poniedziałek, 7 października 2013

Niezwykle uzdolniony.


            Rodzice mówili, że Andrzej B. ma niezwykle zdolności. Kiedy w domu cokolwiek się psuło, naprawiacz, bo tak go siostra nazywała, brał się do roboty. Zdolny był, nie ma, co mówić. Mieszkali w niewielkim domku na Żbikowie, odziedziczonym przez matkę i szczęśliwie nie przepitym przez ojca.
Ojciec był z nimi do czasu, gdy nie wyrzucili go z pobliskiego „Prumela”, za robienie interesów za plecami osób do tego powołanych. Miał zbyt, bo i marka sprzętu była popularna a jeszcze jak na bazarze opuszczał cenę poniżej sklepowej, prodiże szły jak świeże bułeczki. Ale tylko do czasu, gdy ktoś uprzejmy nie poinformował dyrekcji, dyrekcja milicji, milicja prokuratora a prokurator Sąd.
Uważał, że Sąd potraktował go niesłusznie, za ostro, dlatego po wyjściu z więzienia po czterech latach, zaczął się buntować. Na razie buntował się w domu i nie łożył na utrzymanie córki i syna, nie dawał na utrzymanie domu. Ponieważ na nic nie chciał łożyć, nawet na żonę usługującą mu do ostatniego dnia, żona pogoniła chłopa i zajęła się wychowaniem dzieci.
Syn był tak zdolny, że specjaliści z Zakładu Energetycznego, po zdjęciu licznika z ich domu, przez bardzo długi czas nie mogli dojść do tego, jak Andrzej podłączył w domu prąd. Dopiero po dwóch tygodniach znaleźli i dziwili się, jak człowiek bez odpowiedniego wykształcenia, mógł znaleźć takie obejście.
Andrzej B. miał kolegę Zdzisława K. i obaj początkowo chodzili do tej samej szkoły, później spędzali cały czas wolny na różnego rodzaju wymysłach, mających gwarantować im powodzenie w każdej sytuacji a szczególnie, gdy nagle zza węgła wyłania się na przykład goniący ich milicjant z wycelowaną bronią w ich stronę. Oczywiście to były tylko hipotetyczne rozważania, ale przekonali się kilka razy, gdy byli na targu, że taki właśnie trening, gwarantował im znalezienie wyjścia z każdej awaryjnej sytuacji. Kiedy znienacka któryś z kumpli hukał na nich, oni nie reagowali, jakby to było nie do nich. Tacy opanowani.
W pewnym okresie życia doszli do wniosku, że nauka dla nich już nie ma tajemnic, to nie ma potrzeby jej zgłębiać. Należy zająć się praktyką. Postanowili ćwiczyć otwieranie zamków, wywalanie drzwi czy nawet wchodzenie do mieszkań prze okno. Nie mogli tego robić u siebie, dlatego próbowali w innych dzielnicach. Nie ćwiczyli jednak biegów na dłuższym dystansie.
 Pośród budynków mieszkalnych na osiedlu „Zorowskim” w Pruszkowie, przemykało się dwóch młodzieńców niosąc cztery wyładowane torby turystyczne. Rozglądali się nerwowo w lewo i w prawo, tylko nie spojrzeli do tyłu.
            Stój. Milicja. – Krzyknął sierżant Jan Sz. Obu młodzieńców zamurowało, stanęli ja dwa posągi. Na żądanie okazania dokumentów zareagowali z opóźnieniem, ale grzecznie dokumenty podali. Oprzytomnieli po chwili, gdy milicjant polecił im udać się z torbami do Komendy, znajdującej się na sąsiedniej ulicy. Chłopcy zostawiając na miejscu wypełnione torby, uciekli, ciesząc się, że im się udało.
            Z pozostawionych dokumentów w rękach milicjanta wynikało, że byli to Andrzej B. i Zdzisław K., koledzy ze Żbikowa.
            Okradziony mieszkaniec Pruszkowa, wracając z pracy zastał przed drzwiami mieszkania sierżanta Jana Sz. czekającego na niego z czterema torbami turystycznymi.
- To chyba moje torby? – Zapytał Stanisław W.
- Tak wynika z przywieszek na torbach – powiedział Jan Sz. – proszę sprawdzić, czy i rzeczy są pana.
            Weszli do mieszkania. Stanisław W. nie posiadając się ze zdumienia, potwierdził, że zawartość czterech toreb należy do jego rodziny.

            A sprawcy kradzieży? Kiedy ich zatrzymano, zaprzeczali aby na dokumentach danych sierżantowi Janowi Sz. były ich zdjęcia, aby to w ogóle oni byli. Zapominieli o tych paru zdaniach zamienionych z Janem Sz. Wpadli, bo nie ćwiczyli biegu z torbami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz