piątek, 29 listopada 2013

Naiwnych nie sieją.

          Pewnego jesiennego wieczoru uważny czytelnik popołudniowej prasy mógłby wyczytać następujący anons: „ Masz trudności z nabyciem różnych przedmiotów codziennego użytku lub potrzebujesz przyspieszyć przydział na mieszkanie, samochód itp., zgłoś się do Joanny N. zamieszkałej Pruszków......” i tak dalej.
          Anonsu takiego nie było, co nie znaczy, że Joanna N. nie chciała, aby anons taki się ukazał. Po prostu nie poczyniła odpowiednich kroków w tym kierunku a może nie potrzebowała, bo miała dużą popularność. Joannę N. znano nie tylko na osiedlu „Nowa Wieś”, ale i w centrum Pruszkowa, na osiedlu Parkowa i co najważniejsze, w kręgach pruszkowskich handlowców. Była postacią znaną nie tylko ze sposobu zawierania znajomości, nad czym niezwykle bolał jej mąż, ale i ze sposobu ubierania się, noszenia się wśród innych a szczególnie z gestu. Nawet dzisiaj niektórzy mówiąc o Joannie N. podkreślają – ta to miała gest. I faktycznie gest miała. Zresztą jak tu nie mieć gestu, jak wtykano Joannie N. pieniądze do ręki, prawie na każdym kroku.
          Pojechała do swoich znajomych w Ursusie. Przyjaciele zrobili po „maluchu”, posiedzieli, pogadali i w międzyczasie przyszedł sąsiad znajomych, Daniel S. Przy wódce czas płynie szybko skłaniając do zwierzeń. Daniel ujęty obyciem Joanny wspomniał, że ma kłopoty z uzyskaniem mieszkania spółdzielczego, które jak „fata morgana” jest w zasięgu jego ręki i za chwilę znika gdzieś za horyzontem. I gdyby tak Joanna mogła .....
          Joanna zagrała uczciwie. Mieszkania to ona na razie na zbyciu nie ma, ale może zaproponować dozorstwo, do którego mieszkanie jest dopisane. Daniel S. stwierdził, że jest to genialne rozwiązanie i dla przypieczętowania zawartego porozumienia postawił butelkę.
- Trza oblać taką znajomość – stwierdził Daniel.
          Oblali. Joanna N. nie mając jeszcze doświadczenia, wzdrygała się, gdy Daniel dawał jej na koszty kwotę dwudziestu tysięcy złotych, ale żeby nie być źle zrozumianą, co do swoich możliwości, zgodziła się wziąć połowę. Uzgodnili, że jeśli Daniel S. otrzyma przydział na upragnione dozortswo, Joanna N. otrzyma więcej pieniędzy.
          Następnego dnia Joanna N. próbowała na spokojnie otworzyć sobie przebieg poprzedniego wieczoru. Była zaskoczona łatwością, z jaką weszła w posiadanie dużej sumy pieniędzy. Być może był to przełomowy moment w karierze Joanny N. jako osoby o nieograniczonych możliwościach. Zanim wyszła z jednego czy drugiego sklepu, zorientowała się, że pieniądze Daniela S. rozeszły się błyskawicznie.
          Była pewna, że do Ursusa nieprędko zajedzie i dlatego nie przejmowała się przyjętym zobowiązaniem. Tym bardziej, że żadnego pokwitowania nie dawała. Zdarzyło się tam, że została zaproszona do swoich znajomych w Pruszkowie, mieszkających na osiedlu Parkowa. Zupełnie przypadkiem była u tych znajomych, ich znajoma Halina J. mieszkająca na Ostoi. Halina otrzymała niedawno mieszkanie i miała kłopoty z jego urządzeniem. Po krótkiej wymianie zdań Halina ucałowała Joannę i wręczyła jej kwotę stu tysięcy złotych na zakup całego wyposażenia. Halina dyktowała a Joanna zapisywała, co potrzeba. A potrzebne było: trzy perskie dywany, ileś metrów zasłon, ileś metrów firanek, ileś metrów materiału welurowego do wybicia na ściany, kilka lamp mosiężnych a abażurami złoconymi, kilka lam stojących i mogą być pozłacane i szereg innych jeszcze towarów, trudno dostępnych w specjalistycznych sklepach. Halina była tak zachwycona nowo poznaną Joanną, że dając jej paczkę pieniędzy, nie poprosiła o pokwitowanie. Miała doświadczenie.
          Joanna N. objawiła się Halinie jako kobieta do wszystkiego. Mogła wiele. Halina wyszła od znajomych lżejsza o znaczną kwotę pieniędzy, ale z przekonaniem, że trafiła na odpowiedniego człowieka.
          Do dnia dzisiejszego nie wiadomo, co Joanna N. zrobiła z tak dużą kwotą pieniędzy, na co je wydała, co kupiła do domu. Być może to łatwowierność Haliny J. spowodowała lawinę dalszych oszustw.
          Joanna N. będąc w sklepie spożywczym zaproponowała dopiero, co poznanej sprzedawczyni Annie W. załatwienie firanek i zasłon do mieszkania. Anna W. nie zastanawiając się dłużej, łapała okazję wręczając Joannie pięć tysięcy złotych. Marianna P. miała w domu już prawie wszystko, poza dywanami, kolorowymi z wełny i markowe. Dla Joanny nie było żadnego problemu, wzięła kwotę sześćdziesięciu tysięcy złotych i poszła załatwiać.
          Renata L. z wykształceniem technicznym, potrzebowała ładne, kolorowe, wełniane dywany i do tego dobrane odpowiednie zasłony.
- Mogę załatwić od ręki – stwierdziła Joanna N., zainkasowała pięćdziesiąt cztery tysiące złotych i poszła w siną dal.
          Janina T. potrzebowała pralkę i lodówkę. Nie miała czasu, aby stać w kolejkach pod sklepami. Tak długo pytała różnych znajomych o możliwość załatwienia, aż skontaktowali ją z Joanna N.
- Ona wszystko może – mówili znajomi.
          Joanna N. nie protestowała. Przyjęła zamówienie, zainkasowała pieniądze w kwocie trzydzieści jeden tysięcy i zniknęła. Barbarze S. popsuł się odkurzacz. Gdyby to było kilka lat temu, nie byłoby żadnego problemu. Poszłaby do punktu napraw, zreperowaliby i po kłopocie. Ale odkurzacz, przedmiot martwy i dlatego złośliwy, wybrał najbardziej niewłaściwy czas do popsucia się i to tak skutecznie, że żaden z punktów nie rokował naprawy z uwagi na brak części. A części nie było, bo producent nie dostarczał. Wolał sprzedać nowe wyroby, niż oddawać części i ratować wyroby stare. Barbara zrozumiała z tego, że nawet gdyby mieli części to i tak by im się nie opłaciło robić napraw. Woleliby złożyć odkurzacz cały i sprzedać po znajomości na czarnym rynku, bo więcej by zarobili niż na naprawie. Dlatego też Barbara S. była zdecydowana kupić nowy odkurzacz, ale gdzie? Przeprosiła się ze starą miotłą i cały swój intelektualny wysiłek kierowała na znalezienie kogoś takiego jak Joanna N.
Dzięki swojemu uporowi, poprzez znajomą swojej znajomej dotarła do Joanny N.
- Tylko odkurzacz – zapytała zdziwiona Joanna N., przyzwyczajana do dużych wziątek.
           Barbara szybko w myślach zrobiła przegląd swojego wyposażenia w sprzęt gospodarstwa domowego i po podliczeniu oszczędności zdecydowała się jeszcze na lodówkę i materiał na kostium. Kolor miała podać później. Wręczyła szybciutko Joannie N. kwotę siedemdziesięciu tysięcy złotych i już chciała wyrzucić starą szczotkę, ale coś ją tknęło. Szczotkę jednak zatrzymała i ustaliwszy kolor materiału podejmowała próbę nawiązania kontaktu z Joanną N. poprzez znajomą jej znajomej.     W tym momencie okazało się, że nikt nie wie gdzie Joanna N. mieszka i jak się z nią skontaktować. Znajoma znajomej zapewniała Barbarę, że szybko odnajdą Joannę i ustalą, jakie postępy poczyniła w sprawie zakupów dla Barbary. A Joanna N.? Nie wiedziała jeszcze o tym, że Barbara S. postanowiła odszukać Joannę N.. Dlatego działała dalej.
          Siostra Joanny zachorowała i nie mogła pójść do szkoły na wywiadówkę w sprawie jej dziecka. Poprosiła siostrę, Joannę N. , aby za nią poszła do szkoły. Joanna na wywiadówce zachowywała się tak, jak na matkę przystało. Wysłuchała zastrzeżeń nauczycielki, jakie miała do jej siostrzenicy i nawet zatrzymała się przy nauczycielce po zakończeniu drugiej wywiadówki. Wystarczyło jej dosłownie dziesięć minut na przekonanie nauczycielki Genowefy T. iż najwłaściwiej zrobi gdy powierzy jej dziesięć tysięcy złotych na zakup firanek i zasłon. Genowefa T. powie później – była taka ujmująca. Podobne zdanie o Joannie N. miała pani magister Joanna K. Kiedy Joanna N. przebywając u fryzjerki, mimochodem wspomniała, że właśnie nadszedł z Włoch świeży transport zasłon, Joanna K. bez wachania sięgnęła do torebki i wręczyła kwotę dziesięć tysięcy złotych, nie podając nawet swojego nazwiska.
          Koleżanka fryzjerki, u której czesała się Joanna N. potrzebowała kupić sto dolarów na lekarstwo dla dziecka. Mogłaby kupić dolary pod sklepami „Pewexu”, ale bała się przewalanki, bo kwotą, którą płaciła była duża, sześćdziesiąt tysięcy złotych. Potrzebna jej była osoba uczciwa, godna zaufania. Fryzjerka poleciła Joannę N., jako uczciwą z szerokim gestem.
- Dawała tak duże napiwki – zeznała później fryzjerka.
          Joanna N. przy sobie dolarów nie nosiła, bo:”... to tyle złodziejstwa na ulicy...” tłumaczyła koleżance fryzjerki, ale zobowiązała się do przyniesienia dolarów następnego dnia, bo teraz musi wstąpić do kuśnierza i dopłacić do futra z lisów. Koleżanka fryzjerki, Bożena K. zrozumiała aluzję i wyjęła paczkę pieniędzy w kwocie sześćdziesiąt tysięcy złotych, wręczyła Joannie i umówiły się tego samego dnia, o godzinie szesnastej po południu w kawiarni Duet. Bożena K. czekała na Joanne N. do zamknięcia lokalu. Bożena K. straciła pieniądze i koleżankę, fryzjerka straciła koleżankę i klientkę. Na plusie była tylko Joanna N.
          Wacław D. Jak codziennie krążył po Pruszkowie taksówką, czekając na bardziej intratny kurs. Na skrzyżowaniu ulic Prusa i Kościuszki zatrzymała go młoda kobieta, niezwykle elegancko ubrana. W czasie jazdy do Warszawy, Wacław D. zwierzył się młodej dziewczynie z kłopotów jakie ma jego żona z nabyciem wykładziny podłogowej, zasłon i firan.
- Nie ma sprawy – natychmiast odpowiedziała Joanna N., bo to ona była ta młodą dziewczyną – proszę umówić mnie z żoną. Wacław D. spotkanie umówił. Wysadził Joannę N. w centrum miasta i zadowolony, że pasażerka nie zauważyła, iż naciął ją na trzysta złotych, pojechał dalej.
           Jego żona wpłaciła Joannie N. ciepłą rączką całe szesnaście tysięcy złotych. Joanna popadła w rutynę. Brała wszystko, co wpadało do ręki. Maria S. potrzebowała buty za tysiąc siedemset złotych. Proszę bardzo – mówiła Joanna, N. ale butów nie było. Katarzyna G. pracownica jednego z urzędów w Pruszkowie, wpłaciła Joannie N. dwa razy kwotę po dziesięć tysięcy złotych, na zasłony i firanki, ponieważ zanim Joanna załatwiła jeden zakup, Katarzynie potrzeba było dwa razy więcej.
          Nie wiadomo jak długo trwała by ta sielanka Joanny N. z braniem pieniędzy. Osoby, które wpłacały najwięcej zrobiły się bardzo niecierpliwe. Na razie nie zgłaszały swoich roszczeń do milicji, tylko za pośrednictwem znajomych podejmowały próby odnalezienia Joanny N. na własną rękę, licząc, że jak nie zamówione przedmioty to pieniądze zostaną im zwrócone. Dotarło to do Joanny N., że jest poszukiwana przez klientów.
          Joanna N. zaczęła się bać. Nie kary, nie odpowiedzialności. Bała się, że będzie musiała wszystko zwrócić. Zaczęła szukać okazji, aby jednym dużym numerem zarobić tyle pieniędzy, żeby zwrócić je najbardziej zainteresowanym. Zwietrzyła ofiarę, przygotowała się do skoku i wpadła. Ofiarą miał być pracownik operacyjny Komendy Milicji z Pruszkowa. Joanna N. płacząc przedstawiała siebie jako ofiarę kryzysu, ofiarę naiwności ludzkiej. Bo kto tak naprawdę miał takie możliwości?

Rodzi się pytanie. Kim są w takim razie osoby oszukane?· 
Kandydat na samobójcę?

          Budynek na rogu Kościuszki i Bolesława Prusa w Pruszkowie, nie miał złej opinii. Tylko od czasu do czasu dobiegały na zewnątrz głośne krzyki awanturujących się osób. Nawet dzielnicowy nie był częstym gościem.
          Dzieciaki na ogół bawiły się w pobliskim parku lub skakały po dachach sąsiednich budynków. Słowem : „pruszkowska normalka”. Wybijało się w tych awanturach mieszkanie Ireny S., mieszkającej z dziewięcioletnim synem Robertem. Najczęstszą przyczyną nieporozumień był konkubin Ireny, Waldemar K. Oboje pracowali w Spółdzielni „Alfa” i tam się poznali po drugim rozwodzie Ireny S. Czasami nieporozumienia rodzinne przenosili na teren zakładu pracy. Powodem były „szczególne spojrzenia” Ireny na któregoś z kolegów Waldemara K. Znajomość ich trwała od dobrych kilku lat, z przerwami na pobyt Waldemara K. w Zakładzie Karnym. To zapewne powodowało, że Irena nie liczyła na jakiś trwały związek z Waldemarem K.
          Brak stabilizacji powodował, że Irena S. biorąc udział w różnych „bibkach” organizowanych przez kolegów lub koleżanki z pracy, zapominała, że w domu zostawiła samo nieletnie dziecko. Waldemar K. reagował gwałtownie, próbując dosłownie i w przenośni, wybić Irenie z głowy te wyskoki. Czasami sam wypuszczał się na męskie „balety”. W połowie 1983 roku, przy okazji pobytu w domu swojej konkubiny, pobił ja i podduszając rękoma wymusił na niej wydanie biżuterii, którą natychmiast spieniężył, przeznaczając pieniądze na wystawny „balet”.
          Irena S. nie odpuściła tylko następnego dnia zgłosiła dzielnicowemu, rabunek rodowej biżuterii po mamusi i pozostałość z dwóch poprzednich małżeństw. Waldemar K. nie mógł darować Irce, że sprzedała go milicji. Od tego czasu, systematycznie obijał Irkę, ale tak umiejętnie, że nie zostawiał śladów mogących świadczyć przeciw niemu, gdyby Irce zachciało się ponownie go „zakapować”.
          Sąsiedzi przyzwyczaili się do krzyków Ireny S. i płaczu dziecka. Nie powiadamiali milicji, wiedząc, że następnego dnia Irena S. przebaczy Waldemarowi K. i wszystko wróci do normy.
          Dzielnicowy nie za bardo wierzył w te powiedzenia sąsiadów, że „kto się czubi ten się lubi” i z innych źródeł dowiadywał się o tym, co dzieje się w tej rodzinie. Solidarność sąsiedzka była duża i szczelna. Dzielnicowy, przy tych powtarzających się sygnałach, zastanawiał się czy nie spowodować odebrania Irenie S. praw rodzicielskich, ale ponieważ sąsiedzi zgodnie twierdzili, że nie jest tak źle, odstąpił od tych zamysłów. Tym bardziej, że Robert S. w szkole podstawowej, do której uczęszczał, nie ujawniał wobec wychowawców, co działo się w domu. Był uczniem nie wyróżniającym się, nie skarżył się na nic. Do szkoły chodził czysto ubrany.
          12 marca, w poniedziałek, Irena jak zwykle wróciła po pracy do domu. Waldemar K. zapytał ją tajemniczo, czy będzie w domu a po usłyszeniu, że będzie, gdzieś wyszedł. W międzyczasie do mieszkania Ireny przyszła jej koleżanka a za chwilę wrócił Waldemar K. wraz ze swoim kolegą. Wysłali Roberta po wódkę i zaczęli picie. Waldemar po wypiciu kilku kolejek, rozpoczął awanturę tak głośną, że jego kolega z jej koleżanką, w pośpiechu opuścili dom. Awantura trwała, sąsiedzi nie reagowali.
          13 marca, we wtorek, matka Ireny S. wyszła ze swojego mieszkania po zakupy. Wiedziała o awanturach, jakie były w mieszkaniu córki i sama nie wie, dlaczego, około jedenastej postanowiła zajść do córki i sprawdzić, czy jest ktoś w domu. Weszła na piętro i przed drzwiami mieszkania Ireny zastała skomlącego psa, którego przygarnął wnuczek. Otworzyła drzwi do mieszkania. Było cicho. Weszła do kuchni. Nie było nikogo. Zajrzała do pokoju......... Nie pamięta jak zeszła ze schodów, nie pamięta czy szła szybko czy też biegła do budynku Komendy w Pruszkowie, głośno krzycząc od wejścia: „zabici, zabici „. Nikt kobiety nie znał, nie można było wyciągnąć od niej podstawowej informacji:, kto zabity i gdzie. Po wypiciu szklanki wody, kobieta podała, że nazywa się Genowefa T. a zabitymi są jej córka Irena S. i jej syn Robert S.
          Szybko pojechano na wskazane miejsce. Widok, jaki tam zastano, nawet milicjantów wprowadził w osłupienie. W rozesłanym łóżku, przykryta kołdrą leżała Irena S. z mocno pokrwawioną i zniekształconą twarzą. Na pościeli, pod łóżkiem, widać było rozległe kałuże krwi. Obok niej leżał mężczyzna z zamkniętymi oczami, miarowo oddychający. Na podłodze, za łóżkiem, przy pochlapanej krwią ścianie leżało martwe dziecko. Irena i jej syn byli martwi. Żywym był tylko Waldemar K.
          Na suficie, w miejscu zdjętego żyrandola zwisała pętla zrobiona z przewodu elektrycznego.

- To dla mnie – wskazał pętlę Waldemar, K. gdy wyprowadzano go z mieszkania.

czwartek, 28 listopada 2013

Mord w melinie


          Miasto pustoszało, tylko na niektórych przystankach czekali jeszcze spóźnieni przechodnie. Była niedziela. Prawdopodobnie wszystko odbyło się tak...
          Pruszkowskie knajpy były już pozamykane. Do parterowego budynku przy ul. Bolesława Prusa podszedł mężczyzna w średnim wieku, rozpięty, ponieważ grzał go wypity alkohol. Zastukał w okno i czekał. Zauważył w przyćmionym świetle pokoju, poruszającą się starszą kobietę. Kobieta po woli podeszła do okna, uchyliła firankę i wyjrzała na zewnątrz.
- Czego – zapytała.
- Ciotka, daj butelkę – odpowiedział mężczyzna.
- Czekaj – powiedziała „ciotka” i powoli poszła w głąb mieszkania.
          Podeszła do podwójnych drzwi, otworzyła je i kazała gościowi wejść do środka. Był jej znany z widzenia i nie obawiała się z jego strony żadnej napaści. Zapytała tylko ile chce alkoholu. Powiedział, że ma tylko na jedna butelkę. „Ciotka” odwróciła się od niego i zaczęła iść w stronę pokoju. Nagle poczuła mocne uderzenie w głowę i prawie straciła przytomność. Padła na podłogę, ale jeszcze siłą woli chciała wstać. W tym momencie zacisnęło się wokół jej gardła coś miękkiego i już przestała czuć cokolwiek.

                                             *        
*                  *

          W poniedziałek, 19 grudnia 1983 roku około godziny 9,00 syn „ciotki” przechodząc obok jej domu, zobaczył niedomknięte drzwi do mieszkania. Zaniepokojony wszedł szybko do środka. W kuchni panował nawet porządek, natomiast, gdy wszedł do pokoju, zobaczył matkę leżącą na podłodze przyrzuconą wyrzuconymi z szafy ubraniami. Nie dotykając niczego powiadomił milicję.
          Tej samej nocy z 18 na 19 grudnia około północy, po przeciwległej stronie ulicy Bolesława Prusa, dokonano włamania do restauracji „Popularna” poprzez wyrwanie krat od zaplecza. Sprawcy weszli do środka i opróżnili na miejscu kilka skrzynek alkoholu.
          W mieszkaniu „ciotki” znaleziono wiele śladów świadczących o tym, że właścicielka od dłuższego czasu prowadziła „melinę” sprzedając wódkę i wino. Sprzedawała oczywiście drożej niż kupowała w sklepie. W dni przedświąteczne zwiększała swoje zaopatrzenie znając potrzeby klienteli. Sprzedawała każdemu, kto zapukał do jej okna. Wpuszczała do domu tylko znajomych, często kupujących u niej alkohol.
          Na miejscu włamania do restauracji Popularna znaleziono wiele śladów wskazujących na to, że sprawcy byli ogromnie spragnieni alkoholu. Niedopite resztki w butelkach, chaotycznie zabierane butelki z bufetu wskazywały, że sprawcy byli w niezwykłej potrzebie.
          W tym czasie sprawców obu wydarzeń nie ustalono, ale obecnie, gdy po ustaleniu DNA każdego osobnika można bezbłędnie wskazać, kto był na melinie i kto zapijał się w restauracji, ustalenie sprawców nie będzie już tak trudne.








środa, 27 listopada 2013

Gluty


          Kierownik przyszedł do pracy i się zdziwił. Wczoraj zostawił wszystko w porządku, pozamykane a rano stwierdził, że mu się włamano do pomieszczeń warsztatowych. Zdziwienie było bardzo duże, więc zadzwonił do milicji. Milicja się nie zdziwiła. Nie, dlatego, że przyzwyczaili się do najróżniejszych zgłoszeń, tylko, dlatego, że pomieszczenia z narzędziami i magazynek narzędzi nie były w ogóle pilnowane. I to od dłuższego czasu. Od dłuższego czasu były tez włamania do tych pomieszczeń, ale na szczęście instytucje energetyczne są tak bogate, że na miejsce kradzionych narzędzi, natychmiast kupowano nowe. Może to i dobrze, bo w ten sposób odmładzano zestaw niezbędnych narzędzi, które i tak by się zużyły i trzeba by było je złomować.
          Budynek narzędziowni z dala straszy powybijanymi szybami w oknach i nie naruszonymi kratami okiennymi. Drzwi do budynku kierownik zastał otwarte. Najwięcej kłopotów przysparzało kierownikowi ustalenie, jak sprawcy dostali się do środka. Przekonywał milicjantów, ze sprawcy dostali się poprzez otwarcie dwóch zamków „Yalle”, zamontowanych przy niezbyt solidnych drzwiach. Przekonanie to również udzieliło się również pracownikom tejże narzędziowni. Dla zademonstrowania, że sprawcy nie mogli się dostać inną drogą, pracownicy narzędziowni, jeden przez drugiego usiłowali przecisnąć się przez szczelinę czternastocentymetrową, powstałą między oknem a kratą okienną. Przez szczelinę przechodziło wszystko, tylko nie głowa. Ponieważ wszyscy z próbujących mieli głowy słusznej wielkości, szukano po zakładzie człowieka z płaską głową. Ale nie znaleziono. Dlatego też – argumentowano – musieli otworzyć zamki. Ale w zamkach nie było śladów grzebania, tylko ślad oryginalnego klucza. Milicjanci, ludzie z doświadczeniem, wysłuchali wszystkich przedstawionych wariantów i byliby skłonni wierzyć, gdyby nie powybijane szyby w oknach. Tego nikt złośliwie raczej nie zrobił. Zrobił to raczej celowo.
          Mówi się, że głupi ma szczęście. Sławomir Z. szczęścia nie miał, ale nie znaczy to, ze był mądry. Sławomir jest najstarszy z rodzeństwa i ma już siedemnaście lat, skończone, co przy każdej okazji mocno akcentuje. Szczęśliwie przebrnął przez szkołę podstawową i stwierdził, że wyedukował się dostatecznie. Podobnego zdania była jego matka. Uważała, że po tak ciężkiej nauce powinien odpocząć parę lat, przygotowując się do trudów życia i kiedyś tam, do założenia własnej rodziny. Na razie ma rodzinę w domu i ta właśnie rodzina powinna go utrzymać. I utrzymywała. Wcale nieźle. Kiedy pytano go o źródło utrzymania, odpowiadał z dumą, że jest na utrzymaniu mamusi.
          Sławomir miał kolegów. Starszych i młodszych od siebie. Jako, że sam nie był za mądry, więc nie otaczał się kolegami mądrzejszymi od siebie. Marian C. miał już całe dziewiętnaście lat. Zdobył nawet zawód. Pracował w PKS-ie jako mechanik, oczywiście samochodowy. Wybrał ten zawód, ponieważ widział w nim przyszłość.
          Robert G. nie miał jeszcze skończonych szesnastu lat, ale zaszedł najdalej. Był uczniem pierwszej klasy szkoły zawodowej i właściwie czuł się już uczniem drugiej klasy, gdyż w domu miał cenzurkę z promocją. W domu też miał rygor. Wolno mu było przebywać z kolegami do oznaczonej godziny, gdy się spóźnił, dostawał lanie. I to tęgie. Dlatego wolał się nie spóźniać. Z racji pobytu w szkole zawodowej, uważał, że posiada największą wiedzę, to zaś winno wystarczyć do budowania autorytetu w grupie. Nie podzielał takiego poglądu Sławomir, dlatego też Robert dosyć często brał cięgi od kolegi i pomimo wewnętrznego buntu, podporządkowywał się Sławkowi. Wprawdzie szukał oparcia w swoim rówieśniku Sylwestrze, R. ale zdawał sobie sprawę, że stoi na pozycji straconej. Sławomir Z. liczył się tylko z Sylwestrem, który podobnie jak Sławomir, nie uczył się nigdzie, nie pracował i miał, najogólniej mówiąc obojętny stosunek do świata. Niekiedy określał dosadniej, na czym ten jego stosunek polega, ale gdy byli z dziewczynami, słów wulgarnych nie używał. Był dżentelmenem. Nawet, gdy dziewczynom majtki pozabierali robiąc ogląd, która ma najbardziej obrośniętą, Sylwester majtki pozbierał, oddał, umówił się z jedną z nich na dzień następny. Z Sylwestrem liczyli się wszyscy, bo był fachowcem. I to dużego rozmiaru. Zawsze fascynowało go strzelanie. Pistolety widział tylko na filmach, albo, gdy któryś ze starszych kolegów „wykołował” straszaka. Próbował strzelać z łuku, ale były z tym same kłopoty. Nie mógł dopasować kijka do cięciwy. Kijki pękały. Znalazł broń inną. Popularną procę. Pamiętał jeszcze z nauki religii, że Dawid pokonał procą Goliata. Postanowił zostać Dawidem.
          Radosna czwórka nudziła się okropnie. Wymyślali różne zabawy. Kiedyś jeden z nich dojrzał, że niedaleko miejsca gdzie spotykają się, w szczerym niemalże polu, stoją za siatką metalową z dziurami tak dużymi, że słoń by się zmieścił, duże metalowe urządzenie z metalową obudową i szklanymi wskaźnikami, w których pływają fajne kulki, nadające się do procy. Tak ocenił Sylwester.
          Teraz trudno ustalić, który z nich pierwszy wpadł na pomysł, faktem jest, że przystąpiono do zabawy. Weszli na teren magazynu, gdy nikogo już nie było i przystąpili rozgrywania regularnych zawodów w strzelaniu z procy do elementów szklanych, Zabawa nie trwała długo a to, dlatego, że elementów szklanych było niewiele. Zawody wygrał oczywiście Sylwester. Dało mu to pewną satysfakcję, ale nie na długo. Sylwester czuł nieodpartą chęć wybijania szyb. Gdy byli na łące i strzelali z proc do przelatujących ptaków, przypomniał sobie, że nieopodal jest budynek z warsztatami Elektrowni, w którym jest bardzo dużo okien z szybami. Rozbawionej grupie nie trzeba było dwa razy powtarzać.
          Na początku lipca, w upalne popołudnie udali się pod wspomniane warsztaty, zaopatrując się w proce i różnej wielkości kamienie. Wprawdzie najlepsze do tego były kulki, jakie wyjmowano z urządzeń rozbijanych na placu magazynowym. W czasie wielkiej zabawy nie przypuszczali, że pójdzie im tak sprawnie. Udało im się wybić wszystkie szyby w rekordowo krótkim czasie. Gdyby w tym czasie organizowano zawody w strzelaniu z procy, cała czwórka miałaby szansę zająć pierwsze cztery miejsca. Na razie........ ich szanse wzrosły do zajęcia nie punktowanych miejsc na ławie oskarżonych.
          Gdy już powybijali szyby, zobaczyli, że w narzędziowni leżą różne narzędzia, porzucone przez robotników tak, jakby nie były im już potrzebne. Ocenili, że im narzędzia na pewno by się przydały. Popatrzyli prze kraty na wszystkie pomieszczenia i poszli się naradzić, jak dobrać się do środka. Ponieważ obrady trwały dość długo i nie było jednomyślności, wejście do srodka odłożono do dnia następnego, wychodząc, ze słusznego założenia, że zanim w okna wprawią szyby, upłynie sporo czasu. Widzieli wprawdzie dnia następnego jak w godzinach rannych podjechał radiowóz, jak milicjanci oglądali zniszczenia. Jeden z chłopaków był tak blisko budynku, że słyszał jak milicjant mówił do kierownika, aby szybko zabezpieczyli okna.
          Chłopcy przeżyli już kilkanaście lat na tym świecie i wiedzieli, że zanim ktokolwiek do czegoś się weźmie, musi upłynąć wiele czasu, ponieważ każda decyzja powinna być zatwierdzona przez kogoś wyższego i tak dalej. W domu to, co innego, każdy zabezpiecza swoje, ale na państwowym?
          Przewidywania młodzieży sprawdziły się. Po południu mogli spokojnie przystąpić do nakreślonego wcześniej planu. Poczekali aż się ściemni i w całym składzie podeszli pod warsztaty. Dla upewnienia się czy nikt nie pilnuje niezabezpieczonych pomieszczeń, strzeli parę razy z procy, a ponieważ nikt nie pokazał się podeszli do okien. W oknach szyb już nie było, ale były kraty. Pomiędzy kratą a ścianą była niewielka, kilkunastocentymetrowa przerwa. Próbowali jeden przez drugiego wejść do środka, ale żadnemu z nich nie przechodziła głowa. W tym właśnie momencie Slawomir Z. w pomysłach okazał się nie oceniony. Przypomniał wszystkim, że ma rodzeństwo, a szczególnie to, że ma brata.
- No to co – krzyknął Sylwester R. – ja też mam brata.
- Ale – stwierdził Sławomir – ja mam brata z małą głową.
          Popatrzyli na niego a niemałym podziwem. Rzeczywiście, to jest myśl. Sławomir wyciągnął braciszka lat siedem, z łóżka i kazał mu iść ze sobą. Brat, jak to brat. Nie bardzo chciał się wlec, ale jak mu powiedziano, jaką rolę miał pełnić, popędził zachwycony. Stanął przed kratą nie wierząc we własne możliwości, ale jak przymierzono jego głowę do prześwitu kraty, od razu zrozumiał, że wejść musi. Pomagali mu wszyscy przy wchodzeniu osłaniając uszy, aby nie zostały przy kracie. Chwila skupienia i już Janusz Z. był wewnątrz. Teraz poszło jak po maśle. Otworzył drzwi wejściowe od wewnątrz i wszyscy uszczęśliwieni wpadli do środka.
          Penetracja narzędziowni niestety, rozczarowała ich. Było trochę narzędzi, ale nie starczyło dla wszystkich. Rozejrzeli się dokładnie i zobaczyli prowadzące do jakiegoś pomieszczenia. Na szczęście łom leżał w pobliżu na podłodze, uporali się natychmiast z drzwiami i słabym zamkiem i weszli do środka. Tak, to było to, po co tu przyszli. Był to magazyn różnych narzędzi, nawet bardzo specjalistycznych. Chłopcy brali wszystko, jak leci, ale tylko te z górnej półki.
          Jak było do przewidzenia, milicja wpadła na ich ślad? Jak wpadła? Zostawmy ten element w milczeniu, aby nie doszkalać młodzieży i nie uczyć jej, czego należy unikać, aby nie wpaść w łapy „psów”. Najlepiej nie brać się do kradzieży, wówczas młodzież będzie spokojna, bez stresów.
          Zatrzymanie poszczególnych chłopców nie nastręczało trudności. Trudności wystąpiły wówczas, gdy rozpoczęto poszukiwanie skradzionych przedmiotów. Robert G. najbardziej technicznie wykształcony, oddał przechowywane w domu klucze monterskie, wiertarki, narzynki, radio i inne przedmioty, jakie poutykał po kątach. Nie wszystko jednak miał w domu. Część większych przedmiotów ukrył w pobliskich krzakach do czasu, gdy miał przenosić je do bardziej przemyślnej skrytki. W domu lano go za spóźnienia, natomiast nie zadano sobie trudu zapytania, skąd ma przedmioty, jakie wieczorem przyniósł do domu. Rober G. pretendent do roli przywódcy nieformalnej grupy, w czasie przesłuchania prowadzonego przez miłą panią inspektor łkał rzewnymi łzami, że nie chce iść do poprawczaka.
          Sławomir Z. chciał iść do poprawczaka, ale nie mógł. Idąc na włamanie zapomniał o tym, że niedawno skończył siedemnaście lat i odpowiada już jako dorosły. Wprawdzie Sławomir uzasadniał kradzież, życiowo tłumacząc;
- Mamusi dawno skończyły się pieniądze i potrzebowaliśmy na życie dla tak licznej rodziny a ja niestety też już nie miałem - przy czym nie wspomniał jak zarobił te pieniądze.
          Prawdę mówiąc, to właśnie Sławomir Z. okazał się najbardziej obrotny z całego towarzystwa, ponieważ z warsztatów wyniósł różne narzędzia ukrywając je bardzo dobrze. Zabrał również i spawarkę, którą po drodze „opylił” mieszkającemu niedaleko Zygmuntowi W.
Był to duży niedowiarek. Z początku nie wierzył, że milicjanci, to milicjanci. Wymagał od nich uwiarygodnienia. Gdy zawieźli go do Komendy, nie wierzył, że jest w Komendzie. Uwierzył, gdy zamknięto go w areszcie z dwoma pijakami.
- Ależ panowie – wrzeszczał na całe gardło – pomylić się nie można?
Gdy uwierzył, dał znać profosowi w areszcie, że teraz to on może spawarkę oddać. Ale teraz to milicjanci nie mieli czasu. Spawarkę odebrano później. Sławomir Z. rozliczając się z zabranych innych narzędzi wskazywał coraz to nowe osoby, korzystające z okazji. Kupowali jakby na wyprzedaży. Pieniądze uzyskane ze sprzedanych narzędzi, Sławomir Z. oddał swojej mamie. Nie wszystkie wprawdzie, ale obdzielił pozostałych po równo, nie zapominając również o swoim bracie Januszu Z. Mamuśka Sławomira Z. była nie pocieszona.
- I co on takiego zrobił? – Wykrzykiwała, – że pomógł kolegom i sam przy okazji zarobił?

- Ano właśnie za to – odpowiedziała miła pani inspektor.