Włamywacze z Piastowa.
Włamania mieszkaniowe są niezwykle dotkliwe nie tylko dla
osób poszkodowanych, ale również i dla milicji. Przestępstw tych dokonują na
ogół przestępcy o znacznych kwalifikacjach zawodowych, posiadających pewną
praktykę. Koniec roku 1982 i początek 1983 był dla mieszkańców Piastowa czarnym
okresem.
Mieszkańcy osiedla piastowskiego
opowiadali o grupach najeżdżających ich teren i dokonujących bezkarnie
kradzieży w biały dzień. Do dzielnicowych Komisariatu piastowskiego masowo
napływały meldunki o kradzieżach, natomiast brak było informacji o sprawcach
tych kradzieży.
Pod koniec marca 1983 roku milicjanci
z Pruszkowa, w godzinach nocnych zatrzymali do kontroli drogowej samochód Fiat
126p, w którym podróżowało czterech młodych ludzi. Ponieważ żaden z młodych
ludzi nie posiadał przy sobie dokumentów osobistych a kierujący nie posiadał
dokumentów samochodu i prawa jazdy, postanowiono młodzieńców przewieźć do
Komendy w Pruszkowie a samochód odstawić na parking.
Zachowanie tych młodych ludzi nie było
normalne, nie chcieli podać swoich danych osobowych i odmawiali odpowiedzi na
zadawane pytania. Zapadła decyzja, by ich zatrzymać w areszcie a nazajutrz
spróbować ustalić, kim są.
Przy osadzaniu w areszcie zobaczono,
że każdy z tych młodzieńców ma gotówkę w ilości po pięćdziesiąt tysięcy złotych
oraz dużo drobnych przedmiotów, biżuterii i innych rzeczy, których pochodzenia
nie chcieli ujawnić.
Następnego dnia ustalono, że samochód
jest własnością rodzica jednego z młodzieńców, który nie krył zaskoczenia, że
syn wyjechał samochodem bez ważnych dokumentów. Zdziwiło go również i to, że
syn, nie pracując nigdzie miał przy sobie tak dużą ilość gotówki.
Dokładne sprawdzenie biżuterii i
pozostałych drobnych przedmiotów pozwoliło na podjęcie dalszych kroków wspólnie
z prokuraturą. Ustalono, że część zatrzymanych przedmiotów została skradziona z
mieszkań osiedla piastowskiego, w czasie nasilonych włamań. Ustalono też dane
pozostałych pasażerów zatrzymanego samochodu.
Jednym z nich był Wiesław K.,
przechowujący w swoim mieszkaniu taką ilość towaru, że można było nim wypełnić
duży komis. Były to kożuchy, kryształy, sprzęt radiofoniczny, książki o dużej
wartości i różne, zbierane przez różnych ludzi, bibeloty.
W komórce Jana P. znaleziono znacznie
mniej, ale z mieszkania jego brata, u którego przechowywał skradzione rzeczy,
wywieziono prawie pół samochodu dóbr.
W domu Kazimierza T. znaleziono tylko
waluty obce, zabierane w czasie włamań. Większość przedmiotów, które przypadały
jemu przy podziale łupów, sprzedawał przez swoją dziewczynę Jadwigę G.
zamieszkałą w Podkowie Leśnej. Waluty zatrzymywał dla siebie a za pieniądze,
jakie otrzymywała za sprzedany towar Jadwiga G., kupował wyroby ze złota – z
myślą o przyszłości.
Zlikwidowana grupa składała się z
siedmiu młodych mężczyzn, nie uczących się, nie pracujących, którzy z racji
młodego wieku byli na utrzymaniu własnych rodzin. Ci młodzi ludzie wspierali
budżet rodzinny nie gotówką, bo tę zatrzymywali dla siebie na balangi, ale
przynosili skradziony towar, który rodzice sprzedawali swoim znajomym,
sąsiadom.
W tak krótkim czasie grupa dokonała
trzydziestu włamań do mieszkań na tym osiedlu. Sprzedano sąsiadom, znajomym z
tego środowiska rzeczy, które później musiano oddać prawowitym właścicielom.
Jak rodziny tych młodzieńców zostaną osądzone przez środowisko w którym żyją.
Rodziny tłumaczyły się, że nie wiedziały o pochodzeniu kradzionych przedmiotów,
rzeczy, przynoszonych do domów przez ich synów, później sprzedawanych ich
sąsiadom. Czy rodzice naprawdę nie wiedzieli? Wydaje się, że nie doszłoby do
popełnienia tych przestępstw przez synów, gdyby rodzina inaczej reagowała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz