyć zamki. Ale w zamkach nie było śladów grzebania, tylko ślad oryginalnego klucza. Milicjanci, ludzie z doświadczeniem, wysłuchali wszystkich przedstawionych wariantów i byliby skłonni wierzyć, gdyby nie powybijane szyby w oknach. Tego nikt złośliwie raczej nie zrobił. Zrobił to raczej celowo.
          Mówi się, że głupi ma szczęście. Sławomir Z. szczęścia nie miał, ale nie znaczy to, ze był mądry. Sławomir jest najstarszy z rodzeństwa i ma już siedemnaście lat, skończone, co przy każdej okazji mocno akcentuje. Szczęśliwie przebrnął przez szkołę podstawową i stwierdził, że wyedukował się dostatecznie. Podobnego zdania była jego matka. Uważała, że po tak ciężkiej nauce powinien odpocząć parę lat, przygotowując się do trudów życia i kiedyś tam, do założenia własnej rodziny. Na razie ma rodzinę w domu i ta właśnie rodzina powinna go utrzymać. I utrzymywała. Wcale nieźle. Kiedy pytano go o źródło utrzymania, odpowiadał z dumą, że jest na utrzymaniu mamusi.
          Sławomir miał kolegów. Starszych i młodszych od siebie. Jako, że sam nie był za mądry, więc nie otaczał się kolegami mądrzejszymi od siebie. Marian C. miał już całe dziewiętnaście lat. Zdobył nawet zawód. Pracował w PKS-ie jako mechanik, oczywiście samochodowy. Wybrał ten zawód, ponieważ widział w nim przyszłość.
          Robert G. nie miał jeszcze skończonych szesnastu lat, ale zaszedł najdalej. Był uczniem pierwszej klasy szkoły zawodowej i właściwie czuł się już uczniem drugiej klasy, gdyż w domu miał cenzurkę z promocją. W domu też miał rygor. Wolno mu było przebywać z kolegami do oznaczonej godziny, gdy się spóźnił, dostawał lanie. I to tęgie. Dlatego wolał się nie spóźniać. Z racji pobytu w szkole zawodowej, uważał, że posiada największą wiedzę, to zaś winno wystarczyć do budowania autorytetu w grupie. Nie podzielał takiego poglądu Sławomir, dlatego też Robert dosyć często brał cięgi od kolegi i pomimo wewnętrznego buntu, podporządkowywał się Sławkowi. Wprawdzie szukał oparcia w swoim rówieśniku Sylwestrze, R. ale zdawał sobie sprawę, że stoi na pozycji straconej. Sławomir Z. liczył się tylko z Sylwestrem, który podobnie jak Sławomir, nie uczył się nigdzie, nie pracował i miał, najogólniej mówiąc obojętny stosunek do świata. Niekiedy określał dosadniej, na czym ten jego stosunek polega, ale gdy byli z dziewczynami, słów wulgarnych nie używał. Był dżentelmenem. Nawet, gdy dziewczynom majtki pozabierali robiąc ogląd, która ma najbardziej obrośniętą, Sylwester majtki pozbierał, oddał, umówił się z jedną z nich na dzień następny. Z Sylwestrem liczyli się wszyscy, bo był fachowcem. I to dużego rozmiaru. Zawsze fascynowało go strzelanie. Pistolety widział tylko na filmach, albo, gdy któryś ze starszych kolegów „wykołował” straszaka. Próbował strzelać z łuku, ale były z tym same kłopoty. Nie mógł dopasować kijka do cięciwy. Kijki pękały. Znalazł broń inną. Popularną procę. Pamiętał jeszcze z nauki religii, że Dawid pokonał procą Goliata. Postanowił zostać Dawidem.
          Radosna czwórka nudziła się okropnie. Wymyślali różne zabawy. Kiedyś jeden z nich dojrzał, że niedaleko miejsca gdzie spotykają się, w szczerym niemalże polu, stoją za siatką metalową z dziurami tak dużymi, że słoń by się zmieścił, duże metalowe urządzenie z metalową obudową i szklanymi wskaźnikami, w których pływają fajne kulki, nadające się do procy. Tak ocenił Sylwester.
          Teraz trudno ustalić, który z nich pierwszy wpadł na pomysł, faktem jest, że przystąpiono do zabawy. Weszli na teren magazynu, gdy nikogo już nie było i przystąpili rozgrywania regularnych zawodów w strzelaniu z procy do elementów szklanych, Zabawa nie trwała długo a to, dlatego, że elementów szklanych było niewiele. Zawody wygrał oczywiście Sylwester. Dało mu to pewną satysfakcję, ale nie na długo. Sylwester czuł nieodpartą chęć wybijania szyb. Gdy byli na łące i strzelali z proc do przelatujących ptaków, przypomniał sobie, że nieopodal jest budynek z warsztatami Elektrowni, w którym jest bardzo dużo okien z szybami. Rozbawionej grupie nie trzeba było dwa razy powtarzać.
          Na początku lipca, w upalne popołudnie udali się pod wspomniane warsztaty, zaopatrując się w proce i różnej wielkości kamienie. Wprawdzie najlepsze do tego były kulki, jakie wyjmowano z urządzeń rozbijanych na placu magazynowym. W czasie wielkiej zabawy nie przypuszczali, że pójdzie im tak sprawnie. Udało im się wybić wszystkie szyby w rekordowo krótkim czasie. Gdyby w tym czasie organizowano zawody w strzelaniu z procy, cała czwórka miałaby szansę zająć pierwsze cztery miejsca. Na razie........ ich szanse wzrosły do zajęcia nie punktowanych miejsc na ławie oskarżonych.
          Gdy już powybijali szyby, zobaczyli, że w narzędziowni leżą różne narzędzia, porzucone przez robotników tak, jakby nie były im już potrzebne. Ocenili, że im narzędzia na pewno by się przydały. Popatrzyli prze kraty na wszystkie pomieszczenia i poszli się naradzić, jak dobrać się do środka. Ponieważ obrady trwały dość długo i nie było jednomyślności, wejście do srodka odłożono do dnia następnego, wychodząc, ze słusznego założenia, że zanim w okna wprawią szyby, upłynie sporo czasu. Widzieli wprawdzie dnia następnego jak w godzinach rannych podjechał radiowóz, jak milicjanci oglądali zniszczenia. Jeden z chłopaków był tak blisko budynku, że słyszał jak milicjant mówił do kierownika, aby szybko zabezpieczyli okna.
          Chłopcy przeżyli już kilkanaście lat na tym świecie i wiedzieli, że zanim ktokolwiek do czegoś się weźmie, musi upłynąć wiele czasu, ponieważ każda decyzja powinna być zatwierdzona przez kogoś wyższego i tak dalej. W domu to, co innego, każdy zabezpiecza swoje, ale na państwowym?
          Przewidywania młodzieży sprawdziły się. Po południu mogli spokojnie przystąpić do nakreślonego wcześniej planu. Poczekali aż się ściemni i w całym składzie podeszli pod warsztaty. Dla upewnienia się czy nikt nie pilnuje niezabezpieczonych pomieszczeń, strzeli parę razy z procy, a ponieważ nikt nie pokazał się podeszli do okien. W oknach szyb już nie było, ale były kraty. Pomiędzy kratą a ścianą była niewielka, kilkunastocentymetrowa przerwa. Próbowali jeden przez drugiego wejść do środka, ale żadnemu z nich nie przechodziła głowa. W tym właśnie momencie Slawomir Z. w pomysłach okazał się nie oceniony. Przypomniał wszystkim, że ma rodzeństwo, a szczególnie to, że ma brata.
- No to co – krzyknął Sylwester R. – ja też mam brata.
- Ale – stwierdził Sławomir – ja mam brata z małą głową.
          Popatrzyli na niego a niemałym podziwem. Rzeczywiście, to jest myśl. Sławomir wyciągnął braciszka lat siedem, z łóżka i kazał mu iść ze sobą. Brat, jak to brat. Nie bardzo chciał się wlec, ale jak mu powiedziano, jaką rolę miał pełnić, popędził zachwycony. Stanął przed kratą nie wierząc we własne możliwości, ale jak przymierzono jego głowę do prześwitu kraty, od razu zrozumiał, że wejść musi. Pomagali mu wszyscy przy wchodzeniu osłaniając uszy, aby nie zostały przy kracie. Chwila skupienia i już Janusz Z. był wewnątrz. Teraz poszło jak po maśle. Otworzył drzwi wejściowe od wewnątrz i wszyscy uszczęśliwieni wpadli do środka.
          Penetracja narzędziowni niestety, rozczarowała ich. Było trochę narzędzi, ale nie starczyło dla wszystkich. Rozejrzeli się dokładnie i zobaczyli prowadzące do jakiegoś pomieszczenia. Na szczęście łom leżał w pobliżu na podłodze, uporali się natychmiast z drzwiami i słabym zamkiem i weszli do środka. Tak, to było to, po co tu przyszli. Był to magazyn różnych narzędzi, nawet bardzo specjalistycznych. Chłopcy brali wszystko, jak leci, ale tylko te z górnej półki.
          Jak było do przewidzenia, milicja wpadła na ich ślad? Jak wpadła? Zostawmy ten element w milczeniu, aby nie doszkalać młodzieży i nie uczyć jej, czego należy unikać, aby nie wpaść w łapy „psów”. Najlepiej nie brać się do kradzieży, wówczas młodzież będzie spokojna, bez stresów.
          Zatrzymanie poszczególnych chłopców nie nastręczało trudności. Trudności wystąpiły wówczas, gdy rozpoczęto poszukiwanie skradzionych przedmiotów. Robert G. najbardziej technicznie wykształcony, oddał przechowywane w domu klucze monterskie, wiertarki, narzynki, radio i inne przedmioty, jakie poutykał po kątach. Nie wszystko jednak miał w domu. Część większych przedmiotów ukrył w pobliskich krzakach do czasu, gdy miał przenosić je do bardziej przemyślnej skrytki. W domu lano go za spóźnienia, natomiast nie zadano sobie trudu zapytania, skąd ma przedmioty, jakie wieczorem przyniósł do domu. Rober G. pretendent do roli przywódcy nieformalnej grupy, w czasie przesłuchania prowadzonego przez miłą panią inspektor łkał rzewnymi łzami, że nie chce iść do poprawczaka.
          Sławomir Z. chciał iść do poprawczaka, ale nie mógł. Idąc na włamanie zapomniał o tym, że niedawno skończył siedemnaście lat i odpowiada już jako dorosły. Wprawdzie Sławomir uzasadniał kradzież, życiowo tłumacząc;
- Mamusi dawno skończyły się pieniądze i potrzebowaliśmy na życie dla tak licznej rodziny a ja niestety też już nie miałem - przy czym nie wspomniał jak zarobił te pieniądze.
          Prawdę mówiąc, to właśnie Sławomir Z. okazał się najbardziej obrotny z całego towarzystwa, ponieważ z warsztatów wyniósł różne narzędzia ukrywając je bardzo dobrze. Zabrał również i spawarkę, którą po drodze „opylił” mieszkającemu niedaleko Zygmuntowi W.
Był to duży niedowiarek. Z początku nie wierzył, że milicjanci, to milicjanci. Wymagał od nich uwiarygodnienia. Gdy zawieźli go do Komendy, nie wierzył, że jest w Komendzie. Uwierzył, gdy zamknięto go w areszcie z dwoma pijakami.
- Ależ panowie – wrzeszczał na całe gardło – pomylić się nie można?
Gdy uwierzył, dał znać profosowi w areszcie, że teraz to on może spawarkę oddać. Ale teraz to milicjanci nie mieli czasu. Spawarkę odebrano później. Sławomir Z. rozliczając się z zabranych innych narzędzi wskazywał coraz to nowe osoby, korzystające z okazji. Kupowali jakby na wyprzedaży. Pieniądze uzyskane ze sprzedanych narzędzi, Sławomir Z. oddał swojej mamie. Nie wszystkie wprawdzie, ale obdzielił pozostałych po równo, nie zapominając również o swoim bracie Januszu Z. Mamuśka Sławomira Z. była nie pocieszona.
- I co on takiego zrobił? – Wykrzykiwała, – że pomógł kolegom i sam przy okazji zarobił?

- Ano właśnie za to – odpowiedziała miła pani inspektor.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Patrzcie, ma nóż w plecach a jeszcze biegnie – dziwili się przechodnie.



Marian K. miał przyjaciół. Gdy miał pieniądze. Gdy pieniądze odchodziły, znikali również i przyjaciele. Pozostawała wówczas konkubina Renata G., z którą od dłuższego czasu spędzał chwile między pijaństwami. Renata G. jak większość kobiet dążyła do założenia jakiegoś gniazda, ale Marian K. nie patrzył na życie przyszłościowo. Mając trzydzieści trzy lata, miał już niejakie doświadczenia z kobietami i do małżeństwa nie palił się. Renaty to nie zrażało. Wiedziała, że w jakimś momencie, może nawet w pijanym widzie, Marian zgodzi się na małżeństwo i będzie im dobrze. Dlatego też z pewną zapobiegliwością wyłuskiwała od Mariana zebrane pieniądze, które pojawiały się od czasu do czasu w jego rękach i starała się je lokować w przedmiotach, sprzętach, jakie potrzebne im będą we wspólnych pożyciu. Martwiło ją jednak towarzystwo Mariana. Mieszkali w Piastowie, ale towarzystwo mieli w Pruszkowie. Jednym z nich był Roman W, starszy od Mariana o dobrych kilka lat, doświadczony dwudziestoparoletnim pobytem w różnych zakładach karnych, imponował młodzikowi nawet w konkubinacie. Sam rozwiódł się z żoną zostawiając jej syna, po czym tworzył w domu taką atmosferę, że syn z matką uciekli gdyż brali dosłownie pogróżki, że im siekierą głowy poucina. Za to zostawili mu mieszkanie.
Wziął konkubinę, Elżbietę W. , młodszą od Renaty G. i to Marianowi K. było nie w smak. Natomiast Renata i Elżbieta znalazły wspólny język. Gdy Marian za namową Renaty brał pożyczkę z PKO, podżyrował mu ją Roman W. Teraz Renata mówi, że chyba źle zrobiła namawiając Mariana do wzięcia pożyczki, ale już po fakcie.
13 lipca 1984 roku po południu, w piątek, Renata uzgodniła z Marianem, że wezmą ze sobą butelkę wódki i pójdą do Romana podziękować za żyrowanie pożyczki. Z Piastowa do Żbikowa nie jest daleko. Do mieszkania Romana dotarli gdzieś około godziny osiemnastej. Sąsiedzi Romana widząc zbierające się u niego towarzystwo, domyślili się, że będzie większe picie i przewidywali mocniejsze zakończenie wieczoru. Nie przewidzieli takiego.
          Picie rozpoczęto od razu po przyjściu Mariana z konkubiną. Konkubina Romana, Elżbieta W. przygotowała naprędce jakąś zakąskę i we czworo migiem opróżnili przyniesione pół litra wódki. Następną butelkę przyniósł Roman, kolejną też wyjął Roman, później pito jakieś wina i dalej już niewiele pamiętają, co pito. Faktem jest, że rano dnia następnego, gdy pobudzili się, Elżbieta wyjęła schowane przezornie pół litra wódki i postawiła do śniadania. Zaczynały się kwasy. Romanowi nie podobało się to i owo. Marian nie pozostawał dłużny a i Elżbieta zaczęła demonstrować swoje zdanie. Nie można było powiedzieć, że śniadanie przebiegało w przyjacielskiej atmosferze. W pewnej chwili zaczął się niezwykły rumor. Renata nie bardzo wiedziała, co się dzieje, bo nagle chłopy i Elżbieta zaczęły się mocno szarpać i po chwili wszystko ucichło. Zaniepokojona Renata wybiegła na dwór i słyszała jak sąsiadka mówiła do kogoś:
- Patrzcie, ma nóż w plecach i jeszcze biegnie.
          Renata wyskoczyła na drogę i zobaczyła Mariana padającego na ziemię. Krzyczał do otaczających go ludzi:
- Ludzie, ratujcie, bo się wykrwawię.

          Ludzie stojący na drodze kiwali głowami przytakując – oj wykrwawi się, wykrwawi. Renata wzięła jego głowę na kolana i widziała jak umierał. Za chwilę przyjechało pogotowie powiadomione przez przypadkowego motocyklistę. Lekarz stwierdził zgon przez przybyciem. Jako przyczynę, podał ranę kłutą poniżej lewej łopatki. Zatrzymano Romana W i jego konkubinę Elżbietę W., a prokurator ich aresztował. Ale kto zrobił ranę kłutą Marianowi, nie ustalono. Sam okaleczyć się nie mógł.

Partacze


          Jarosław K. uważał, że miał swój dzień. No, bo żona wyjechała z dziećmi na wakacje i dała mu wolne. Poszedł do „Uroczej” z nadzieją, że tam właśnie znajdzie dalszy ciąg swojego szczęśliwego dnia. Zamówił setkę, coś na ząb i czekał.
          Dziewcząt było sporo, ale każda była zaklepana wcześniej. Miał już zbierać się do wyjścia, gdy przy jego stoliku stanęło trzech wesołych panów, pytających grzecznie, czy przyjmie ich do stolika. Jarosław K. odetchnął i uśmiechając się wskazał krzesła. Kelnerka jakby czekała na ten moment, zjawiła się błyskawicznie, aby przyjąć zamówienie. Jarosław podniósł stawkę do litra. Goście nie byli gorsi, ale zamówili alkohol w mniejszej ilości. Jarosław grzecznie zapytał – skąd bogi prowadzą, goście odpowiedzieli, że ze stolicy polskiej petrochemii. Jarosław zdał egzamin ze znajomości geografii współczesnej odgadując, że z Płocka. Przepijano w setkowych szklaneczkach. Jeden z nich wyłamał się i pił tylko połowę. Jarosław natychmiast zareagował, domagając się, aby ten gość – wskazał go palcem – wypił do dna. W tym momencie uprzytomniono sobie, że nie było prezentacji. Jarosław jestem – powiedział unosząc kieliszek do góry, Ziutek – przedstawił się sąsiad i po wylewnym ucałowaniu Jarosława, dopilnował, aby Jarosław wypił toast do dna. Obleciano z całowaniem dookoła. Jarosław K. dowiedział się, że pije z Ziutkiem, Heniem i Lutkiem zaliczając przy tym niepełną sztafetę. Miękł w oczach. Niewiele pamięta z dalszego pobytu w tym towarzystwie. Zapamiętał jedynie awanturę z kelnerką.
          Oprzytomniał w pobliskim parku, gdy zrobiło mu się zimno. Chciał splunąć, lecz nie miał, czym. Suszyło. Wstał z ławki, wziął azymut na dom. Zorientował się, że nie ma zegarka, pieniędzy i kluczy od mieszkania. Rozważał czy powinien iść do domu czy zgłosić się na milicję. Inżynierski umysł skierował Jarosława do domu, bo jak na razie jest to wielka niewiadoma. Nie miał kłopotu z wejściem do mieszkania. Drzwi były otwarte, mieszkanie splądrowane. Zapasowymi kluczami zamknął drzwi i poszedł do Komendy. Początkowo nie wspominał o wczorajszej biesiadzie. Zapisano, co powiedział, obejrzano mieszkanie i poradzono mu zmienić zamki.
Jarosław K. kalkulował. Żona z dziećmi na wakacjach, ma swój klucz. Gdy zmieni zamki, podczas jego nieobecności żona nie dostanie się do mieszkania. Nie dość, że spił się jak bąk, stracił dorobek własny i żony, to jeszcze robić żonie takie niespodzianki? Zamków nie zmienił.
          W kilka dni po kradzieży, z domu, w którym mieszkał inżynier Jarosław K. wyszło trzech wesołych panów uginających się pod ciężarem tobołków. By ulżyć im w niesieniu tak dużego ciężaru, czekający zupełnie przypadkiem w pobliżu, milicjanci z Komendy zaproponowali podwiezienie, radiowozem.
Zatrzymani złodzieje tłumaczyli się nawet zgrabnie, że ich wspólnik – kolega Jarosław prosił ich o pomoc przy przeprowadzce, bo rozwodzi się z żoną.

          Gdy następnego dnia stanęli oko w oko z Jarosławem K. przestali mówić o przeprowadzce, a zaczęli dopytywać się ile mogą w Sądzie dostać za dwukrotne włamanie do tego samego mieszkania.    

niedziela, 24 listopada 2013

Szejk w Pruszkowie


          Ile można zapłacić za nocleg? To zależy od klasy hotelu. W Warszawie ceny kształtując się od tysiąca złotych do tysiąca dolarów – prawdopodobnie z dodatkowymi bajerami. Poza hotelami o znanej renomie funkcjonują jeszcze hotele „dzikie”, w których płaci się znacznie mniej, ale można więcej stracić. Nie zawsze z korzyścią dla zdrowia. Pruszków na szczęście metropolią nie jest, ale są miejsca, w których za noc płaci się znacznie mniej, ale można więcej stracić. Od czasu do czasu są likwidowane, ale odrastają jak łby hydry.
          Brak hoteli w Pruszkowie nie oznacza, że nie ma chętnych do spędzenia nocy w naszym uroczym mieście. Stanisław K. stale mieszka w Zamościu. Doszedł do drugiego roku studiów w Akademii Rolniczej i mieszkając częściowo w akademiku, zauważył, ze dojrzał do wędrówek po kraju. Nadarzyła się okazja, aby ruszył w Polskę. Cioteczny brat Stanisława K. mieszkający w miejscowości blisko Pruszkowa, miał ochrzcić dziecko. Jak przystało na szczęśliwego ojca, zadbał aby mieli co pojeść i popić nie tylko chrzestni rodzice. Zastanawiające, niby kryzys w kraju a na uroczystościach tego nie widać. Świadczy to dobrze o zaradności rodziców i pozwala domniemywać, że chrzczone dziecko nie będzie mniej zaradne. Uroczystość przebiegała prawie normalnie. Po dopełnieniu ceremonii każdy z gości bezbłędnie trafiał na wyznaczone z góry miejsce i szybciuteńko dla rozgrzania się, – bo ziąb na dworze, zaczęto toastować: na zdrowie dziecka, za zdrowie dziecka, dla zdrowia dziecka. Następnie toastowano: za mamuśkę, za tatusia, za mamę chrzestną, za chrzestnego, za dziadka – ktoś krzyknął chrzestnego, ale po wypiciu uprzytomniono sobie, że dziadka przy chrzcie nie było. Rozgrzanie ciał spowodowało rozgrzanie umysłów. Rozgrzane umysły pracujące na zupełnym luzie zaczęły wywlekać zadawnione spory w postaci niesmacznych uwag na temat prezentów wręczonych dziecku. I kiedy ojciec dziecka zaczął przyciskać chrzestnego, czyli Stanisława K., ten nie wytrzymał i wrzasnął:
- C...o do cholery, za sz...ejka mnie masz?
- Toś ty taki – odpowiedział ojciec dziecka – ze wsi jesteś, nauki pobierasz i za gołodupca chcesz uchodzić?
          Stanisława K. dotknęło to w czuły punkt. Wprawdzie ledwie kontaktował się ze światem zewnętrznym, ale aluzję zrozumiał i postanowił się wynieść z mieszkania ciotecznego brata. Zarzucił kurtkę i ruszył prze siebie.
         
                                           *
                                 *                  *

          Pruszkowiacy z dumą i niepokojem patrzyli na rosnący pawilon przy ul. 17 stycznia. Z dumą, bo nareszcie będzie namiastka wielkomiejskości, z niepokojem, ponieważ przeszklony pawilon aż nęci miejscowych i przyjezdnych złodziejaszków, aby pod przykryciem nocy zajrzeć do środka. To powoduje wyłączenie z handlu sklepu na ileś tam dni.
          Po wprowadzeniu towarów do wspomnianego pawilonu, wprowadzono do niego również i dozorcę z psem. Jest to pawilon przemysłowy, więc pies mógł biegać po nim spokojnie. Wprawdzie termin otwarcia pawilonu przesuwano wielokrotnie, ale nastąpił moment, gdy zdecydowano się na otwarcie. W ciągu dnia personel rozkładał towary a w nocy dozorca z psem powinien ich pilnować. I właśnie, gdy termin otwarcia zbliżał się dużymi krokami, w nocy z niedzieli na poniedziałek, rano, dozorca z psem zrobił obchód wokół pawilonu i w szklanej ścianie od zaplecza zobaczył wybitą szybę. Poprosił pierwszą osobę z formującej się kolejki / otwarcie miało nastąpić za parę dni/, aby powiadomiła milicję, a sam stanął z psem przy dziurze. Stał tak kilkanaście minut, gdy w pewnym momencie pies szarpnął się do ucieczki a dozorca w dziurze zobaczył wychodzącego z pawilonu, jeszcze pijanego młodego faceta w samej koszuli. Po chwili milicjanci ustalili, że tym, który wyszedł na zewnątrz jest Stanisław K., który wybył z domu ciotecznego brata.
          Stanisław K. niewiele pamiętał z wędrówki dnia wczorajszego. Zapamiętał jedynie, że chciał spać. Próbował poszukać hotelu, ale nikt nie mógł mu wskazać, dlatego prosił jakiegoś portiera z zakładu o nocleg, ale nic nie załatwił. Idąc ulicą zobaczył oświetlony pawilon handlowy. Ponieważ oświetlenie skojarzyło mu się z ciepłem, podszedł do pawilonu, kopnął mocno nogą i wszedł do środka. Zrobił sobie posłanie z majtek i podkoszulek leżących na półkach i zasnął. Obudziły go hałasy, dlatego wyszedł ze sklepu na ulicę.
          Dozorca tłumaczył się, że do domu poszedł tylko na siusiu, gdy wrócił było ciemno i już obchodu nie robił. Pies nie odpowiedział, dlaczego nie wyczuł osoby obcej wewnątrz pawilonu.

          Spanie w sklepie na majtkach i podkoszulkach będzie Stanisława K. kosztowało około trzydziestu tysięcy złotych. Było to jego najdroższy nocleg. A przekonywał swojego ciotecznego brata, że nie jest szejkiem. 

sobota, 23 listopada 2013

Wynalazca



Jerzy P. miał w sobie coś z na­ukowca. Od najmłodszych lat obijając się w kręgach prawie, że „intelektualnych", otrzymał odpowiedni zasób wiedzy teoretycznej i praktycznej. Wprawdzie, wiedza teoretyczna zawężona była tylko do nauki lub języka obowiązującego w rejonie ulicy Stalowej, nie mniej, jak prze­konał się później z niemałym zdziwieniem, rozumiany był dob­rze i w innych rejonach Prusz­kowa, do których zdarzało mu się dotrzeć. Rozleglejszą nato­miast była wiedza praktyczna.
Obejmowała ona zagadnienia związane nie tylko ze sposobem dokonania kradzieży, ale również i szybkiego znikania z miejsca przestępstwa zacierania za sobą śladów i korzystnego sprzedawa­nia zebranych fantów. Jerzy P. nie miał wygórowanych ambicji, więc chłonąc wiedzę dostosowywał ją do swoich małych po­trzeb, utrzymując cały czas kon­takt ze swoimi nauczycielami. I tu działa się dziwna rzecz. Jerzy P. rósł, ale wraz nim nie rosły jego potrzeby. Obywał się byle, czym.
Trudno w tej chwili po­wiedzieć, w jakim momencie po­czuł w sobie powołanie do pracy naukowej. Czy wynikało to z konieczności przy ciągłym bra­ku pieniędzy i niepewnym losie dnia jutrzejszego, czy też zadzia­łały inne przyczyny, faktem jest jednak, że postanowił ekspery­mentalnie sprawdzać na samym sobie - jak na prawdziwego na­ukowca przystało - działanie róż­nych środków, czy to farmako­logicznych, czy też chemicznych, które przynajmniej w smaku i działaniu, przypominają mikstu­ry alkoholowe.
Organizm Jerzego, poddawany przeróżnym pró­bom nie zawsze wychodził zwy­cięsko. Zdarzały się i klęski. Sierpniowego popołudnia, gdy słońce wyciskało ostatnie poty z wałęsających się ludzi, Jerzy P. w porywie eksperymentalizmu wszedł do sklepu „Herbapolu" za­pytać, czy nie mają czegoś do wy­picia. Sprzedawczyni proponowała wyciągi syropowe, na co Jerzy P. reagował grymasem twarzy i gdy dotarli do „Azulamu" sporządza­nego na czystym spirytusie, Je­rzemu P. zaśmiały się oczy. To było to, czego poszukiwał.
Wysupłał z kieszeni całe dwie dychy i kładąc na ladzie, powiedział po pańsku:
- Całą butelkę poproszę.
Sprze­dawczyni spojrzała na Jerzego, później na pieniądze i odpowie­działa spokojnie, że to niestety nie starczy, a na kieliszki nie sprzedaje. Jerzy P. przełknął śli­ną i rozglądając się po pełnych półkach zapytał:
- A co mogę dostać za to?
- Jedynie wyciąg z jemioły — odpowiedziała sprze­dawczyni.
- Może być — zakończył Jerzy P., wziął buteleczkę, cztery złote reszty i wyszedł ze sklepu. Daleko nie odszedł. Niepokojony wewnętrzną obawą o wynik nas­tępnego eksperymentu, tuż za ro­giem przechylił gwałtownym ru­chem buteleczkę, wlewając całą zawartość do gardła. Poczuł lek­kie pieczenie na końcu języka i lekką błogość rozlewającą się po żołądku. Było mu dobrze. W pew­nej chwili zorientował się, że na­wet czuje się za dobrze, bo za­częło mu się kręcić w głowie per­listy pot wystąpił na całym ciele, nogi niestety zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Takiej reakcji w założeniach swoich nie przewi­dział. Na miękkich nogach zawrócił do sklepu, i ostatkiem sił wykrzyczał, że sprzedawczyni chce go chemią otruć.
- Panie - odparta spokojne sprzedawczyni – krople, które pan kupił należało dawkować, gdyż gwałtownie obniżają ciśnienie, a pan tak to od razu?

Jerzy P. już te­go nic słyszał. I tak to właśnie, jeszcze jeden wynalazek zabiłby wynalazcę........gdyby nie pogotowie.

piątek, 22 listopada 2013

Ryzykant


Zbigniew J. czuł się oszukany przez los. Nie dość, że jest kawa­lerem to ma na głowie dwoje dzieci, na które niestety płacić musi, choć na stałe nigdzie nie pracuje. W niefarcie tym przyda­rzyło mu się jeszcze brać udział w pobiciu, za co sąd przyłożył mu równiuteńko roczek do odsiadki. Zniknął, co prawda zaraz z domu, aby nie dać się zatrzymać, ale łapiąc dorywczo różne roboty, złapał taką, która wystawiła go na ostrzał.
Niestety, bywa i tak, dlatego Zbigniew czuł się oszu­kany. Być oszukanym, nie znaczy to rezygnować z życia. Dlatego też siedząc w areszcie posterun­ku Milicji Zbigniew przemyśliwał, co by tu zrobić, aby prys­nąć na wolność. W pewnym mo­mencie przypomniał sobie oglądanego kiedyś w telewizorze zbó­ja, który wykorzystując nieuwa­gę szeryfa uciekł z aresztu.
Wprawdzie - kombinował dalej - Bolek i Lolek dopadli zbója i oddali w ręce szeryfa, ale ja będę mądrzejszy. Poczekał, więc do zmierzchu i gdy otrzymał już kolację, którą zjadł bez większe­go apetytu, zastukał do drzwi, dając znać milicjantowi, że pot­rzebuje wyjść na stronę. Przed wyjściem z aresztu zdjął buty bez sznurówek, i gdy uchyliły się drzwi, walnął z całej siły mi­licjanta w brzuch i w nogi.
Na bosaka czuł się pewniej i lżejszy. Uciekł w stronę lasu, mając świadomość, że goniący go mili­cjant i tak do niego strzelać nie będzie, bo niby, za co. Za to, że go uderzył? Biegło mu się coraz trudniej, ponieważ nogi natrafia­ły na kamienie lub korzenie drzew. Daleko nie uciekł. Dogonił go pies milicyjny. Zbigniew J. nie stawiał już żadnego oporu, gdy ponownie zamykano go w areszcie. Przeklinał swojego pe­cha. Uciekał przed rokiem od­siadki, a złapał przez to nie mniej niż cztery.


czwartek, 21 listopada 2013

Brat


          Instytucja brata zawsze stano­wiła parawan bezpieczeństwa dla niesfornych bąbli, dających się we znaki swoim rówieśnikom. Bąbel taki dopóty dokuczał, nawet starszemu, dopóki nie dostał w ucho. Gdy dostał, zanosił się rzewnymi łzami i łka­jąc na całe gardło wyduszał z siebie groźbę, która jego zda­niem winna sparaliżować prze­ciwnika: „a ja mam brata".
Je­żeli nie przeraziło to w dosta­tecznym stopniu przeciwnika bąb­la, dowiadywał się od razu, że brat bąbla przyjdzie jutro i zro­bi z przeciwnika placek ze śliw­kami albo coś gorszego. Była to, więc swojego rodzaju zasłona za­pewniająca na pewien czas zu­pełną bezkarność. Oczywiście do czasu. Bo mogło się zdarzyć, że bąbel straszył przeciwnika, ale bratem młodszym, wtedy to, wła­śnie obrywali obaj podwójne cię­gi. O tym, że dobrze mieć brata i to starszego, przekonała się Jadwiga J.
Jadwiga była młoda, ale na, tyle, że mogła sobie poz­wolić wyjść za mąż i urodzić dziecko. Po narodzinach potom­ka, nie poszła do pracy, tylko wzięła za namową męża urlop wychowawczy i zabawiała lato­rośl. Mąż, jak na chłopa przysta­ło, miał fach w ręku i na rodzi­nę pracował. Miał w ręku fach, ale miał mało siły. Siły tej star­czało mu na, tyle, aby porządnie wygarbować skórę żonie, ot, tak na wszelki wypadek. Wychodził widocznie z założenia, że jak chłop idzie do pracy, to babie różne figliki po głowie chodzą. Nie chciał jej złapać, dlatego działał profilaktycznie.
Kwietnio­wego popołudnia Jadwiga J. wy­słała męża po zakupy do sklepu. Mąż, Marcin J. może by i zrobił zakupy, gdyby nie napotkał sąsiada Jerzego Z. Ponieważ Jadwiga z doświadczenia małżeńs­kiego wiedziała, że spotkania ta­kie niczego dobrego nie wróżą, złożyła na ręce męża ostry pro­test, nakłaniając go na pójście do domu. Marcin J. był raptusem. Nawtykał żonie soczystych wiązanek i gdy widział, że nie odnosi to skutku, poparł swoje wywody argumentem mocniej­szym, pieczętując żonie nos i oczy. Żona, nawykła wprawdzie do poszturchiwania, ale nie tak mocnego, podniosła głośne larum, alarmując tym swoją matkę, za­mieszkałą niedaleko swych dzie­ci. Matka Jadwigi, kobieta z do­świadczeniem, wiedziała, że sa­ma z zięciem nic nie poradzi, dla­tego też niemal w biegu złapała swojego męża i syna i wszyscy pobiegli na pomoc. Na podwórku posesji, w której mieszkali Jad­wiga z mężem, zobaczyli, że przy studni siedzi zięć z sąsiadem i jego żoną popijając wódkę z butelki, a z mieszkania Jadwigi rozlega się donośny szloch.
I tu właśnie brat Jadwigi nie wytrzy­mał. Podszedł spokojnie do stud­ni, chwycił delikatnie za szyjkę butelki i machnął ją za siebie, w to samo miejsce posłał pełny kieliszek. Marcin J. też nie wytrzy­mał. Z okrzykiem „za swoje pi­je" rzucił się na Mirosława K. Mirosław, wprawdzie młody i ka­waler, ale siłę miał. Za pierw­szym razem trafił szwagra w szczękę tak, że szwagier padł jak długi. Sąsiad i wspólnik do bu­telki Jerzy Z. nie poszedł po ro­zum do głowy, tylko poszedł na Mirosława K. i padł niestety z takim jak kolega, efektem.

Mi­rosław popatrzył na gramolących się z ziemi i poszedł do pracy, matka zaś do córki. Marcina J. i Jerzego Z. musiało zabrać po­gotowie do szpitala na oddział dentystyczny. Kiedy po wyjściu ze szpitala szeptali swoje zezna­nia przez zadrutowane zęby, nie widać było w nich tej pewności siebie, jaką mieli jeszcze przed bójką. Dlatego też, jeśli ktoś Ci mówi, że ma brata, lepiej mu uwierzyć na słowo. Po co się przekonać.

środa, 20 listopada 2013

Handlowiec



          Czym ma się zająć młody mężczyzna z rodziną na karku, gdy ma wstręt do pracy? Oczy­wiście handlem. Zgodnie zresz­tą z zasadą, że najgorszy handel jest lepszy od najlepszej pracy. W Pruszkowie, niestety, nie ma zbyt dużych możliwości do roz­winięcia zdolności handlowych na bazarze, ponieważ bazaru nie ma. Jest wprawdzie targowisko i to nie jedno, ale każda próba sprzedania czegokolwiek poza pietruszką jest wyłuskiwana przez milicję. A za to groziły wcale nie takie małe grzywny.
Dlatego też, targowisko w kalkulacjach handlowych odpadało. Stanie na ulicy ze straga­nem, lub sprzedaż z ręki również nie wcho­dziło w rachubę, gdyż staroci nikt nie kupi, a nowymi rzecza­mi nie wolno handlować. Tak to rozumując, Krzysztof K. doszedł do słusznego zresztą wniosku, że najlepiej jednak przyjemne po­łączyć z pożytecznym i handlo­wać w domu doglądając młodej żony i małego dziecka. Był czło­wiekiem oczytanym toteż wie­dział, że handlowanie wódką, wcześniej czy później staje się niebezpieczne, ponieważ klient przy niewielkiej ilości butelek trzymanych pod ręką dla klientów, można wpaść bardzo szybko i to na dłużej.
Postanowił handlować towarem tańszym, zarabiając przy tym nie mniej niż na wódce. Handlował winem. Oczywiście tym najtańszym. Początkowo sprzedawał tego nie­wielkie ilości, ale wraz z upły­wem czasu, gdy dotarło to do wszystkich chętnych kręgów, obroty wzrastały w takim stopniu, że nieraz wbrew przyjętej zasa­dzie - klient mój pan - o północy nie mógł pomóc sprag­nionym. Aby zapobiec takim przykrym przypadkom, rujnują­cym dobre imię handlowca, zao­patrzenie robił niczym knajpa z wyszynkiem.
Kupował hurtowo po czterdzieści do pięćdziesięciu butelek, biorąc przy tym jednak po kilka butelek wódki dla stałych klientów. I prosperował zupełnie nieźle, do czasu, gdy klienci się zbiesili.

Początkowo kupujący zdając sobie sprawę, że kupuje na „mecie", wychodząc z mieszkania utykał butelki gdzie mógł, aby nikomu nie rzucało się w oczy. Z biegiem czasu, zaczęto niemalże jawnie nosić „jabcoki", a niektórzy wręcz rozpijali je pod domem Krzysztofa, aby zaoszczędzić sobie drogi. To, o czym pół miasta wie, wie i milicja. A jak milicja wie to niestety dowiedzieć się musi i Sąd. W ten sposób przerwano Krzysztofowi K. tak wspaniale zapowiadającą się karierę handlowca, dając mu czas do zweryfikowania pojęć o uczciwej pracy.

wtorek, 19 listopada 2013

Nudystka



          Krystyna B. czytała „Veto". Uwierzyła nie tylko w otwarcie sklepu, gdzie jak gorące bułecz­ki, miano sprzedawać obrazki dla dorosłych łącznie z - niezbędnymi akcesoriami, ale uwierzyła rów­nież, że wyzwolenie kobiet na­stąpi niebawem i każda wolna kobieta będzie chodziła jak chce, może nawet bez listka. Wiarę tą utwierdzała w sobie, oglądając późną porą programy telewizyj­ne, w których pan Drozda za­chwalał goliznę.

Nie brała pod uwagę natomiast opinii prezen­towanej przez red. Zielińską. Zupełnie nabrała pewności, że jest na dobrej drodze, gdy będąc na spotkaniu u znajomego, obej­rzała na ekranie z prześcieradła to, co poprzednio widziała tylko na obrazkach dla dorosłych. Po­stanowiła się wyzwolić. Kwiet­niowego, wcale nie ciepłego po­południa wypiła ze znajomym coś około litra wódki i gdy zna­jomy znudzony pomysłami swo­jej wspólniczki od kieliszka, po prostu „poszedł w długą". Krys­tyna B. będąc na dopingu, wy­zwoliła się. Z ubrania. Położyła się na trawce, tuż przy chodniku i delektowała się wolnością. I gdyby nie jakiś durny przecho­dzień, który nie znał się zna wyzwalaniu i powiadomił mili­cję. Krystyna B. byłaby już na pewno wyzwolona. A tak, musi zaczynać wszystko od początku.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Z Murowańców


          Przez lata społeczeństwo Prusz­kowa było na łasce innego mias­ta, gdy trzeba było czyścić ulice. Mieszkańcy, śląc życzenia pod ad­resem władz, zabierali się nieraz do sprzątania sami. Jeśli nie wy­ręczyła ich natura. Boje o po­wołanie własnego przedsiębior­stwa oczyszczania trwały i trwa­ły, aż znalazły swój szczęśliwy finał. Prezydenckie miasto na­reszcie miało na kogo: narzekać, skarżyć, wydziwiać gdy w czasie deszczu samochody MPO spłukiwały ulice.
Ale tak w ogó­le wszyscy cieszyli się, ponie­waż było to przedsiębiorstwo własne. Nie cieszył się jedynie Janusz P. Zatrudnił się wpraw­dzie w tym przedsiębiorstwie na etacie portiera, ale ciągle było mu coś nie tak. Współpracowni­cy przysłuchując się jego wydziwianiem, zastanawiali się, kiedy Janusz wytnie jakiś nu­mer. Janusz P. jakby dla speł­nienia oczekiwań kolegów posta­nowił numer wyciąć. I wyciął.
W drugiej połowie maja, z sa­mego rana jak codzień dyspozytor przedsiębiorstwa przyszedł do pracy i po wejściu na teren zobaczył, że na placu stoi uruchomiony samochód, przy czym jest tak poobijany, jakby go kilku chłopów kołkami z zew­nątrz okładało. Podszedł, aby wyłączyć silnik, ale okazało się, że do kabiny samochodu nie można się dostać, tak to wszystko zostało zgniecione. Ro­zejrzał się w koło i niemal wło­sy stanęły mu dęba. Następne trzy samochody były tak doku­mentnie poobijanie, że trzeba na dłuższy czas wyłączyć je z eks­ploatacji.  Zobaczył, że od muru usiłuje się oderwać... pijany portier, Janusz P. Zalany jak „bączek" usiłował dojść do zwierzchnika, padając i wstając. Dotarł wreszcie w pobliże samo­chodu. Zapytany wybełkotał, że samochód uruchomił się sam.
- Panie - krzyknął dyspozytor - dlaczego się pan tak spił i narozrabiał.
Janusz P. potrząsnął głową dla otrzeźwienia i wystękał:
- A bo mnie się pić chciało.
- Wezwę milicję — zakończył dys­pozytor.  
- O, nie...... radzę - trzeźwiejszym głosem odpowiedział Janusz P. - ja jestem chłopak z murowańców i jak przyjdę z takim długim nożem - rozciąg­nął przy tym ręce, aby pokazać długość noża - to wszystkich tu powyrzynam. Z panem na czele - zakończył Janusz P.

Dyspozy­tor jednak milicję powiadomił. W pomieszczeniach portierni, gdzie przebywał Janusz P. zna­leziono sześć pustych butelek po świeżo wypitym alkoholu. 

niedziela, 17 listopada 2013

DYREKTOR


Kiedyś, sławną francuską kur­tyzanę Nanę dziennikarze pytali, czy to, co robi, to jest zawód czy profesja. Odpowiedź Nany była wymijająca. Podejrzewam, że gdyby zapytano niektórych dy­rektorów, również nie uzyskano by odpowiedzi jednoznacznej. Andrzej C. nie był jeszcze dy­rektorem a mógł już prawie wszystko. W jego mniemaniu.
Opowiadał wszem i wobec, cze­go to on nie może, gdzie nie ma znajomości i z kim to się nie zna. Dobrze, gdy rozmowy koń­czono na poznaniu możliwości. Zaczynały się problemy, gdy tra­fiał na człowieka będącego w potrzebie. Gdy potrzebujący dy­sponował gotówką, kończyło, się na pożyczce. Ale gdy Andrzej C. został już dyrektorem (wpraw­dzie na razie zastępcą, ale z wi­dokami) możliwości jego stały się jak gdyby usankcjonowane. Na początek rozpoczął od po­życzki trzydziestu tysięcy złotych od swojego sze­fa. Pieniądze wpadły jak w stu­dnię i szef nie bardzo wiedział jak dobrać się do swojego za­stępcy.
Któregoś rana, szef wszedł do swojego zastępcy i zobaczył go niezwykle zmartwionego. Grzecznościowo zapytał, co go tak tra­pi. Andrzej C. ociągając się po­wiedział, że ma kłopot. Szef, dy­rektor przedsiębiorstwa zwyczaj­ny w obracaniu się między kło­potami, chwycił temat. Andrzej C. naciskany wyznał, że ma wła­śnie na zbyciu nową karoserię do dużego Fiata, której z jakichś tam powodów jego znajomy nie chce odebrać, a w który to in­teres Andrzej C. zainwestował sporo pieniędzy.
Szef, zwyczajny w pomoganiu bliźnim stwierdził, że gdyby Andrzej C. chciał ku­pić karoserię, byłyby kłopoty, ale sprzedać? I faktycznie. W nie­spełna kilka godzin sprowadzono chętnego, posiadającego odpowie­dnią ilość gotówki. Właśnie na karoserię. Rozmowa poszła skła­dnie. Przyprowadzony był znajo­mym szefa z lat poprzednich. Teraz pracował na własnym. Doszli do porozumienia, że to, co jest problemem dla Andrzeja C., jest wybawieniem dla Chęt­nego. W Chętnym chęci było tak dużo, że starczyło i dla żony. Oczywiście do nabycia karoserii. Rozmowy przeniesione z gruntu służbowego do mieszkania Chęt­nego. W czasie przyjacielskich rozmów, żona Chętnego po obli­czeniu okrągłej kwoty ćwierć miliona, wręczyła Andrzejowi C. Ten nie przeliczając zaczął upy­chać ją w kieszenie, gdy szef przypomniał Andrzejowi C., że dobrze się składa, iż ma pienią­dze, to może by oddał pożyczone kiedyś trzydzieści tysięcy złotych. Andrzej C. lek­ko ociągając się odliczył wymie­nioną kwotę szefowi. Będący przy tym sam Chętny i jego żo­na, nie uważali tego gestu jako nienormalnego. Pokwitowania nie wystawiono. Przecież rozmowa była miedzy „uczciwymi" ludź­mi.
Uzgodniono, że karoserię do­starczy się w najbliższych dniach, dlatego też Chętny musi odpo­wiednio przygotować samochód. Rozebrać, aby można natych­miast założyć karoserię. Mijały dni, tygodnie. Chętny chodził koło nagiego podwozia, uzupeł­niał zauważone usterki i czekał. Z upływem czasu rodziły się obawy o wręczoną gotówkę.
Gdzieś po miesiącu dopadł An­drzeja C. (a nie łatwo było go dopaść). Andrzej C. powiedział, że karoseria jest już do odebra­nia, tylko trzeba uzgodnić kolor. Na potwierdzenie pokazał Chęt­nemu fakturę z pieczątką „Pol­mozbytu".
- No dobrze — mówi Chętny — faktura, fakturą, ale gdzie jest karoseria? - Czeka na odbiór — odpowiedział Andrzej C., możemy jechać w każdej chwili.
Chętny zorganizował nie­mali natychmiast samochód z wózkiem i we trzech pojechali po odbiór. Na miejscu wyrastały same przeciwności. A to maga­zynier gdzieś się zawieruszył i Andrzej C. nie mógł go odna­leźć, a to okazało się, że nie ma­ją telefonogramu powiadamiają­cego o odbiorze karoserii, a w końcu wyszło, na to, że trzeba dopłacić pięćdziesiąt trzy tysiące złotych, bo są karoserie eksportowe. Chętny chętnie dopłaciłby na miejscu, ale Andrzej C. przekonywał go, że to nie możliwe gdyż kasa nie przyjmuje pieniędzy.

Chętny zły jak diabli, ale pieniądze dopłacił i czekał. Nadszedł upragniony dzień, gdy na adres domowy przyszedł telegram powiadamiający o terminie odbioru karoserii. Radość w domu przesłoniła trzeźwość spojrzenia. Nie zauważono, że wprawdzie nadano telegram w sprawie karoserii, ale nadano go na Dworcu Centralnym w Warszawie, a nie w biurze odpowiedniego przedsiębiorstwa. Chętny zmobilizował ponownie pojazd z przyczepką i pełen „skowronków" pojechał do „Polmozbytu". Tam czeski film: „Nikt nic nie wie". Na okazywane: fakturę, dopłatę i telegram, patrzono jakby pierwszy raz widziano takie papiery. Wreszcie znalazł się odważmy i powiedział Chętnemu:” panie, pan wariata z nas robi, albo z pana zrobiono". I tak to wszystko okazało się, wielką farsą zakończoną aresztowaniem Andrzeja C. człowieka na dyrektorskim stanowisku. Jest nadzieja, że karząca ręka sprawiedliwości spowoduje, że wreszcie rozliczy się ze swoimi dłużnikami.