środa, 11 grudnia 2013
poniedziałek, 9 grudnia 2013
piątek, 29 listopada 2013
Naiwnych nie
sieją.
Pewnego jesiennego wieczoru uważny
czytelnik popołudniowej prasy mógłby wyczytać następujący anons: „ Masz
trudności z nabyciem różnych przedmiotów codziennego użytku lub potrzebujesz
przyspieszyć przydział na mieszkanie, samochód itp., zgłoś się do Joanny N.
zamieszkałej Pruszków......” i tak dalej.
Anonsu takiego nie było, co nie
znaczy, że Joanna N. nie chciała, aby anons taki się ukazał. Po prostu nie
poczyniła odpowiednich kroków w tym kierunku a może nie potrzebowała, bo miała
dużą popularność. Joannę N. znano nie tylko na osiedlu „Nowa Wieś”, ale i w
centrum Pruszkowa, na osiedlu Parkowa i co najważniejsze, w kręgach
pruszkowskich handlowców. Była postacią znaną nie tylko ze sposobu zawierania
znajomości, nad czym niezwykle bolał jej mąż, ale i ze sposobu ubierania się,
noszenia się wśród innych a szczególnie z gestu. Nawet dzisiaj niektórzy mówiąc
o Joannie N. podkreślają – ta to miała gest. I faktycznie gest miała. Zresztą
jak tu nie mieć gestu, jak wtykano Joannie N. pieniądze do ręki, prawie na
każdym kroku.
Pojechała do swoich znajomych w
Ursusie. Przyjaciele zrobili po „maluchu”, posiedzieli, pogadali i w
międzyczasie przyszedł sąsiad znajomych, Daniel S. Przy wódce czas płynie
szybko skłaniając do zwierzeń. Daniel ujęty obyciem Joanny wspomniał, że ma
kłopoty z uzyskaniem mieszkania spółdzielczego, które jak „fata morgana” jest w
zasięgu jego ręki i za chwilę znika gdzieś za horyzontem. I gdyby tak Joanna
mogła .....
Joanna zagrała uczciwie. Mieszkania to
ona na razie na zbyciu nie ma, ale może zaproponować dozorstwo, do którego
mieszkanie jest dopisane. Daniel S. stwierdził, że jest to genialne rozwiązanie
i dla przypieczętowania zawartego porozumienia postawił butelkę.
- Trza
oblać taką znajomość – stwierdził Daniel.
Oblali. Joanna N. nie mając jeszcze
doświadczenia, wzdrygała się, gdy Daniel dawał jej na koszty kwotę dwudziestu
tysięcy złotych, ale żeby nie być źle zrozumianą, co do swoich możliwości,
zgodziła się wziąć połowę. Uzgodnili, że jeśli Daniel S. otrzyma przydział na
upragnione dozortswo, Joanna N. otrzyma więcej pieniędzy.
Następnego dnia Joanna N. próbowała na
spokojnie otworzyć sobie przebieg poprzedniego wieczoru. Była zaskoczona
łatwością, z jaką weszła w posiadanie dużej sumy pieniędzy. Być może był to
przełomowy moment w karierze Joanny N. jako osoby o nieograniczonych
możliwościach. Zanim wyszła z jednego czy drugiego sklepu, zorientowała się, że
pieniądze Daniela S. rozeszły się błyskawicznie.
Była pewna, że do Ursusa nieprędko
zajedzie i dlatego nie przejmowała się przyjętym zobowiązaniem. Tym bardziej,
że żadnego pokwitowania nie dawała. Zdarzyło się tam, że została zaproszona do
swoich znajomych w Pruszkowie, mieszkających na osiedlu Parkowa. Zupełnie
przypadkiem była u tych znajomych, ich znajoma Halina J. mieszkająca na Ostoi.
Halina otrzymała niedawno mieszkanie i miała kłopoty z jego urządzeniem. Po
krótkiej wymianie zdań Halina ucałowała Joannę i wręczyła jej kwotę stu tysięcy
złotych na zakup całego wyposażenia. Halina dyktowała a Joanna zapisywała, co
potrzeba. A potrzebne było: trzy perskie dywany, ileś metrów zasłon, ileś
metrów firanek, ileś metrów materiału welurowego do wybicia na ściany, kilka
lamp mosiężnych a abażurami złoconymi, kilka lam stojących i mogą być pozłacane
i szereg innych jeszcze towarów, trudno dostępnych w specjalistycznych sklepach.
Halina była tak zachwycona nowo poznaną Joanną, że dając jej paczkę pieniędzy,
nie poprosiła o pokwitowanie. Miała doświadczenie.
Joanna N. objawiła się Halinie jako
kobieta do wszystkiego. Mogła wiele. Halina wyszła od znajomych lżejsza o
znaczną kwotę pieniędzy, ale z przekonaniem, że trafiła na odpowiedniego
człowieka.
Do dnia dzisiejszego nie wiadomo, co
Joanna N. zrobiła z tak dużą kwotą pieniędzy, na co je wydała, co kupiła do
domu. Być może to łatwowierność Haliny J. spowodowała lawinę dalszych oszustw.
Joanna N. będąc w sklepie spożywczym
zaproponowała dopiero, co poznanej sprzedawczyni Annie W. załatwienie firanek i
zasłon do mieszkania. Anna W. nie zastanawiając się dłużej, łapała okazję
wręczając Joannie pięć tysięcy złotych. Marianna P. miała w domu już prawie
wszystko, poza dywanami, kolorowymi z wełny i markowe. Dla Joanny nie było
żadnego problemu, wzięła kwotę sześćdziesięciu tysięcy złotych i poszła
załatwiać.
Renata L. z wykształceniem
technicznym, potrzebowała ładne, kolorowe, wełniane dywany i do tego dobrane
odpowiednie zasłony.
- Mogę
załatwić od ręki – stwierdziła Joanna N., zainkasowała pięćdziesiąt cztery
tysiące złotych i poszła w siną dal.
Janina T. potrzebowała pralkę i
lodówkę. Nie miała czasu, aby stać w kolejkach pod sklepami. Tak długo pytała
różnych znajomych o możliwość załatwienia, aż skontaktowali ją z Joanna N.
- Ona
wszystko może – mówili znajomi.
Joanna N. nie protestowała. Przyjęła
zamówienie, zainkasowała pieniądze w kwocie trzydzieści jeden tysięcy i zniknęła.
Barbarze S. popsuł się odkurzacz. Gdyby to było kilka lat temu, nie byłoby
żadnego problemu. Poszłaby do punktu napraw, zreperowaliby i po kłopocie. Ale
odkurzacz, przedmiot martwy i dlatego złośliwy, wybrał najbardziej niewłaściwy
czas do popsucia się i to tak skutecznie, że żaden z punktów nie rokował
naprawy z uwagi na brak części. A części nie było, bo producent nie dostarczał.
Wolał sprzedać nowe wyroby, niż oddawać części i ratować wyroby stare. Barbara
zrozumiała z tego, że nawet gdyby mieli części to i tak by im się nie opłaciło
robić napraw. Woleliby złożyć odkurzacz cały i sprzedać po znajomości na
czarnym rynku, bo więcej by zarobili niż na naprawie. Dlatego też Barbara S.
była zdecydowana kupić nowy odkurzacz, ale gdzie? Przeprosiła się ze starą
miotłą i cały swój intelektualny wysiłek kierowała na znalezienie kogoś takiego
jak Joanna N.
Dzięki
swojemu uporowi, poprzez znajomą swojej znajomej dotarła do Joanny N.
- Tylko
odkurzacz – zapytała zdziwiona Joanna N., przyzwyczajana do dużych wziątek.
Barbara szybko w myślach zrobiła przegląd
swojego wyposażenia w sprzęt gospodarstwa domowego i po podliczeniu
oszczędności zdecydowała się jeszcze na lodówkę i materiał na kostium. Kolor
miała podać później. Wręczyła szybciutko Joannie N. kwotę siedemdziesięciu
tysięcy złotych i już chciała wyrzucić starą szczotkę, ale coś ją tknęło.
Szczotkę jednak zatrzymała i ustaliwszy kolor materiału podejmowała próbę
nawiązania kontaktu z Joanną N. poprzez znajomą jej znajomej. W tym momencie okazało się, że nikt nie wie
gdzie Joanna N. mieszka i jak się z nią skontaktować. Znajoma znajomej
zapewniała Barbarę, że szybko odnajdą Joannę i ustalą, jakie postępy poczyniła
w sprawie zakupów dla Barbary. A Joanna N.? Nie wiedziała jeszcze o tym, że
Barbara S. postanowiła odszukać Joannę N.. Dlatego działała dalej.
Siostra Joanny zachorowała i nie mogła
pójść do szkoły na wywiadówkę w sprawie jej dziecka. Poprosiła siostrę, Joannę
N. , aby za nią poszła do szkoły. Joanna na wywiadówce zachowywała się tak, jak
na matkę przystało. Wysłuchała zastrzeżeń nauczycielki, jakie miała do jej
siostrzenicy i nawet zatrzymała się przy nauczycielce po zakończeniu drugiej
wywiadówki. Wystarczyło jej dosłownie dziesięć minut na przekonanie
nauczycielki Genowefy T. iż najwłaściwiej zrobi gdy powierzy jej dziesięć
tysięcy złotych na zakup firanek i zasłon. Genowefa T. powie później – była
taka ujmująca. Podobne zdanie o Joannie N. miała pani magister Joanna K. Kiedy
Joanna N. przebywając u fryzjerki, mimochodem wspomniała, że właśnie nadszedł z
Włoch świeży transport zasłon, Joanna K. bez wachania sięgnęła do torebki i
wręczyła kwotę dziesięć tysięcy złotych, nie podając nawet swojego nazwiska.
Koleżanka fryzjerki, u której czesała
się Joanna N. potrzebowała kupić sto dolarów na lekarstwo dla dziecka. Mogłaby
kupić dolary pod sklepami „Pewexu”, ale bała się przewalanki, bo kwotą, którą
płaciła była duża, sześćdziesiąt tysięcy złotych. Potrzebna jej była osoba
uczciwa, godna zaufania. Fryzjerka poleciła Joannę N., jako uczciwą z szerokim gestem.
- Dawała
tak duże napiwki – zeznała później fryzjerka.
Joanna N. przy sobie dolarów nie
nosiła, bo:”... to tyle złodziejstwa na ulicy...” tłumaczyła koleżance
fryzjerki, ale zobowiązała się do przyniesienia dolarów następnego dnia, bo
teraz musi wstąpić do kuśnierza i dopłacić do futra z lisów. Koleżanka
fryzjerki, Bożena K. zrozumiała aluzję i wyjęła paczkę pieniędzy w kwocie
sześćdziesiąt tysięcy złotych, wręczyła Joannie i umówiły się tego samego dnia,
o godzinie szesnastej po południu w kawiarni Duet. Bożena K. czekała na Joanne
N. do zamknięcia lokalu. Bożena K. straciła pieniądze i koleżankę, fryzjerka
straciła koleżankę i klientkę. Na plusie była tylko Joanna N.
Wacław D. Jak codziennie krążył po
Pruszkowie taksówką, czekając na bardziej intratny kurs. Na skrzyżowaniu ulic
Prusa i Kościuszki zatrzymała go młoda kobieta, niezwykle elegancko ubrana. W
czasie jazdy do Warszawy, Wacław D. zwierzył się młodej dziewczynie z kłopotów
jakie ma jego żona z nabyciem wykładziny podłogowej, zasłon i firan.
- Nie ma
sprawy – natychmiast odpowiedziała Joanna N., bo to ona była ta młodą
dziewczyną – proszę umówić mnie z żoną. Wacław D. spotkanie umówił. Wysadził
Joannę N. w centrum miasta i zadowolony, że pasażerka nie zauważyła, iż naciął
ją na trzysta złotych, pojechał dalej.
Jego żona wpłaciła Joannie N. ciepłą rączką
całe szesnaście tysięcy złotych. Joanna popadła w rutynę. Brała wszystko, co
wpadało do ręki. Maria S. potrzebowała buty za tysiąc siedemset złotych. Proszę
bardzo – mówiła Joanna, N. ale butów nie było. Katarzyna G. pracownica jednego
z urzędów w Pruszkowie, wpłaciła Joannie N. dwa razy kwotę po dziesięć tysięcy
złotych, na zasłony i firanki, ponieważ zanim Joanna załatwiła jeden zakup,
Katarzynie potrzeba było dwa razy więcej.
Nie wiadomo jak długo trwała by ta
sielanka Joanny N. z braniem pieniędzy. Osoby, które wpłacały najwięcej zrobiły
się bardzo niecierpliwe. Na razie nie zgłaszały swoich roszczeń do milicji,
tylko za pośrednictwem znajomych podejmowały próby odnalezienia Joanny N. na
własną rękę, licząc, że jak nie zamówione przedmioty to pieniądze zostaną im
zwrócone. Dotarło to do Joanny N., że jest poszukiwana przez klientów.
Joanna N. zaczęła się bać. Nie kary,
nie odpowiedzialności. Bała się, że będzie musiała wszystko zwrócić. Zaczęła
szukać okazji, aby jednym dużym numerem zarobić tyle pieniędzy, żeby zwrócić je
najbardziej zainteresowanym. Zwietrzyła ofiarę, przygotowała się do skoku i
wpadła. Ofiarą miał być pracownik operacyjny Komendy Milicji z Pruszkowa.
Joanna N. płacząc przedstawiała siebie jako ofiarę kryzysu, ofiarę naiwności
ludzkiej. Bo kto tak naprawdę miał takie możliwości?
Rodzi się
pytanie. Kim są w takim razie osoby oszukane?·
Kandydat na
samobójcę?
Budynek na rogu Kościuszki i Bolesława
Prusa w Pruszkowie, nie miał złej opinii. Tylko od czasu do czasu dobiegały na
zewnątrz głośne krzyki awanturujących się osób. Nawet dzielnicowy nie był
częstym gościem.
Dzieciaki na ogół bawiły się w
pobliskim parku lub skakały po dachach sąsiednich budynków. Słowem :
„pruszkowska normalka”. Wybijało się w tych awanturach mieszkanie Ireny S.,
mieszkającej z dziewięcioletnim synem Robertem. Najczęstszą przyczyną
nieporozumień był konkubin Ireny, Waldemar K. Oboje pracowali w Spółdzielni
„Alfa” i tam się poznali po drugim rozwodzie Ireny S. Czasami nieporozumienia
rodzinne przenosili na teren zakładu pracy. Powodem były „szczególne
spojrzenia” Ireny na któregoś z kolegów Waldemara K. Znajomość ich trwała od
dobrych kilku lat, z przerwami na pobyt Waldemara K. w Zakładzie Karnym. To zapewne
powodowało, że Irena nie liczyła na jakiś trwały związek z Waldemarem K.
Brak stabilizacji powodował, że Irena
S. biorąc udział w różnych „bibkach” organizowanych przez kolegów lub koleżanki
z pracy, zapominała, że w domu zostawiła samo nieletnie dziecko. Waldemar K.
reagował gwałtownie, próbując dosłownie i w przenośni, wybić Irenie z głowy te
wyskoki. Czasami sam wypuszczał się na męskie „balety”. W połowie 1983 roku,
przy okazji pobytu w domu swojej konkubiny, pobił ja i podduszając rękoma
wymusił na niej wydanie biżuterii, którą natychmiast spieniężył, przeznaczając
pieniądze na wystawny „balet”.
Irena S. nie odpuściła tylko
następnego dnia zgłosiła dzielnicowemu, rabunek rodowej biżuterii po mamusi i
pozostałość z dwóch poprzednich małżeństw. Waldemar K. nie mógł darować Irce,
że sprzedała go milicji. Od tego czasu, systematycznie obijał Irkę, ale tak
umiejętnie, że nie zostawiał śladów mogących świadczyć przeciw niemu, gdyby
Irce zachciało się ponownie go „zakapować”.
Sąsiedzi przyzwyczaili się do krzyków
Ireny S. i płaczu dziecka. Nie powiadamiali milicji, wiedząc, że następnego
dnia Irena S. przebaczy Waldemarowi K. i wszystko wróci do normy.
Dzielnicowy nie za bardo wierzył w te
powiedzenia sąsiadów, że „kto się czubi ten się lubi” i z innych źródeł
dowiadywał się o tym, co dzieje się w tej rodzinie. Solidarność sąsiedzka była
duża i szczelna. Dzielnicowy, przy tych powtarzających się sygnałach,
zastanawiał się czy nie spowodować odebrania Irenie S. praw rodzicielskich, ale
ponieważ sąsiedzi zgodnie twierdzili, że nie jest tak źle, odstąpił od tych
zamysłów. Tym bardziej, że Robert S. w szkole podstawowej, do której
uczęszczał, nie ujawniał wobec wychowawców, co działo się w domu. Był uczniem
nie wyróżniającym się, nie skarżył się na nic. Do szkoły chodził czysto ubrany.
12 marca, w poniedziałek, Irena jak
zwykle wróciła po pracy do domu. Waldemar K. zapytał ją tajemniczo, czy będzie
w domu a po usłyszeniu, że będzie, gdzieś wyszedł. W międzyczasie do mieszkania
Ireny przyszła jej koleżanka a za chwilę wrócił Waldemar K. wraz ze swoim
kolegą. Wysłali Roberta po wódkę i zaczęli picie. Waldemar po wypiciu kilku
kolejek, rozpoczął awanturę tak głośną, że jego kolega z jej koleżanką, w
pośpiechu opuścili dom. Awantura trwała, sąsiedzi nie reagowali.
13 marca, we wtorek, matka Ireny S.
wyszła ze swojego mieszkania po zakupy. Wiedziała o awanturach, jakie były w
mieszkaniu córki i sama nie wie, dlaczego, około jedenastej postanowiła zajść
do córki i sprawdzić, czy jest ktoś w domu. Weszła na piętro i przed drzwiami
mieszkania Ireny zastała skomlącego psa, którego przygarnął wnuczek. Otworzyła
drzwi do mieszkania. Było cicho. Weszła do kuchni. Nie było nikogo. Zajrzała do
pokoju......... Nie pamięta jak zeszła ze schodów, nie pamięta czy szła szybko
czy też biegła do budynku Komendy w Pruszkowie, głośno krzycząc od wejścia:
„zabici, zabici „. Nikt kobiety nie znał, nie można było wyciągnąć od niej
podstawowej informacji:, kto zabity i gdzie. Po wypiciu szklanki wody, kobieta
podała, że nazywa się Genowefa T. a zabitymi są jej córka Irena S. i jej syn
Robert S.
Szybko pojechano na wskazane miejsce.
Widok, jaki tam zastano, nawet milicjantów wprowadził w osłupienie. W
rozesłanym łóżku, przykryta kołdrą leżała Irena S. z mocno pokrwawioną i
zniekształconą twarzą. Na pościeli, pod łóżkiem, widać było rozległe kałuże
krwi. Obok niej leżał mężczyzna z zamkniętymi oczami, miarowo oddychający. Na
podłodze, za łóżkiem, przy pochlapanej krwią ścianie leżało martwe dziecko.
Irena i jej syn byli martwi. Żywym był tylko Waldemar K.
Na suficie, w miejscu zdjętego
żyrandola zwisała pętla zrobiona z przewodu elektrycznego.
- To dla
mnie – wskazał pętlę Waldemar, K. gdy wyprowadzano go z mieszkania.
czwartek, 28 listopada 2013
Mord
w melinie
Miasto pustoszało, tylko na niektórych
przystankach czekali jeszcze spóźnieni przechodnie. Była niedziela.
Prawdopodobnie wszystko odbyło się tak...
Pruszkowskie knajpy były już
pozamykane. Do parterowego budynku przy ul. Bolesława Prusa podszedł mężczyzna
w średnim wieku, rozpięty, ponieważ grzał go wypity alkohol. Zastukał w okno i
czekał. Zauważył w przyćmionym świetle pokoju, poruszającą się starszą kobietę.
Kobieta po woli podeszła do okna, uchyliła firankę i wyjrzała na zewnątrz.
-
Czego – zapytała.
-
Ciotka, daj butelkę – odpowiedział mężczyzna.
-
Czekaj – powiedziała „ciotka” i powoli poszła w głąb mieszkania.
Podeszła do podwójnych drzwi,
otworzyła je i kazała gościowi wejść do środka. Był jej znany z widzenia i nie
obawiała się z jego strony żadnej napaści. Zapytała tylko ile chce alkoholu.
Powiedział, że ma tylko na jedna butelkę. „Ciotka” odwróciła się od niego i
zaczęła iść w stronę pokoju. Nagle poczuła mocne uderzenie w głowę i prawie
straciła przytomność. Padła na podłogę, ale jeszcze siłą woli chciała wstać. W
tym momencie zacisnęło się wokół jej gardła coś miękkiego i już przestała czuć
cokolwiek.
*
* *
W poniedziałek, 19 grudnia 1983 roku
około godziny 9,00 syn „ciotki” przechodząc obok jej domu, zobaczył
niedomknięte drzwi do mieszkania. Zaniepokojony wszedł szybko do środka. W
kuchni panował nawet porządek, natomiast, gdy wszedł do pokoju, zobaczył matkę
leżącą na podłodze przyrzuconą wyrzuconymi z szafy ubraniami. Nie dotykając
niczego powiadomił milicję.
Tej samej nocy z 18 na 19 grudnia
około północy, po przeciwległej stronie ulicy Bolesława Prusa, dokonano
włamania do restauracji „Popularna” poprzez wyrwanie krat od zaplecza. Sprawcy
weszli do środka i opróżnili na miejscu kilka skrzynek alkoholu.
W mieszkaniu „ciotki” znaleziono wiele
śladów świadczących o tym, że właścicielka od dłuższego czasu prowadziła
„melinę” sprzedając wódkę i wino. Sprzedawała oczywiście drożej niż kupowała w
sklepie. W dni przedświąteczne zwiększała swoje zaopatrzenie znając potrzeby
klienteli. Sprzedawała każdemu, kto zapukał do jej okna. Wpuszczała do domu
tylko znajomych, często kupujących u niej alkohol.
Na miejscu włamania do restauracji
Popularna znaleziono wiele śladów wskazujących na to, że sprawcy byli ogromnie
spragnieni alkoholu. Niedopite resztki w butelkach, chaotycznie zabierane
butelki z bufetu wskazywały, że sprawcy byli w niezwykłej potrzebie.
W tym czasie sprawców obu wydarzeń nie
ustalono, ale obecnie, gdy po ustaleniu DNA każdego osobnika można bezbłędnie
wskazać, kto był na melinie i kto zapijał się w restauracji, ustalenie sprawców
nie będzie już tak trudne.
środa, 27 listopada 2013
Gluty
Kierownik przyszedł do pracy i się
zdziwił. Wczoraj zostawił wszystko w porządku, pozamykane a rano stwierdził, że
mu się włamano do pomieszczeń warsztatowych. Zdziwienie było bardzo duże, więc
zadzwonił do milicji. Milicja się nie zdziwiła. Nie, dlatego, że przyzwyczaili
się do najróżniejszych zgłoszeń, tylko, dlatego, że pomieszczenia z narzędziami
i magazynek narzędzi nie były w ogóle pilnowane. I to od dłuższego czasu. Od
dłuższego czasu były tez włamania do tych pomieszczeń, ale na szczęście
instytucje energetyczne są tak bogate, że na miejsce kradzionych narzędzi,
natychmiast kupowano nowe. Może to i dobrze, bo w ten sposób odmładzano zestaw
niezbędnych narzędzi, które i tak by się zużyły i trzeba by było je złomować.
Budynek narzędziowni z dala straszy
powybijanymi szybami w oknach i nie naruszonymi kratami okiennymi. Drzwi do
budynku kierownik zastał otwarte. Najwięcej kłopotów przysparzało kierownikowi
ustalenie, jak sprawcy dostali się do środka. Przekonywał milicjantów, ze
sprawcy dostali się poprzez otwarcie dwóch zamków „Yalle”, zamontowanych przy
niezbyt solidnych drzwiach. Przekonanie to również udzieliło się również
pracownikom tejże narzędziowni. Dla zademonstrowania, że sprawcy nie mogli się
dostać inną drogą, pracownicy narzędziowni, jeden przez drugiego usiłowali
przecisnąć się przez szczelinę czternastocentymetrową, powstałą między oknem a
kratą okienną. Przez szczelinę przechodziło wszystko, tylko nie głowa. Ponieważ
wszyscy z próbujących mieli głowy słusznej wielkości, szukano po zakładzie
człowieka z płaską głową. Ale nie znaleziono. Dlatego też – argumentowano –
musieli otworzyć zamki. Ale w zamkach nie było śladów grzebania, tylko ślad
oryginalnego klucza. Milicjanci, ludzie z doświadczeniem, wysłuchali wszystkich
przedstawionych wariantów i byliby skłonni wierzyć, gdyby nie powybijane szyby
w oknach. Tego nikt złośliwie raczej nie zrobił. Zrobił to raczej celowo.
Mówi się, że głupi ma szczęście.
Sławomir Z. szczęścia nie miał, ale nie znaczy to, ze był mądry. Sławomir jest
najstarszy z rodzeństwa i ma już siedemnaście lat, skończone, co przy każdej
okazji mocno akcentuje. Szczęśliwie przebrnął przez szkołę podstawową i
stwierdził, że wyedukował się dostatecznie. Podobnego zdania była jego matka.
Uważała, że po tak ciężkiej nauce powinien odpocząć parę lat, przygotowując się
do trudów życia i kiedyś tam, do założenia własnej rodziny. Na razie ma rodzinę
w domu i ta właśnie rodzina powinna go utrzymać. I utrzymywała. Wcale nieźle.
Kiedy pytano go o źródło utrzymania, odpowiadał z dumą, że jest na utrzymaniu
mamusi.
Sławomir miał kolegów. Starszych i
młodszych od siebie. Jako, że sam nie był za mądry, więc nie otaczał się
kolegami mądrzejszymi od siebie. Marian C. miał już całe dziewiętnaście lat.
Zdobył nawet zawód. Pracował w PKS-ie jako mechanik, oczywiście samochodowy.
Wybrał ten zawód, ponieważ widział w nim przyszłość.
Robert G. nie miał jeszcze skończonych
szesnastu lat, ale zaszedł najdalej. Był uczniem pierwszej klasy szkoły
zawodowej i właściwie czuł się już uczniem drugiej klasy, gdyż w domu miał
cenzurkę z promocją. W domu też miał rygor. Wolno mu było przebywać z kolegami
do oznaczonej godziny, gdy się spóźnił, dostawał lanie. I to tęgie. Dlatego
wolał się nie spóźniać. Z racji pobytu w szkole zawodowej, uważał, że posiada
największą wiedzę, to zaś winno wystarczyć do budowania autorytetu w grupie.
Nie podzielał takiego poglądu Sławomir, dlatego też Robert dosyć często brał
cięgi od kolegi i pomimo wewnętrznego buntu, podporządkowywał się Sławkowi. Wprawdzie
szukał oparcia w swoim rówieśniku Sylwestrze, R. ale zdawał sobie sprawę, że
stoi na pozycji straconej. Sławomir Z. liczył się tylko z Sylwestrem, który
podobnie jak Sławomir, nie uczył się nigdzie, nie pracował i miał, najogólniej
mówiąc obojętny stosunek do świata. Niekiedy określał dosadniej, na czym ten
jego stosunek polega, ale gdy byli z dziewczynami, słów wulgarnych nie używał.
Był dżentelmenem. Nawet, gdy dziewczynom majtki pozabierali robiąc ogląd, która
ma najbardziej obrośniętą, Sylwester majtki pozbierał, oddał, umówił się z
jedną z nich na dzień następny. Z Sylwestrem liczyli się wszyscy, bo był
fachowcem. I to dużego rozmiaru. Zawsze fascynowało go strzelanie. Pistolety
widział tylko na filmach, albo, gdy któryś ze starszych kolegów „wykołował”
straszaka. Próbował strzelać z łuku, ale były z tym same kłopoty. Nie mógł
dopasować kijka do cięciwy. Kijki pękały. Znalazł broń inną. Popularną procę.
Pamiętał jeszcze z nauki religii, że Dawid pokonał procą Goliata. Postanowił
zostać Dawidem.
Radosna czwórka nudziła się okropnie.
Wymyślali różne zabawy. Kiedyś jeden z nich dojrzał, że niedaleko miejsca gdzie
spotykają się, w szczerym niemalże polu, stoją za siatką metalową z dziurami
tak dużymi, że słoń by się zmieścił, duże metalowe urządzenie z metalową
obudową i szklanymi wskaźnikami, w których pływają fajne kulki, nadające się do
procy. Tak ocenił Sylwester.
Teraz trudno ustalić, który z nich
pierwszy wpadł na pomysł, faktem jest, że przystąpiono do zabawy. Weszli na
teren magazynu, gdy nikogo już nie było i przystąpili rozgrywania regularnych
zawodów w strzelaniu z procy do elementów szklanych, Zabawa nie trwała długo a
to, dlatego, że elementów szklanych było niewiele. Zawody wygrał oczywiście
Sylwester. Dało mu to pewną satysfakcję, ale nie na długo. Sylwester czuł
nieodpartą chęć wybijania szyb. Gdy byli na łące i strzelali z proc do
przelatujących ptaków, przypomniał sobie, że nieopodal jest budynek z
warsztatami Elektrowni, w którym jest bardzo dużo okien z szybami. Rozbawionej
grupie nie trzeba było dwa razy powtarzać.
Na początku lipca, w upalne popołudnie
udali się pod wspomniane warsztaty, zaopatrując się w proce i różnej wielkości
kamienie. Wprawdzie najlepsze do tego były kulki, jakie wyjmowano z urządzeń
rozbijanych na placu magazynowym. W czasie wielkiej zabawy nie przypuszczali,
że pójdzie im tak sprawnie. Udało im się wybić wszystkie szyby w rekordowo
krótkim czasie. Gdyby w tym czasie organizowano zawody w strzelaniu z procy,
cała czwórka miałaby szansę zająć pierwsze cztery miejsca. Na razie........ ich
szanse wzrosły do zajęcia nie punktowanych miejsc na ławie oskarżonych.
Gdy już powybijali szyby, zobaczyli,
że w narzędziowni leżą różne narzędzia, porzucone przez robotników tak, jakby
nie były im już potrzebne. Ocenili, że im narzędzia na pewno by się przydały.
Popatrzyli prze kraty na wszystkie pomieszczenia i poszli się naradzić, jak
dobrać się do środka. Ponieważ obrady trwały dość długo i nie było
jednomyślności, wejście do srodka odłożono do dnia następnego, wychodząc, ze
słusznego założenia, że zanim w okna wprawią szyby, upłynie sporo czasu.
Widzieli wprawdzie dnia następnego jak w godzinach rannych podjechał radiowóz,
jak milicjanci oglądali zniszczenia. Jeden z chłopaków był tak blisko budynku,
że słyszał jak milicjant mówił do kierownika, aby szybko zabezpieczyli okna.
Chłopcy przeżyli już kilkanaście lat
na tym świecie i wiedzieli, że zanim ktokolwiek do czegoś się weźmie, musi
upłynąć wiele czasu, ponieważ każda decyzja powinna być zatwierdzona przez
kogoś wyższego i tak dalej. W domu to, co innego, każdy zabezpiecza swoje, ale
na państwowym?
Przewidywania młodzieży sprawdziły
się. Po południu mogli spokojnie przystąpić do nakreślonego wcześniej planu.
Poczekali aż się ściemni i w całym składzie podeszli pod warsztaty. Dla
upewnienia się czy nikt nie pilnuje niezabezpieczonych pomieszczeń, strzeli
parę razy z procy, a ponieważ nikt nie pokazał się podeszli do okien. W oknach
szyb już nie było, ale były kraty. Pomiędzy kratą a ścianą była niewielka,
kilkunastocentymetrowa przerwa. Próbowali jeden przez drugiego wejść do środka,
ale żadnemu z nich nie przechodziła głowa. W tym właśnie momencie Slawomir Z. w
pomysłach okazał się nie oceniony. Przypomniał wszystkim, że ma rodzeństwo, a
szczególnie to, że ma brata.
-
No to co – krzyknął Sylwester R. – ja też mam brata.
-
Ale – stwierdził Sławomir – ja mam brata z małą głową.
Popatrzyli na niego a niemałym
podziwem. Rzeczywiście, to jest myśl. Sławomir wyciągnął braciszka lat siedem,
z łóżka i kazał mu iść ze sobą. Brat, jak to brat. Nie bardzo chciał się wlec,
ale jak mu powiedziano, jaką rolę miał pełnić, popędził zachwycony. Stanął
przed kratą nie wierząc we własne możliwości, ale jak przymierzono jego głowę
do prześwitu kraty, od razu zrozumiał, że wejść musi. Pomagali mu wszyscy przy
wchodzeniu osłaniając uszy, aby nie zostały przy kracie. Chwila skupienia i już
Janusz Z. był wewnątrz. Teraz poszło jak po maśle. Otworzył drzwi wejściowe od
wewnątrz i wszyscy uszczęśliwieni wpadli do środka.
Penetracja narzędziowni niestety,
rozczarowała ich. Było trochę narzędzi, ale nie starczyło dla wszystkich.
Rozejrzeli się dokładnie i zobaczyli prowadzące do jakiegoś pomieszczenia. Na
szczęście łom leżał w pobliżu na podłodze, uporali się natychmiast z drzwiami i
słabym zamkiem i weszli do środka. Tak, to było to, po co tu przyszli. Był to
magazyn różnych narzędzi, nawet bardzo specjalistycznych. Chłopcy brali
wszystko, jak leci, ale tylko te z górnej półki.
Jak było do przewidzenia, milicja
wpadła na ich ślad? Jak wpadła? Zostawmy ten element w milczeniu, aby nie
doszkalać młodzieży i nie uczyć jej, czego należy unikać, aby nie wpaść w łapy
„psów”. Najlepiej nie brać się do kradzieży, wówczas młodzież będzie spokojna,
bez stresów.
Zatrzymanie poszczególnych chłopców
nie nastręczało trudności. Trudności wystąpiły wówczas, gdy rozpoczęto
poszukiwanie skradzionych przedmiotów. Robert G. najbardziej technicznie
wykształcony, oddał przechowywane w domu klucze monterskie, wiertarki,
narzynki, radio i inne przedmioty, jakie poutykał po kątach. Nie wszystko
jednak miał w domu. Część większych przedmiotów ukrył w pobliskich krzakach do
czasu, gdy miał przenosić je do bardziej przemyślnej skrytki. W domu lano go za
spóźnienia, natomiast nie zadano sobie trudu zapytania, skąd ma przedmioty,
jakie wieczorem przyniósł do domu. Rober G. pretendent do roli przywódcy
nieformalnej grupy, w czasie przesłuchania prowadzonego przez miłą panią
inspektor łkał rzewnymi łzami, że nie chce iść do poprawczaka.
Sławomir Z. chciał iść do poprawczaka,
ale nie mógł. Idąc na włamanie zapomniał o tym, że niedawno skończył
siedemnaście lat i odpowiada już jako dorosły. Wprawdzie Sławomir uzasadniał
kradzież, życiowo tłumacząc;
-
Mamusi dawno skończyły się pieniądze i potrzebowaliśmy na życie dla tak licznej
rodziny a ja niestety też już nie miałem - przy czym nie wspomniał jak zarobił
te pieniądze.
Prawdę mówiąc, to właśnie Sławomir Z.
okazał się najbardziej obrotny z całego towarzystwa, ponieważ z warsztatów
wyniósł różne narzędzia ukrywając je bardzo dobrze. Zabrał również i spawarkę,
którą po drodze „opylił” mieszkającemu niedaleko Zygmuntowi W.
Był to duży niedowiarek. Z początku
nie wierzył, że milicjanci, to milicjanci. Wymagał od nich uwiarygodnienia. Gdy
zawieźli go do Komendy, nie wierzył, że jest w Komendzie. Uwierzył, gdy
zamknięto go w areszcie z dwoma pijakami.
-
Ależ panowie – wrzeszczał na całe gardło – pomylić się nie można?
Gdy uwierzył, dał znać profosowi w
areszcie, że teraz to on może spawarkę oddać. Ale teraz to milicjanci nie mieli
czasu. Spawarkę odebrano później. Sławomir Z. rozliczając się z zabranych
innych narzędzi wskazywał coraz to nowe osoby, korzystające z okazji. Kupowali
jakby na wyprzedaży. Pieniądze uzyskane ze sprzedanych narzędzi, Sławomir Z.
oddał swojej mamie. Nie wszystkie wprawdzie, ale obdzielił pozostałych po
równo, nie zapominając również o swoim bracie Januszu Z. Mamuśka Sławomira Z.
była nie pocieszona.
-
I co on takiego zrobił? – Wykrzykiwała, – że pomógł kolegom i sam przy okazji
zarobił?
-
Ano właśnie za to – odpowiedziała miła pani inspektor.
poniedziałek, 25 listopada 2013
Patrzcie,
ma nóż w plecach a jeszcze biegnie – dziwili się przechodnie.
Marian K. miał przyjaciół. Gdy miał
pieniądze. Gdy pieniądze odchodziły, znikali również i przyjaciele. Pozostawała
wówczas konkubina Renata G., z którą od dłuższego czasu spędzał chwile między
pijaństwami. Renata G. jak większość kobiet dążyła do założenia jakiegoś
gniazda, ale Marian K. nie patrzył na życie przyszłościowo. Mając trzydzieści
trzy lata, miał już niejakie doświadczenia z kobietami i do małżeństwa nie
palił się. Renaty to nie zrażało. Wiedziała, że w jakimś momencie, może nawet w
pijanym widzie, Marian zgodzi się na małżeństwo i będzie im dobrze. Dlatego też
z pewną zapobiegliwością wyłuskiwała od Mariana zebrane pieniądze, które
pojawiały się od czasu do czasu w jego rękach i starała się je lokować w
przedmiotach, sprzętach, jakie potrzebne im będą we wspólnych pożyciu. Martwiło
ją jednak towarzystwo Mariana. Mieszkali w Piastowie, ale towarzystwo mieli w
Pruszkowie. Jednym z nich był Roman W, starszy od Mariana o dobrych kilka lat,
doświadczony dwudziestoparoletnim pobytem w różnych zakładach karnych,
imponował młodzikowi nawet w konkubinacie. Sam rozwiódł się z żoną zostawiając
jej syna, po czym tworzył w domu taką atmosferę, że syn z matką uciekli gdyż
brali dosłownie pogróżki, że im siekierą głowy poucina. Za to zostawili mu
mieszkanie.
Wziął konkubinę, Elżbietę W. , młodszą
od Renaty G. i to Marianowi K. było nie w smak. Natomiast Renata i Elżbieta
znalazły wspólny język. Gdy Marian za namową Renaty brał pożyczkę z PKO,
podżyrował mu ją Roman W. Teraz Renata mówi, że chyba źle zrobiła namawiając
Mariana do wzięcia pożyczki, ale już po fakcie.
13 lipca 1984 roku po południu, w
piątek, Renata uzgodniła z Marianem, że wezmą ze sobą butelkę wódki i pójdą do
Romana podziękować za żyrowanie pożyczki. Z Piastowa do Żbikowa nie jest
daleko. Do mieszkania Romana dotarli gdzieś około godziny osiemnastej. Sąsiedzi
Romana widząc zbierające się u niego towarzystwo, domyślili się, że będzie
większe picie i przewidywali mocniejsze zakończenie wieczoru. Nie przewidzieli
takiego.
Picie rozpoczęto od razu po przyjściu
Mariana z konkubiną. Konkubina Romana, Elżbieta W. przygotowała naprędce jakąś
zakąskę i we czworo migiem opróżnili przyniesione pół litra wódki. Następną
butelkę przyniósł Roman, kolejną też wyjął Roman, później pito jakieś wina i
dalej już niewiele pamiętają, co pito. Faktem jest, że rano dnia następnego,
gdy pobudzili się, Elżbieta wyjęła schowane przezornie pół litra wódki i
postawiła do śniadania. Zaczynały się kwasy. Romanowi nie podobało się to i
owo. Marian nie pozostawał dłużny a i Elżbieta zaczęła demonstrować swoje
zdanie. Nie można było powiedzieć, że śniadanie przebiegało w przyjacielskiej
atmosferze. W pewnej chwili zaczął się niezwykły rumor. Renata nie bardzo
wiedziała, co się dzieje, bo nagle chłopy i Elżbieta zaczęły się mocno szarpać
i po chwili wszystko ucichło. Zaniepokojona Renata wybiegła na dwór i słyszała
jak sąsiadka mówiła do kogoś:
-
Patrzcie, ma nóż w plecach i jeszcze biegnie.
Renata wyskoczyła na drogę i zobaczyła
Mariana padającego na ziemię. Krzyczał do otaczających go ludzi:
-
Ludzie, ratujcie, bo się wykrwawię.
Ludzie stojący na drodze kiwali
głowami przytakując – oj wykrwawi się, wykrwawi. Renata wzięła jego głowę na
kolana i widziała jak umierał. Za chwilę przyjechało pogotowie powiadomione
przez przypadkowego motocyklistę. Lekarz stwierdził zgon przez przybyciem. Jako
przyczynę, podał ranę kłutą poniżej lewej łopatki. Zatrzymano Romana W i jego
konkubinę Elżbietę W., a prokurator ich aresztował. Ale kto zrobił ranę kłutą
Marianowi, nie ustalono. Sam okaleczyć się nie mógł.
Partacze
Jarosław K. uważał, że miał swój
dzień. No, bo żona wyjechała z dziećmi na wakacje i dała mu wolne. Poszedł do
„Uroczej” z nadzieją, że tam właśnie znajdzie dalszy ciąg swojego szczęśliwego
dnia. Zamówił setkę, coś na ząb i czekał.
Dziewcząt było sporo, ale każda była
zaklepana wcześniej. Miał już zbierać się do wyjścia, gdy przy jego stoliku
stanęło trzech wesołych panów, pytających grzecznie, czy przyjmie ich do
stolika. Jarosław K. odetchnął i uśmiechając się wskazał krzesła. Kelnerka
jakby czekała na ten moment, zjawiła się błyskawicznie, aby przyjąć zamówienie.
Jarosław podniósł stawkę do litra. Goście nie byli gorsi, ale zamówili alkohol
w mniejszej ilości. Jarosław grzecznie zapytał – skąd bogi prowadzą, goście
odpowiedzieli, że ze stolicy polskiej petrochemii. Jarosław zdał egzamin ze
znajomości geografii współczesnej odgadując, że z Płocka. Przepijano w
setkowych szklaneczkach. Jeden z nich wyłamał się i pił tylko połowę. Jarosław
natychmiast zareagował, domagając się, aby ten gość – wskazał go palcem – wypił
do dna. W tym momencie uprzytomniono sobie, że nie było prezentacji. Jarosław
jestem – powiedział unosząc kieliszek do góry, Ziutek – przedstawił się sąsiad
i po wylewnym ucałowaniu Jarosława, dopilnował, aby Jarosław wypił toast do
dna. Obleciano z całowaniem dookoła. Jarosław K. dowiedział się, że pije z
Ziutkiem, Heniem i Lutkiem zaliczając przy tym niepełną sztafetę. Miękł w
oczach. Niewiele pamięta z dalszego pobytu w tym towarzystwie. Zapamiętał
jedynie awanturę z kelnerką.
Oprzytomniał w pobliskim parku, gdy
zrobiło mu się zimno. Chciał splunąć, lecz nie miał, czym. Suszyło. Wstał z
ławki, wziął azymut na dom. Zorientował się, że nie ma zegarka, pieniędzy i
kluczy od mieszkania. Rozważał czy powinien iść do domu czy zgłosić się na
milicję. Inżynierski umysł skierował Jarosława do domu, bo jak na razie jest to
wielka niewiadoma. Nie miał kłopotu z wejściem do mieszkania. Drzwi były
otwarte, mieszkanie splądrowane. Zapasowymi kluczami zamknął drzwi i poszedł do
Komendy. Początkowo nie wspominał o wczorajszej biesiadzie. Zapisano, co
powiedział, obejrzano mieszkanie i poradzono mu zmienić zamki.
Jarosław
K. kalkulował. Żona z dziećmi na wakacjach, ma swój klucz. Gdy zmieni zamki,
podczas jego nieobecności żona nie dostanie się do mieszkania. Nie dość, że
spił się jak bąk, stracił dorobek własny i żony, to jeszcze robić żonie takie
niespodzianki? Zamków nie zmienił.
W kilka dni po kradzieży, z domu, w
którym mieszkał inżynier Jarosław K. wyszło trzech wesołych panów uginających
się pod ciężarem tobołków. By ulżyć im w niesieniu tak dużego ciężaru,
czekający zupełnie przypadkiem w pobliżu, milicjanci z Komendy zaproponowali
podwiezienie, radiowozem.
Zatrzymani złodzieje tłumaczyli się
nawet zgrabnie, że ich wspólnik – kolega Jarosław prosił ich o pomoc przy
przeprowadzce, bo rozwodzi się z żoną.
Gdy następnego dnia stanęli oko w oko
z Jarosławem K. przestali mówić o przeprowadzce, a zaczęli dopytywać się ile
mogą w Sądzie dostać za dwukrotne włamanie do tego samego mieszkania.
niedziela, 24 listopada 2013
Szejk
w Pruszkowie
Ile można zapłacić za nocleg? To
zależy od klasy hotelu. W Warszawie ceny kształtując się od tysiąca złotych do
tysiąca dolarów – prawdopodobnie z dodatkowymi bajerami. Poza hotelami o znanej
renomie funkcjonują jeszcze hotele „dzikie”, w których płaci się znacznie
mniej, ale można więcej stracić. Nie zawsze z korzyścią dla zdrowia. Pruszków
na szczęście metropolią nie jest, ale są miejsca, w których za noc płaci się
znacznie mniej, ale można więcej stracić. Od czasu do czasu są likwidowane, ale
odrastają jak łby hydry.
Brak hoteli w Pruszkowie nie oznacza,
że nie ma chętnych do spędzenia nocy w naszym uroczym mieście. Stanisław K.
stale mieszka w Zamościu. Doszedł do drugiego roku studiów w Akademii Rolniczej
i mieszkając częściowo w akademiku, zauważył, ze dojrzał do wędrówek po kraju.
Nadarzyła się okazja, aby ruszył w Polskę. Cioteczny brat Stanisława K.
mieszkający w miejscowości blisko Pruszkowa, miał ochrzcić dziecko. Jak
przystało na szczęśliwego ojca, zadbał aby mieli co pojeść i popić nie tylko
chrzestni rodzice. Zastanawiające, niby kryzys w kraju a na uroczystościach
tego nie widać. Świadczy to dobrze o zaradności rodziców i pozwala domniemywać,
że chrzczone dziecko nie będzie mniej zaradne. Uroczystość przebiegała prawie
normalnie. Po dopełnieniu ceremonii każdy z gości bezbłędnie trafiał na
wyznaczone z góry miejsce i szybciuteńko dla rozgrzania się, – bo ziąb na
dworze, zaczęto toastować: na zdrowie dziecka, za zdrowie dziecka, dla zdrowia
dziecka. Następnie toastowano: za mamuśkę, za tatusia, za mamę chrzestną, za
chrzestnego, za dziadka – ktoś krzyknął chrzestnego, ale po wypiciu
uprzytomniono sobie, że dziadka przy chrzcie nie było. Rozgrzanie ciał
spowodowało rozgrzanie umysłów. Rozgrzane umysły pracujące na zupełnym luzie
zaczęły wywlekać zadawnione spory w postaci niesmacznych uwag na temat
prezentów wręczonych dziecku. I kiedy ojciec dziecka zaczął przyciskać
chrzestnego, czyli Stanisława K., ten nie wytrzymał i wrzasnął:
-
C...o do cholery, za sz...ejka mnie masz?
-
Toś ty taki – odpowiedział ojciec dziecka – ze wsi jesteś, nauki pobierasz i za
gołodupca chcesz uchodzić?
Stanisława K. dotknęło to w czuły
punkt. Wprawdzie ledwie kontaktował się ze światem zewnętrznym, ale aluzję
zrozumiał i postanowił się wynieść z mieszkania ciotecznego brata. Zarzucił
kurtkę i ruszył prze siebie.
*
* *
Pruszkowiacy z dumą i niepokojem
patrzyli na rosnący pawilon przy ul. 17 stycznia. Z dumą, bo nareszcie będzie
namiastka wielkomiejskości, z niepokojem, ponieważ przeszklony pawilon aż nęci
miejscowych i przyjezdnych złodziejaszków, aby pod przykryciem nocy zajrzeć do
środka. To powoduje wyłączenie z handlu sklepu na ileś tam dni.
Po wprowadzeniu towarów do
wspomnianego pawilonu, wprowadzono do niego również i dozorcę z psem. Jest to
pawilon przemysłowy, więc pies mógł biegać po nim spokojnie. Wprawdzie termin
otwarcia pawilonu przesuwano wielokrotnie, ale nastąpił moment, gdy zdecydowano
się na otwarcie. W ciągu dnia personel rozkładał towary a w nocy dozorca z psem
powinien ich pilnować. I właśnie, gdy termin otwarcia zbliżał się dużymi
krokami, w nocy z niedzieli na poniedziałek, rano, dozorca z psem zrobił obchód
wokół pawilonu i w szklanej ścianie od zaplecza zobaczył wybitą szybę. Poprosił
pierwszą osobę z formującej się kolejki / otwarcie miało nastąpić za parę dni/,
aby powiadomiła milicję, a sam stanął z psem przy dziurze. Stał tak kilkanaście
minut, gdy w pewnym momencie pies szarpnął się do ucieczki a dozorca w dziurze
zobaczył wychodzącego z pawilonu, jeszcze pijanego młodego faceta w samej
koszuli. Po chwili milicjanci ustalili, że tym, który wyszedł na zewnątrz jest
Stanisław K., który wybył z domu ciotecznego brata.
Stanisław K. niewiele pamiętał z
wędrówki dnia wczorajszego. Zapamiętał jedynie, że chciał spać. Próbował
poszukać hotelu, ale nikt nie mógł mu wskazać, dlatego prosił jakiegoś portiera
z zakładu o nocleg, ale nic nie załatwił. Idąc ulicą zobaczył oświetlony
pawilon handlowy. Ponieważ oświetlenie skojarzyło mu się z ciepłem, podszedł do
pawilonu, kopnął mocno nogą i wszedł do środka. Zrobił sobie posłanie z majtek
i podkoszulek leżących na półkach i zasnął. Obudziły go hałasy, dlatego wyszedł
ze sklepu na ulicę.
Dozorca
tłumaczył się, że do domu poszedł tylko na siusiu, gdy wrócił było ciemno i już
obchodu nie robił. Pies nie odpowiedział, dlaczego nie wyczuł osoby obcej
wewnątrz pawilonu.
Spanie w sklepie na majtkach i
podkoszulkach będzie Stanisława K. kosztowało około trzydziestu tysięcy
złotych. Było to jego najdroższy nocleg. A przekonywał swojego ciotecznego
brata, że nie jest szejkiem.
sobota, 23 listopada 2013
Wynalazca
Jerzy P. miał w sobie coś z naukowca. Od najmłodszych lat
obijając się w kręgach prawie, że „intelektualnych", otrzymał odpowiedni
zasób wiedzy teoretycznej i praktycznej. Wprawdzie, wiedza teoretyczna zawężona
była tylko do nauki lub języka obowiązującego w rejonie ulicy Stalowej, nie
mniej, jak przekonał się później z niemałym zdziwieniem, rozumiany był dobrze
i w innych rejonach Pruszkowa, do których zdarzało mu się dotrzeć.
Rozleglejszą natomiast była wiedza praktyczna.
Obejmowała
ona zagadnienia związane nie tylko ze sposobem dokonania kradzieży, ale również
i szybkiego znikania z miejsca przestępstwa zacierania za sobą śladów i
korzystnego sprzedawania zebranych fantów. Jerzy P. nie miał wygórowanych
ambicji, więc chłonąc wiedzę dostosowywał ją do swoich małych potrzeb,
utrzymując cały czas kontakt ze swoimi nauczycielami. I tu działa się dziwna
rzecz. Jerzy P. rósł, ale wraz nim nie rosły jego potrzeby. Obywał się byle,
czym.
Trudno w
tej chwili powiedzieć, w jakim momencie poczuł w sobie powołanie do pracy
naukowej. Czy wynikało to z konieczności przy ciągłym braku pieniędzy i
niepewnym losie dnia jutrzejszego, czy też zadziałały inne przyczyny, faktem
jest jednak, że postanowił eksperymentalnie sprawdzać na samym sobie - jak na
prawdziwego naukowca przystało - działanie różnych środków, czy to farmakologicznych,
czy też chemicznych, które przynajmniej w smaku i działaniu, przypominają
mikstury alkoholowe.
Organizm
Jerzego, poddawany przeróżnym próbom nie zawsze wychodził zwycięsko. Zdarzały
się i klęski. Sierpniowego popołudnia, gdy słońce wyciskało ostatnie poty z
wałęsających się ludzi, Jerzy P. w porywie eksperymentalizmu wszedł do sklepu
„Herbapolu" zapytać, czy nie mają czegoś do wypicia. Sprzedawczyni
proponowała wyciągi syropowe, na co Jerzy P. reagował grymasem twarzy i gdy
dotarli do „Azulamu" sporządzanego na czystym spirytusie, Jerzemu P.
zaśmiały się oczy. To było to, czego poszukiwał.
Wysupłał z
kieszeni całe dwie dychy i kładąc na ladzie, powiedział po pańsku:
- Całą butelkę poproszę.
Sprzedawczyni
spojrzała na Jerzego, później na pieniądze i odpowiedziała spokojnie, że to
niestety nie starczy, a na kieliszki nie sprzedaje. Jerzy P. przełknął śliną i
rozglądając się po pełnych półkach zapytał:
- A co mogę dostać za to?
- Jedynie wyciąg z jemioły —
odpowiedziała sprzedawczyni.
- Może być — zakończył Jerzy
P., wziął buteleczkę, cztery złote reszty i wyszedł ze sklepu. Daleko nie
odszedł. Niepokojony wewnętrzną obawą o wynik następnego eksperymentu, tuż za
rogiem przechylił gwałtownym ruchem buteleczkę, wlewając całą zawartość do
gardła. Poczuł lekkie pieczenie na końcu języka i lekką błogość rozlewającą
się po żołądku. Było mu dobrze. W pewnej chwili zorientował się, że nawet
czuje się za dobrze, bo zaczęło mu się kręcić w głowie perlisty pot wystąpił
na całym ciele, nogi niestety zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Takiej reakcji w
założeniach swoich nie przewidział. Na miękkich nogach zawrócił do sklepu, i
ostatkiem sił wykrzyczał, że sprzedawczyni chce go chemią otruć.
- Panie - odparta spokojne
sprzedawczyni – krople, które pan kupił należało dawkować, gdyż gwałtownie
obniżają ciśnienie, a pan tak to od razu?
Jerzy P.
już tego nic słyszał. I tak to właśnie, jeszcze jeden wynalazek zabiłby
wynalazcę........gdyby nie pogotowie.
piątek, 22 listopada 2013
Ryzykant
Zbigniew
J. czuł się oszukany przez los. Nie dość, że jest kawalerem to ma na głowie
dwoje dzieci, na które niestety płacić musi, choć na stałe nigdzie nie pracuje.
W niefarcie tym przydarzyło mu się jeszcze brać udział w pobiciu, za co sąd
przyłożył mu równiuteńko roczek do odsiadki. Zniknął, co prawda zaraz z domu,
aby nie dać się zatrzymać, ale łapiąc dorywczo różne roboty, złapał taką, która
wystawiła go na ostrzał.
Niestety,
bywa i tak, dlatego Zbigniew czuł się oszukany. Być oszukanym, nie znaczy to
rezygnować z życia. Dlatego też siedząc w areszcie posterunku Milicji Zbigniew
przemyśliwał, co by tu zrobić, aby prysnąć na wolność. W pewnym momencie
przypomniał sobie oglądanego kiedyś w telewizorze zbója, który wykorzystując
nieuwagę szeryfa uciekł z aresztu.
Wprawdzie
- kombinował dalej - Bolek i Lolek dopadli zbója i oddali w ręce szeryfa, ale
ja będę mądrzejszy. Poczekał, więc do zmierzchu i gdy otrzymał już kolację,
którą zjadł bez większego apetytu, zastukał do drzwi, dając znać milicjantowi,
że potrzebuje wyjść na stronę. Przed wyjściem z aresztu zdjął buty bez
sznurówek, i gdy uchyliły się drzwi, walnął z całej siły milicjanta w brzuch i
w nogi.
Na bosaka
czuł się pewniej i lżejszy. Uciekł w stronę lasu, mając świadomość, że goniący
go milicjant i tak do niego strzelać nie będzie, bo niby, za co. Za to, że go
uderzył? Biegło mu się coraz trudniej, ponieważ nogi natrafiały na kamienie
lub korzenie drzew. Daleko nie uciekł. Dogonił go pies milicyjny. Zbigniew J.
nie stawiał już żadnego oporu, gdy ponownie zamykano go w areszcie. Przeklinał
swojego pecha. Uciekał przed rokiem odsiadki, a złapał przez to nie mniej niż
cztery.
czwartek, 21 listopada 2013
Brat
Instytucja
brata zawsze stanowiła parawan bezpieczeństwa dla niesfornych bąbli, dających
się we znaki swoim rówieśnikom. Bąbel taki dopóty dokuczał, nawet starszemu,
dopóki nie dostał w ucho. Gdy dostał, zanosił się rzewnymi łzami i łkając na
całe gardło wyduszał z siebie groźbę, która jego zdaniem winna sparaliżować
przeciwnika: „a ja mam brata".
Jeżeli
nie przeraziło to w dostatecznym stopniu przeciwnika bąbla, dowiadywał się od
razu, że brat bąbla przyjdzie jutro i zrobi z przeciwnika placek ze śliwkami
albo coś gorszego. Była to, więc swojego rodzaju zasłona zapewniająca na
pewien czas zupełną bezkarność. Oczywiście do czasu. Bo mogło się zdarzyć, że
bąbel straszył przeciwnika, ale bratem młodszym, wtedy to, właśnie obrywali
obaj podwójne cięgi. O tym, że dobrze mieć brata i to starszego, przekonała
się Jadwiga J.
Jadwiga
była młoda, ale na, tyle, że mogła sobie pozwolić wyjść za mąż i urodzić
dziecko. Po narodzinach potomka, nie poszła do pracy, tylko wzięła za namową
męża urlop wychowawczy i zabawiała latorośl. Mąż, jak na chłopa przystało,
miał fach w ręku i na rodzinę pracował. Miał w ręku fach, ale miał mało siły.
Siły tej starczało mu na, tyle, aby porządnie wygarbować skórę żonie, ot, tak
na wszelki wypadek. Wychodził widocznie z założenia, że jak chłop idzie do
pracy, to babie różne figliki po głowie chodzą. Nie chciał jej złapać, dlatego
działał profilaktycznie.
Kwietniowego
popołudnia Jadwiga J. wysłała męża po zakupy do sklepu. Mąż, Marcin J. może by
i zrobił zakupy, gdyby nie napotkał sąsiada Jerzego Z. Ponieważ Jadwiga z
doświadczenia małżeńskiego wiedziała, że spotkania takie niczego dobrego nie
wróżą, złożyła na ręce męża ostry protest, nakłaniając go na pójście do domu.
Marcin J. był raptusem. Nawtykał żonie soczystych wiązanek i gdy widział, że
nie odnosi to skutku, poparł swoje wywody argumentem mocniejszym, pieczętując
żonie nos i oczy. Żona, nawykła wprawdzie do poszturchiwania, ale nie
tak mocnego, podniosła głośne larum, alarmując tym swoją matkę, zamieszkałą
niedaleko swych dzieci. Matka Jadwigi, kobieta z doświadczeniem, wiedziała,
że sama z zięciem nic nie poradzi, dlatego też niemal w biegu złapała swojego
męża i syna i wszyscy pobiegli na pomoc. Na podwórku posesji, w której
mieszkali Jadwiga z mężem, zobaczyli, że przy studni siedzi zięć z sąsiadem i
jego żoną popijając wódkę z butelki, a z mieszkania Jadwigi rozlega się donośny
szloch.
I tu
właśnie brat Jadwigi nie wytrzymał. Podszedł spokojnie do studni, chwycił
delikatnie za szyjkę butelki i machnął ją za siebie, w to samo miejsce posłał
pełny kieliszek. Marcin J. też nie wytrzymał. Z okrzykiem „za swoje pije"
rzucił się na Mirosława K. Mirosław, wprawdzie młody i kawaler, ale siłę miał.
Za pierwszym razem trafił szwagra w szczękę tak, że szwagier padł jak długi.
Sąsiad i wspólnik do butelki Jerzy Z. nie poszedł po rozum do głowy, tylko
poszedł na Mirosława K. i padł niestety z takim jak kolega, efektem.
Mirosław
popatrzył na gramolących się z ziemi i poszedł do pracy, matka zaś do córki.
Marcina J. i Jerzego Z. musiało zabrać pogotowie do szpitala na oddział
dentystyczny. Kiedy po wyjściu ze szpitala szeptali swoje zeznania przez
zadrutowane zęby, nie widać było w nich tej pewności siebie, jaką mieli jeszcze
przed bójką. Dlatego też, jeśli ktoś Ci mówi, że ma brata, lepiej mu uwierzyć
na słowo. Po co się przekonać.
środa, 20 listopada 2013
Handlowiec
Czym ma się
zająć młody mężczyzna z rodziną na karku, gdy ma wstręt do pracy? Oczywiście
handlem. Zgodnie zresztą z zasadą, że najgorszy handel jest lepszy od
najlepszej pracy. W Pruszkowie, niestety, nie ma zbyt dużych możliwości do rozwinięcia
zdolności handlowych na bazarze, ponieważ bazaru nie ma. Jest wprawdzie
targowisko i to nie jedno, ale każda próba sprzedania czegokolwiek poza
pietruszką jest wyłuskiwana przez milicję. A za to groziły wcale nie takie małe
grzywny.
Dlatego
też, targowisko w kalkulacjach handlowych odpadało. Stanie na ulicy ze straganem,
lub sprzedaż z ręki również nie wchodziło w rachubę, gdyż staroci nikt nie
kupi, a nowymi rzeczami nie wolno handlować. Tak to rozumując, Krzysztof K.
doszedł do słusznego zresztą wniosku, że najlepiej jednak przyjemne połączyć z
pożytecznym i handlować w domu doglądając młodej żony i małego dziecka. Był
człowiekiem oczytanym toteż wiedział, że handlowanie wódką, wcześniej czy
później staje się niebezpieczne, ponieważ klient przy niewielkiej ilości
butelek trzymanych pod ręką dla klientów, można wpaść bardzo szybko i to na
dłużej.
Postanowił
handlować towarem tańszym, zarabiając przy tym nie mniej niż na wódce.
Handlował winem. Oczywiście tym najtańszym. Początkowo sprzedawał tego niewielkie
ilości, ale wraz z upływem czasu, gdy dotarło to do wszystkich chętnych kręgów,
obroty wzrastały w takim stopniu, że nieraz wbrew przyjętej zasadzie - klient mój
pan - o północy nie mógł pomóc spragnionym. Aby zapobiec takim przykrym
przypadkom, rujnującym dobre imię handlowca, zaopatrzenie robił niczym knajpa
z wyszynkiem.
Kupował
hurtowo po czterdzieści do pięćdziesięciu butelek, biorąc przy tym jednak po
kilka butelek wódki dla stałych klientów. I prosperował zupełnie nieźle, do
czasu, gdy klienci się zbiesili.
Początkowo kupujący zdając
sobie sprawę, że kupuje na „mecie", wychodząc z mieszkania utykał butelki
gdzie mógł, aby nikomu nie rzucało się w oczy. Z biegiem czasu, zaczęto
niemalże jawnie nosić „jabcoki", a niektórzy wręcz rozpijali je pod domem
Krzysztofa, aby zaoszczędzić sobie drogi. To, o czym pół miasta wie, wie i milicja. A jak milicja wie to niestety dowiedzieć się musi
i Sąd. W ten sposób przerwano Krzysztofowi K. tak wspaniale zapowiadającą się
karierę handlowca, dając mu czas do zweryfikowania pojęć o uczciwej pracy.
wtorek, 19 listopada 2013
Nudystka
Krystyna B. czytała
„Veto". Uwierzyła nie tylko w otwarcie sklepu, gdzie jak gorące bułeczki,
miano sprzedawać obrazki dla dorosłych łącznie z - niezbędnymi akcesoriami, ale
uwierzyła również, że wyzwolenie kobiet nastąpi niebawem i każda wolna
kobieta będzie chodziła jak chce, może nawet bez listka. Wiarę tą utwierdzała w
sobie, oglądając późną porą programy telewizyjne, w których pan Drozda zachwalał
goliznę.
Nie brała
pod uwagę natomiast opinii prezentowanej przez red. Zielińską. Zupełnie
nabrała pewności, że jest na dobrej drodze, gdy będąc na spotkaniu u znajomego,
obejrzała na ekranie z prześcieradła
to, co poprzednio widziała tylko na obrazkach dla dorosłych. Postanowiła
się wyzwolić. Kwietniowego, wcale nie ciepłego popołudnia wypiła ze znajomym
coś około litra wódki i gdy znajomy znudzony pomysłami swojej wspólniczki od
kieliszka, po prostu „poszedł w długą". Krystyna B. będąc na dopingu, wyzwoliła
się. Z ubrania. Położyła się na trawce, tuż przy chodniku i delektowała się
wolnością. I gdyby nie jakiś durny przechodzień, który nie znał się zna
wyzwalaniu i powiadomił milicję. Krystyna B. byłaby już na pewno wyzwolona. A
tak, musi zaczynać wszystko od początku.
poniedziałek, 18 listopada 2013
Z Murowańców
Przez lata społeczeństwo
Pruszkowa było na łasce innego miasta, gdy trzeba było czyścić ulice.
Mieszkańcy, śląc życzenia pod adresem władz, zabierali się nieraz do
sprzątania sami. Jeśli nie wyręczyła ich natura. Boje o powołanie własnego
przedsiębiorstwa oczyszczania trwały i trwały, aż znalazły swój szczęśliwy
finał. Prezydenckie miasto nareszcie miało na kogo: narzekać, skarżyć,
wydziwiać gdy w czasie deszczu samochody MPO spłukiwały ulice.
Ale tak w
ogóle wszyscy cieszyli się, ponieważ było to przedsiębiorstwo własne. Nie
cieszył się jedynie Janusz P. Zatrudnił się wprawdzie w tym przedsiębiorstwie
na etacie portiera, ale ciągle było mu coś nie tak. Współpracownicy
przysłuchując się jego wydziwianiem, zastanawiali się, kiedy Janusz wytnie
jakiś numer. Janusz P. jakby dla spełnienia oczekiwań kolegów postanowił
numer wyciąć. I wyciął.
W drugiej
połowie maja, z samego rana jak codzień dyspozytor przedsiębiorstwa przyszedł
do pracy i po wejściu na teren zobaczył, że na placu stoi uruchomiony samochód,
przy czym jest tak poobijany, jakby go kilku chłopów kołkami z zewnątrz
okładało. Podszedł, aby wyłączyć silnik, ale okazało się, że do kabiny
samochodu nie można się dostać, tak to wszystko zostało zgniecione. Rozejrzał
się w koło i niemal włosy stanęły mu dęba. Następne trzy samochody były tak
dokumentnie poobijanie, że trzeba na dłuższy czas wyłączyć je z eksploatacji. Zobaczył, że od muru usiłuje się oderwać...
pijany portier, Janusz P. Zalany jak „bączek" usiłował dojść do
zwierzchnika, padając i wstając. Dotarł wreszcie w pobliże samochodu. Zapytany
wybełkotał, że samochód uruchomił się sam.
- Panie - krzyknął
dyspozytor - dlaczego się pan tak spił i narozrabiał.
Janusz P. potrząsnął głową
dla otrzeźwienia i wystękał:
- A bo mnie się pić chciało.
- Wezwę milicję — zakończył dyspozytor.
- O, nie...... radzę -
trzeźwiejszym głosem odpowiedział Janusz P. - ja jestem chłopak z murowańców i
jak przyjdę z takim długim nożem - rozciągnął przy tym ręce, aby pokazać
długość noża - to wszystkich tu powyrzynam. Z panem na czele - zakończył Janusz
P.
Dyspozytor
jednak milicję powiadomił. W pomieszczeniach portierni, gdzie przebywał Janusz
P. znaleziono sześć pustych butelek po świeżo wypitym alkoholu.
niedziela, 17 listopada 2013
DYREKTOR
Kiedyś,
sławną francuską kurtyzanę Nanę dziennikarze pytali, czy to, co robi, to jest
zawód czy profesja. Odpowiedź Nany była wymijająca. Podejrzewam, że gdyby
zapytano niektórych dyrektorów, również nie uzyskano by odpowiedzi
jednoznacznej. Andrzej C. nie był jeszcze dyrektorem a mógł już prawie
wszystko. W jego mniemaniu.
Opowiadał
wszem i wobec, czego to on nie może, gdzie nie ma znajomości i z kim to się
nie zna. Dobrze, gdy rozmowy kończono na poznaniu możliwości. Zaczynały się
problemy, gdy trafiał na człowieka będącego w potrzebie. Gdy potrzebujący dysponował
gotówką, kończyło, się na pożyczce. Ale gdy Andrzej C. został już dyrektorem
(wprawdzie na razie zastępcą, ale z widokami) możliwości jego stały się jak
gdyby usankcjonowane. Na początek rozpoczął od pożyczki trzydziestu tysięcy
złotych od swojego szefa. Pieniądze wpadły jak w studnię i szef nie bardzo
wiedział jak dobrać się do swojego zastępcy.
Któregoś rana, szef wszedł do swojego zastępcy i zobaczył go
niezwykle zmartwionego. Grzecznościowo zapytał, co go tak trapi. Andrzej C.
ociągając się powiedział, że ma kłopot. Szef, dyrektor przedsiębiorstwa
zwyczajny w obracaniu się między kłopotami, chwycił temat. Andrzej C.
naciskany wyznał, że ma właśnie na zbyciu nową karoserię do dużego Fiata,
której z jakichś tam powodów jego znajomy nie chce odebrać, a w który to interes
Andrzej C. zainwestował sporo pieniędzy.
Szef, zwyczajny w pomoganiu bliźnim
stwierdził, że gdyby Andrzej C. chciał kupić karoserię, byłyby kłopoty, ale
sprzedać? I faktycznie. W niespełna kilka godzin sprowadzono chętnego,
posiadającego odpowiednią ilość gotówki. Właśnie na karoserię. Rozmowa poszła
składnie. Przyprowadzony był znajomym szefa z lat poprzednich. Teraz pracował
na własnym. Doszli do porozumienia, że to, co jest problemem dla Andrzeja C.,
jest wybawieniem dla Chętnego. W Chętnym chęci było tak dużo, że starczyło i
dla żony. Oczywiście do nabycia karoserii. Rozmowy przeniesione z gruntu
służbowego do mieszkania Chętnego. W czasie przyjacielskich rozmów, żona
Chętnego po obliczeniu okrągłej kwoty ćwierć miliona, wręczyła Andrzejowi C.
Ten nie przeliczając zaczął upychać ją w kieszenie, gdy szef przypomniał
Andrzejowi C., że dobrze się składa, iż ma pieniądze, to może by oddał
pożyczone kiedyś trzydzieści tysięcy złotych. Andrzej C. lekko ociągając się
odliczył wymienioną kwotę szefowi. Będący przy tym sam Chętny i jego żona,
nie uważali tego gestu jako nienormalnego. Pokwitowania nie wystawiono.
Przecież rozmowa była miedzy „uczciwymi" ludźmi.
Uzgodniono,
że karoserię dostarczy się w najbliższych dniach, dlatego też Chętny musi odpowiednio
przygotować samochód. Rozebrać, aby można natychmiast założyć karoserię.
Mijały dni, tygodnie. Chętny chodził koło nagiego podwozia, uzupełniał
zauważone usterki i czekał. Z upływem czasu rodziły się obawy o wręczoną
gotówkę.
Gdzieś po
miesiącu dopadł Andrzeja C. (a nie łatwo było go dopaść). Andrzej C.
powiedział, że karoseria jest już do odebrania, tylko trzeba uzgodnić kolor.
Na potwierdzenie pokazał Chętnemu fakturę z pieczątką „Polmozbytu".
- No dobrze — mówi Chętny —
faktura, fakturą, ale gdzie jest karoseria? - Czeka na odbiór — odpowiedział
Andrzej C., możemy jechać w każdej chwili.
Chętny
zorganizował niemali natychmiast samochód z wózkiem i we trzech pojechali po
odbiór. Na miejscu wyrastały same przeciwności. A to magazynier gdzieś się
zawieruszył i Andrzej C. nie mógł go odnaleźć, a to okazało się, że nie mają
telefonogramu powiadamiającego o odbiorze karoserii, a w końcu wyszło, na to,
że trzeba dopłacić pięćdziesiąt trzy tysiące złotych, bo są karoserie
eksportowe. Chętny chętnie dopłaciłby na miejscu, ale Andrzej C.
przekonywał go, że to nie możliwe gdyż kasa nie przyjmuje pieniędzy.
Chętny zły
jak diabli, ale pieniądze dopłacił i czekał. Nadszedł upragniony dzień, gdy na
adres domowy przyszedł telegram powiadamiający o terminie odbioru karoserii.
Radość w domu przesłoniła trzeźwość spojrzenia. Nie zauważono, że wprawdzie
nadano telegram w sprawie karoserii, ale nadano go na Dworcu Centralnym w
Warszawie, a nie w biurze odpowiedniego przedsiębiorstwa. Chętny zmobilizował
ponownie pojazd z przyczepką i pełen „skowronków" pojechał do „Polmozbytu".
Tam czeski film: „Nikt nic nie wie". Na okazywane: fakturę, dopłatę i
telegram, patrzono jakby pierwszy raz widziano takie papiery. Wreszcie znalazł
się odważmy i powiedział Chętnemu:” panie, pan wariata z nas robi, albo z pana
zrobiono". I tak to wszystko okazało się, wielką farsą zakończoną
aresztowaniem Andrzeja C. człowieka na dyrektorskim stanowisku. Jest nadzieja,
że karząca ręka sprawiedliwości spowoduje, że wreszcie rozliczy się ze swoimi
dłużnikami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)