Desperat
Mieszkanie. Ile się trzeba natrudzić,
aby go zdobyć ten tylko się dowie, kto czeka na niego latami i nieraz straci
zdrowie. Tak trawestując Mickiewiczowskie strofy można by poematy pisać o tych
najbardziej wytrwałych, o zabiegach mniej wytrwałych, ale bardziej posażnych.
Stanisław Cz. nie był ani wytrwały ani
posażny. Ot przeciętny śmiertelnik z przeciętną potrzebą. W spółdzielni
uważano, że jeszcze może poczekać. Stanisław Cz. uważał, że już nie może. Nie
należał do ludzi najbardziej odważnych, był raczej z tych nieśmiałych, o
których żony mówią, że to „d..pa wołowa”, ale i on miał dosyć nękania żony.
Nawet dzieci własne śmiały się z ojca, że niby taki duży a nic nie potrafi
„załatwić”.
Nadeszła wiosna. Zobaczył jak
zapobiegliwa para wróbli zaczęła lepić gniazdo. Nie zdzierżył. Dla dodania
sobie animuszu wypił całą butelkę wódki i udał się do biura spółdzielni.
Potarmosił sweterek na biuście uroczej
sekretarki broniącej dostępu do prezesa i wpadł do gabinetu. Nie przystoi
przytaczać słów, jakich używał obrazując działalność samego prezesa jak i
całego zarządu. Zmęczony usiadł na podłodze i nie chciał się ruszyć. Wyprowadzany
z gabinetu przez siły porządkowe, mamrotał zadowolony pod nosem:, „Ale im
wygarnąłem”. Przydziału mieszkania jednak nie przyspieszył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz