Piroman
Eugeniusz Z. elektryk z „Herbapolu” w
Pruszkowie, nie wyrósł z pomysłów dziecięcych. Mając kilka lat straszył matkę w
mieszkaniu, strzelając z papierowych toreb. Gdy podrósł, kombinował karbid i
podlewając go wodą strzelał z puszek w Wielkanocne poranki.
Będą już dorosłym, nie chciał
korzystać z doświadczeń lat dziecięcych, tylko postanowił petardę wyprodukować
własnym sposobem. Nie miał miejsca w domu, dlatego zaczął eksperymenty w pracy.
Mając łatwy dostęp do naboi pistoletu kołkowego, zrodził się w jego głowie,
pomysł na petardę odpalaną elektrycznie. I tak właśnie zrobił.
Nie wytrzymał jednak do świąt, tylko
dużo wcześniej zaczął gromadzić potrzebny materiał. Miał już prawie wszystko:
przewody elektryczne, proch, paski taśmy izolacyjnej do zabezpieczenia
pojemnika no i sam pojemnik. Składając wszystko do kupy wciąż udoskonalał swój
pomysł aż w pewnym momencie petarda wybuchła mu w rękach. Doznał bardzo
poważnych obrażeń. Całe szczęście, że nie było nikogo w jego pobliżu. Może ten
przypadek spowoduje, że Eugeniusz Z. wydorośleje?
Emeryt z
przekonania.
Włodzimierz K. od dawna już nie pracował. Nie,
dlatego, że nie mógł z uwagi na inwalidztwo. Po prostu doszedł do wniosku, że
się natyrał. Faktem jest, że młodo zaczął pracować, że młodo się ożenił i
szybko został ojcem. Osiągnąwszy wiek czterdziestu siedmiu lat, poczuł się
emerytem. To było jego odczucie a nie władz. Władza trzymając się przepisów,
nie chciała przyjąć do wiadomości buntu Włodzimierza K.
Wobec takiego stanowiska władz, pan
Włodzimierz postanowił nie przyjmować żadnej pracy. Sprzeciwiały się jego
niechęci, żona i córka, ale Włodzimierz K. nic sobie nie robił z babskiego
gadania. Sytuacja w domu stawała się bardzo napięta. Żona jeść nie dawała i nie
tylko jeść. Córka również nie kwapiła się do utrzymania ojca. Zatem zostało mu
tylko „organizowanie” pieniędzy, aby przeżyć.
Początkowo odwiedzał znajomych i wykorzystywał ich
niewygasłą przyjaźń. Ale i to nie starczyło na długo. Nie widząc innego
wyjścia, podkradał pieniądze żonie, córce i zięciowi. Rodzina przymykała oczy,
gdy chodziło o małe sumy, ale nadszedł dzień i gdy i córka nie wytrzymała.
Stało to się wówczas, gdy Włodzierz K. zabrał z mieszkania pierzynę posagową i
radio. Tego dla dziewczyny było już za dużo.
-
Panie dzielnicowy – tłumaczyła Janina G. – najpierw z matką dali mi pierzynę a
później odbiera? Niech idzie do piekła.
I
tak się stało. Włodzimierzowi K. zabezpieczono wikt i opierunek na najbliższe
kilka miesięcy. Co będzie dalej? Pewnie poprosi o przedłużenie pobytu na czas
odległy. Byleby bez żony, córki i zięcia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz