piątek, 18 października 2013

Piroman

          Eugeniusz Z. elektryk z „Herbapolu” w Pruszkowie, nie wyrósł z pomysłów dziecięcych. Mając kilka lat straszył matkę w mieszkaniu, strzelając z papierowych toreb. Gdy podrósł, kombinował karbid i podlewając go wodą strzelał z puszek w Wielkanocne poranki.
          Będą już dorosłym, nie chciał korzystać z doświadczeń lat dziecięcych, tylko postanowił petardę wyprodukować własnym sposobem. Nie miał miejsca w domu, dlatego zaczął eksperymenty w pracy. Mając łatwy dostęp do naboi pistoletu kołkowego, zrodził się w jego głowie, pomysł na petardę odpalaną elektrycznie. I tak właśnie zrobił.
          Nie wytrzymał jednak do świąt, tylko dużo wcześniej zaczął gromadzić potrzebny materiał. Miał już prawie wszystko: przewody elektryczne, proch, paski taśmy izolacyjnej do zabezpieczenia pojemnika no i sam pojemnik. Składając wszystko do kupy wciąż udoskonalał swój pomysł aż w pewnym momencie petarda wybuchła mu w rękach. Doznał bardzo poważnych obrażeń. Całe szczęście, że nie było nikogo w jego pobliżu. Może ten przypadek spowoduje, że Eugeniusz Z. wydorośleje?
  
Emeryt z przekonania.

Włodzimierz K. od dawna już nie pracował. Nie, dlatego, że nie mógł z uwagi na inwalidztwo. Po prostu doszedł do wniosku, że się natyrał. Faktem jest, że młodo zaczął pracować, że młodo się ożenił i szybko został ojcem. Osiągnąwszy wiek czterdziestu siedmiu lat, poczuł się emerytem. To było jego odczucie a nie władz. Władza trzymając się przepisów, nie chciała przyjąć do wiadomości buntu Włodzimierza K.
          Wobec takiego stanowiska władz, pan Włodzimierz postanowił nie przyjmować żadnej pracy. Sprzeciwiały się jego niechęci, żona i córka, ale Włodzimierz K. nic sobie nie robił z babskiego gadania. Sytuacja w domu stawała się bardzo napięta. Żona jeść nie dawała i nie tylko jeść. Córka również nie kwapiła się do utrzymania ojca. Zatem zostało mu tylko „organizowanie” pieniędzy, aby przeżyć.
Początkowo odwiedzał znajomych i wykorzystywał ich niewygasłą przyjaźń. Ale i to nie starczyło na długo. Nie widząc innego wyjścia, podkradał pieniądze żonie, córce i zięciowi. Rodzina przymykała oczy, gdy chodziło o małe sumy, ale nadszedł dzień i gdy i córka nie wytrzymała. Stało to się wówczas, gdy Włodzierz K. zabrał z mieszkania pierzynę posagową i radio. Tego dla dziewczyny było już za dużo.
- Panie dzielnicowy – tłumaczyła Janina G. – najpierw z matką dali mi pierzynę a później odbiera? Niech idzie do piekła.

I tak się stało. Włodzimierzowi K. zabezpieczono wikt i opierunek na najbliższe kilka miesięcy. Co będzie dalej? Pewnie poprosi o przedłużenie pobytu na czas odległy. Byleby bez żony, córki i zięcia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz