Naiwny staruszek.
Żona Jana W. miała swoje lata.
Poznali się z mężem jeszcze przed maturą i byli tak zakochani w sobie, że
znajomi pokazywali ich jako przykład niezwykłej miłości. Chodzili ze sobą kilka
lat, odkładając moment ślubu na później, gdy oboje staną na nogi. Jan W.
wprawdzie przekonywał ukochaną, że mogą pobrać się nawet już teraz, bo tak mu
było spieszno dobrać się do zamkniętego słoja miodu, ale Ewa J. była innego
zdania a jej zdanie w tym zespole liczyło się bardziej.
Ewa naciskała na Jana, aby najpierw
skończył studia i wówczas mając już zawód w ręku będą mogli coś postanowić. Jan
niby to zgadzał się, ale swoje robił. Tak zabiegał, tak zabiegał aż rozszczelnił
pokrywę słoja i zaczął czerpać miód pełnymi łyżkami. Doprowadziło to do zajścia
w ciążę i szybkie decydowanie się na zawarcie ślubu. Stworzono rodzinę. Dzieci
wprawdzie więcej nie było, ale czas tak szybko biegł, że Jan W. nawet nie
zorientował się, że uczucia do żony gdzieś odeszły.
To, co kiedyś było gołębim gruchaniem teraz staje się
szczekaniem dziamdziącego psa, który nie ugryzie, ale wrzasku narobi tak
dużego, że człowiekowi wszystkiego się odechciewa. To powodowało, że Jan W.
wychodził z domu, nie opowiadając się dokąd zmierza.
Któregoś dnia Jan W. starszy, szpakowaty mężczyzna, po
pobraniu wypłaty w zakładzie pracy udał się do restauracji „Urocza”, aby choć
przez chwilę poczuć się wolnym od domowych biadoleń jego niemłodej żony. W
restauracji, gdy zorientowano się, że Jan W. posiada portfel wypchany
pieniędzmi, znalazło się towarzystwo które postanowiło umilić mu pobyt w tym
publicznym miejscu.
Zamawiano trunki, zmieniały się
panie zgodnie z jego życzeniem aż dotrwano do zamknięcia lokalu. Jan W.
zastanawiał się co ma zrobić dalej, gdy nagle usłyszał:
-
Chodź ze mną staruszku, bo mam ochotę – głośnym szeptem zachęciła go jedna z
towarzyszących mu kobiet, podobna do jego żony, tylko znacznie młodsza.
Staruszek poszedł.
Doszli tylko do pobliskiego parku. Była ciepła noc,
więc pani zaproponowała, aby się staruszek rozebrał. Jan W. posłusznie zdjął
spodnie, złożył w kancik, położył na ławeczce i gdy pani zamiast rozebrać się i
siąść koło niego, dała mu torebką po głowie, Jan W. trzymając w lewej ręce
spodenki, prawą złapał za spodnie i zaczął uciekać. Nogi mu się plątały, więc
nie biegł za szybko, ale trzymając spodnie w ręku nie wyczuł portfela.
Zatrzymał się, sprawdził w kieszeni i stwierdził, że
jest pusta. Spojrzał w kierunku ławeczki. Ławeczka też była pusta. Chciał
zaszaleć i zaszalał na dobre. Chciał uciec od gadania żony i to mu się nie
udało. Wyobraził sobie, co go czeka po powrocie do domu. Od tego się nie
ucieknie.
Najdziwniejsze jest, że po zgłoszeniu kradzieży w
Komendzie, nie był w stanie rozpoznać kobiety, która wyraziła gotowość i która
w końcu dała mu ....................... torebką po głowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz