wtorek, 15 października 2013

Delikatny chłopiec, a jednak zabił niewinnego człowieka.


          Był bardzo delikatnym chłopcem. Uczynnym i pogodnym – jak mawiał o nim proboszcz pobliskiej parafii. Mieszkał z matką i czworgiem młodszego rodzeństwa, w czynszówce, na pierwszym piętrze. Mieszkanie mieli niewielkie, dwa małe pokoje z kuchnią. Wygódka wspólna, na korytarzu.
          Ojciec, jak go zapamiętał, pracował w pobliskim Julinku w administracji, na odpowiedzialnym stanowisku konserwatora. O jego ojcu też mówili, że jest uczynnym i pogodnym człowiekiem, do czasu, gdy nie przyłączył się do jednego z taborów cyrkowych, wyjeżdżających za granicę. Ojciec wyjechał, a on został z matką i musiał jakoś matce pomagać w pracy w pobliskim PGR-ze. Dostali kilka razy pocztówkę od ojca, raz ze Szwecji, Norwegii i chyba ze Stanów, ale nie był pewien. Ojciec obiecywał, że jak stanie na nogi, to ściągnie ich do siebie, ale tak się nie stało. Pomału zapominał o swoim zobowiązaniu, o żonie i o swoich dzieciach.
          Jacek B., bo o nim mowa, dorastał w poczuciu krzywdy, widząc jak matka codziennie skoro świt wstaje i jedzie do pracy, wraca zaś wieczorem, gdy młodsza od Jacka siostra, kroi pieczywo i wspólnie z drugą młodszą siostrą robią kanapki i grzeją mleko, na kolację dla wszystkich. A jest pięć gęb do wyżywienia.
          Jacek skończył swoją szkołę podstawową z zupełnie niezłym wynikiem i wychowawczyni jego klasy, znając sytuację w domu, proponowała, aby Jacek poszedł rano gdzieś do przyuczenia zawodu i zarabiając mógłby pomóc matce, wieczorami zaś powinien pójść do szkoły wieczorowej w Nowym Dworze lub gdzieś w pobliżu i uczyć się dalej.
Jacek nie akceptował takiego rozwiązania, ponieważ nie miał żadnego środka lokomocji do przemieszczania się z miejsca na miejsce, a myśl o autobusach zupełnie odrzucał. Marzyło mu się mieć własny samochód i wozić całą rodzinę, mamę do pracy i z pracy a rodzeństwo na różne wycieczki.
Lubił marzyć. Gdy nastawała wiosna i lato, Jacek dużo chodził. Mama mówiła, że chodzi bez żadnego celu, ale on wiedział, że cel swój ma. Wychodził z domu i szedł w stronę Julinka, następnie przez Zaborówek do Janówka, Zaborowa i z powrotem do Leszna. Takie spacery robiły mu dobrze, mógł marzyć. Chciał być z ojcem. Nie miało dla niego znaczenia, że od kilku lat ojciec nie odzywa się, wiedział, że gdyby do niego dojechał, ojciec by go przyjął i dał mu wszystko, co najlepsze.
Chodził i na dłuższe trasy. Lubił zbierać grzyby w różnych miejscach i różnych lasach. Najwięcej znajdował w lesie Kampinowskim, gdzie rosną różne drzewa, na szlakach mało uczęszczanych przez innych ludzi.
Któregoś dnia, rozgrzany spacerem i promieniami słońca szedł sobie drogą przez las kampinowski, przypominając sobie swoje różne marzenia, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód. Obejrzał się do tyłu i zobaczył Fiata 126p prowadzonego przez starszego mężczyznę. Kierowca dojechał samochodem do Jacka B., zatrzymał się i zapytał go o drogę. Jacek tłumaczył, ale widać było, że kierujący tym samochodem nie bardzo mógł się zorientować w kierunkach dróg, dlatego zaproponował, że wsiądzie do tego samochodu i pokaże kierującemu, gdzie ma skręcić. Wsiadł do samochodu i wsiadając wymacał w prawej kieszeni spodenek, nóż dosyć długi, składany, jaki miał ze sobą do obierania grzybów. I w tym momencie ożyły w nim marzenia, które wcześniej odesłał do lamusa. Nagle w myślach ujrzał siebie za kierownicą tego samochodu.
Usiadł na fotelu, spokojnie pokazał drogę i widząc, że kierujący mężczyzna jest mocno zajęty wypatrywaniem korzeni na drodze, którą jechali, prawą ręką otworzył wyjęty na wierzch, składany nóż, ujął go mocno i krzycząc – hamuj, uderzył ostrzem noża w szyję mężczyzny. Kierujący automatycznie zahamował, chwycił się rękoma za szyję i zdziwiony spojrzał na Jacka. Jacek nie wytrzymał tego wzroku i ponownie uderzył ostrzem w kark mężczyzny. Mężczyzna osunął się na siedzenie i po chwili sprawiał wrażenie jakby nie żył.
Jacek podbiegł od strony kierowcy, wyciągnął ciało mężczyzny na pobocze i przyrzucił je zakrwawionym pokrowcem przedniego siedzenia, marynarką opróżnioną z portfela i różnych drobiazgów a następnie gałęziami i liśćmi. Szmatami, które były w bagażniku powycierał zakrwawione inne elementy wewnątrz samochodu, usiadł na miejscu kierowcy i powoli, tak jak podpatrywał innych kierowców, ruszył do przodu. Cieszył się. Nie myślał o kierowcy. Cieszył się, że ma swój samochód. Po drogach lasu jeździł wolno, nabierając coraz większej pewności. Gdzieś po trzech godzinach jeżdżenia, samochód stanął. Próbował ponownie go kilka razy uruchomić, ale to mu się nie udało. Wysiadł z samochodu i po opuszczeniu okna w drzwiach samochodu, jedną ręką trzymał kierownicę, drugą trzymał za karoserię i pomału pchał samochód w kierunku stacji benzynowej. Miał przy sobie parę groszy i mógł kupić benzyny dojeżdżając do domu, gdzie chciał ukryć samochód.
Pchał tak kilkadziesiąt minut, gdy zza zakrętu wyjechał jakiś osobowy samochód. Przejeżdżający samochód zatrzymał się na chwilę przy Jacku, wysiadł z niego dobrze zbudowany mężczyzna i zapytał, czy nie trzeba pomóc. Jacek powiedział, że pcha samochód do stacji, bo zabrakło mu paliwa, gdy nagle mężczyzna ten przewrócił Jacka na ziemię zakładając mu kajdanki i po chwili Jacek usłyszał jak mężczyzna ten wzywa pogotowie milicyjne opisując miejsce jego zatrzymania. Jacek był załamany.
Przyjechało pogotowie milicyjne, pogotowie ratunkowe i Jacek chcąc nie chcąc musiał wskazać miejsce, gdzie wyrzucił zabitego kierowcę samochodu Fiat 126p. Lekarz pogotowia stwierdził zgon kierowcy. Jacek nie okazał żadnego uczucia.
Pytany później kierowca zatrzymujący Jacka, B., czym kierował się zatrzymując się przy samochodzie, który pchał młodzieniec do stacji paliwowej, a następnie, co spowodowało, że podjął decyzję o zatrzymaniu Jacka, bez dokładnego oglądu samochodu, odpowiedział, że podchodząc do pchającego samochód od przodu zauważył rozpryski krwi od wewnątrz na szybie, a gdy podszedł bliżej zobaczył rozpryski na desce przedniej samochodu, krew na fotelu kierowcy i brak pokrycia na fotelu kierowcy, bo na fotelu pasażera pokrycie takie było a poza tym „... siódmy zmysł mi podpowiedział...” zakończył swoją odpowiedź. Był to naczelnik Wydziału Komendy Stołecznej w Warszawie, człowiek z dużym doświadczeniem i siódmym zmysłem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz