Niezwykle uzdolniony.
Rodzice mówili, że Andrzej B. ma
niezwykle zdolności. Kiedy w domu cokolwiek się psuło, naprawiacz, bo tak go
siostra nazywała, brał się do roboty. Zdolny był, nie ma, co mówić. Mieszkali w
niewielkim domku na Żbikowie, odziedziczonym przez matkę i szczęśliwie nie
przepitym przez ojca.
Ojciec był z nimi do czasu, gdy nie wyrzucili go z
pobliskiego „Prumela”, za robienie interesów za plecami osób do tego
powołanych. Miał zbyt, bo i marka sprzętu była popularna a jeszcze jak na
bazarze opuszczał cenę poniżej sklepowej, prodiże szły jak świeże bułeczki. Ale
tylko do czasu, gdy ktoś uprzejmy nie poinformował dyrekcji, dyrekcja milicji,
milicja prokuratora a prokurator Sąd.
Uważał, że Sąd potraktował go niesłusznie, za ostro,
dlatego po wyjściu z więzienia po czterech latach, zaczął się buntować. Na
razie buntował się w domu i nie łożył na utrzymanie córki i syna, nie dawał na
utrzymanie domu. Ponieważ na nic nie chciał łożyć, nawet na żonę usługującą mu
do ostatniego dnia, żona pogoniła chłopa i zajęła się wychowaniem dzieci.
Syn był tak zdolny, że specjaliści z Zakładu
Energetycznego, po zdjęciu licznika z ich domu, przez bardzo długi czas nie
mogli dojść do tego, jak Andrzej podłączył w domu prąd. Dopiero po dwóch
tygodniach znaleźli i dziwili się, jak człowiek bez odpowiedniego
wykształcenia, mógł znaleźć takie obejście.
Andrzej B. miał kolegę Zdzisława K. i obaj początkowo
chodzili do tej samej szkoły, później spędzali cały czas wolny na różnego
rodzaju wymysłach, mających gwarantować im powodzenie w każdej sytuacji a
szczególnie, gdy nagle zza węgła wyłania się na przykład goniący ich milicjant
z wycelowaną bronią w ich stronę. Oczywiście to były tylko hipotetyczne
rozważania, ale przekonali się kilka razy, gdy byli na targu, że taki właśnie
trening, gwarantował im znalezienie wyjścia z każdej awaryjnej sytuacji. Kiedy
znienacka któryś z kumpli hukał na nich, oni nie reagowali, jakby to było nie
do nich. Tacy opanowani.
W pewnym okresie życia doszli do wniosku, że nauka
dla nich już nie ma tajemnic, to nie ma potrzeby jej zgłębiać. Należy zająć się
praktyką. Postanowili ćwiczyć otwieranie zamków, wywalanie drzwi czy nawet
wchodzenie do mieszkań prze okno. Nie mogli tego robić u siebie, dlatego
próbowali w innych dzielnicach. Nie ćwiczyli jednak biegów na dłuższym
dystansie.
Pośród
budynków mieszkalnych na osiedlu „Zorowskim” w Pruszkowie, przemykało się dwóch
młodzieńców niosąc cztery wyładowane torby turystyczne. Rozglądali się nerwowo
w lewo i w prawo, tylko nie spojrzeli do tyłu.
Stój. Milicja. – Krzyknął sierżant
Jan Sz. Obu młodzieńców zamurowało, stanęli ja dwa posągi. Na żądanie okazania
dokumentów zareagowali z opóźnieniem, ale grzecznie dokumenty podali.
Oprzytomnieli po chwili, gdy milicjant polecił im udać się z torbami do
Komendy, znajdującej się na sąsiedniej ulicy. Chłopcy zostawiając na miejscu
wypełnione torby, uciekli, ciesząc się, że im się udało.
Z pozostawionych dokumentów w rękach
milicjanta wynikało, że byli to Andrzej B. i Zdzisław K., koledzy ze Żbikowa.
Okradziony mieszkaniec Pruszkowa,
wracając z pracy zastał przed drzwiami mieszkania sierżanta Jana Sz.
czekającego na niego z czterema torbami turystycznymi.
-
To chyba moje torby? – Zapytał Stanisław W.
-
Tak wynika z przywieszek na torbach – powiedział Jan Sz. – proszę sprawdzić,
czy i rzeczy są pana.
Weszli do mieszkania. Stanisław W.
nie posiadając się ze zdumienia, potwierdził, że zawartość czterech toreb
należy do jego rodziny.
A
sprawcy kradzieży? Kiedy ich zatrzymano, zaprzeczali aby na dokumentach danych
sierżantowi Janowi Sz. były ich zdjęcia, aby to w ogóle oni byli. Zapominieli o
tych paru zdaniach zamienionych z Janem Sz. Wpadli, bo nie ćwiczyli biegu z
torbami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz