Zeneczek
środa, 8 stycznia 2014
środa, 11 grudnia 2013
poniedziałek, 9 grudnia 2013
piątek, 29 listopada 2013
Naiwnych nie
sieją.
Pewnego jesiennego wieczoru uważny
czytelnik popołudniowej prasy mógłby wyczytać następujący anons: „ Masz
trudności z nabyciem różnych przedmiotów codziennego użytku lub potrzebujesz
przyspieszyć przydział na mieszkanie, samochód itp., zgłoś się do Joanny N.
zamieszkałej Pruszków......” i tak dalej.
Anonsu takiego nie było, co nie
znaczy, że Joanna N. nie chciała, aby anons taki się ukazał. Po prostu nie
poczyniła odpowiednich kroków w tym kierunku a może nie potrzebowała, bo miała
dużą popularność. Joannę N. znano nie tylko na osiedlu „Nowa Wieś”, ale i w
centrum Pruszkowa, na osiedlu Parkowa i co najważniejsze, w kręgach
pruszkowskich handlowców. Była postacią znaną nie tylko ze sposobu zawierania
znajomości, nad czym niezwykle bolał jej mąż, ale i ze sposobu ubierania się,
noszenia się wśród innych a szczególnie z gestu. Nawet dzisiaj niektórzy mówiąc
o Joannie N. podkreślają – ta to miała gest. I faktycznie gest miała. Zresztą
jak tu nie mieć gestu, jak wtykano Joannie N. pieniądze do ręki, prawie na
każdym kroku.
Pojechała do swoich znajomych w
Ursusie. Przyjaciele zrobili po „maluchu”, posiedzieli, pogadali i w
międzyczasie przyszedł sąsiad znajomych, Daniel S. Przy wódce czas płynie
szybko skłaniając do zwierzeń. Daniel ujęty obyciem Joanny wspomniał, że ma
kłopoty z uzyskaniem mieszkania spółdzielczego, które jak „fata morgana” jest w
zasięgu jego ręki i za chwilę znika gdzieś za horyzontem. I gdyby tak Joanna
mogła .....
Joanna zagrała uczciwie. Mieszkania to
ona na razie na zbyciu nie ma, ale może zaproponować dozorstwo, do którego
mieszkanie jest dopisane. Daniel S. stwierdził, że jest to genialne rozwiązanie
i dla przypieczętowania zawartego porozumienia postawił butelkę.
- Trza
oblać taką znajomość – stwierdził Daniel.
Oblali. Joanna N. nie mając jeszcze
doświadczenia, wzdrygała się, gdy Daniel dawał jej na koszty kwotę dwudziestu
tysięcy złotych, ale żeby nie być źle zrozumianą, co do swoich możliwości,
zgodziła się wziąć połowę. Uzgodnili, że jeśli Daniel S. otrzyma przydział na
upragnione dozortswo, Joanna N. otrzyma więcej pieniędzy.
Następnego dnia Joanna N. próbowała na
spokojnie otworzyć sobie przebieg poprzedniego wieczoru. Była zaskoczona
łatwością, z jaką weszła w posiadanie dużej sumy pieniędzy. Być może był to
przełomowy moment w karierze Joanny N. jako osoby o nieograniczonych
możliwościach. Zanim wyszła z jednego czy drugiego sklepu, zorientowała się, że
pieniądze Daniela S. rozeszły się błyskawicznie.
Była pewna, że do Ursusa nieprędko
zajedzie i dlatego nie przejmowała się przyjętym zobowiązaniem. Tym bardziej,
że żadnego pokwitowania nie dawała. Zdarzyło się tam, że została zaproszona do
swoich znajomych w Pruszkowie, mieszkających na osiedlu Parkowa. Zupełnie
przypadkiem była u tych znajomych, ich znajoma Halina J. mieszkająca na Ostoi.
Halina otrzymała niedawno mieszkanie i miała kłopoty z jego urządzeniem. Po
krótkiej wymianie zdań Halina ucałowała Joannę i wręczyła jej kwotę stu tysięcy
złotych na zakup całego wyposażenia. Halina dyktowała a Joanna zapisywała, co
potrzeba. A potrzebne było: trzy perskie dywany, ileś metrów zasłon, ileś
metrów firanek, ileś metrów materiału welurowego do wybicia na ściany, kilka
lamp mosiężnych a abażurami złoconymi, kilka lam stojących i mogą być pozłacane
i szereg innych jeszcze towarów, trudno dostępnych w specjalistycznych sklepach.
Halina była tak zachwycona nowo poznaną Joanną, że dając jej paczkę pieniędzy,
nie poprosiła o pokwitowanie. Miała doświadczenie.
Joanna N. objawiła się Halinie jako
kobieta do wszystkiego. Mogła wiele. Halina wyszła od znajomych lżejsza o
znaczną kwotę pieniędzy, ale z przekonaniem, że trafiła na odpowiedniego
człowieka.
Do dnia dzisiejszego nie wiadomo, co
Joanna N. zrobiła z tak dużą kwotą pieniędzy, na co je wydała, co kupiła do
domu. Być może to łatwowierność Haliny J. spowodowała lawinę dalszych oszustw.
Joanna N. będąc w sklepie spożywczym
zaproponowała dopiero, co poznanej sprzedawczyni Annie W. załatwienie firanek i
zasłon do mieszkania. Anna W. nie zastanawiając się dłużej, łapała okazję
wręczając Joannie pięć tysięcy złotych. Marianna P. miała w domu już prawie
wszystko, poza dywanami, kolorowymi z wełny i markowe. Dla Joanny nie było
żadnego problemu, wzięła kwotę sześćdziesięciu tysięcy złotych i poszła
załatwiać.
Renata L. z wykształceniem
technicznym, potrzebowała ładne, kolorowe, wełniane dywany i do tego dobrane
odpowiednie zasłony.
- Mogę
załatwić od ręki – stwierdziła Joanna N., zainkasowała pięćdziesiąt cztery
tysiące złotych i poszła w siną dal.
Janina T. potrzebowała pralkę i
lodówkę. Nie miała czasu, aby stać w kolejkach pod sklepami. Tak długo pytała
różnych znajomych o możliwość załatwienia, aż skontaktowali ją z Joanna N.
- Ona
wszystko może – mówili znajomi.
Joanna N. nie protestowała. Przyjęła
zamówienie, zainkasowała pieniądze w kwocie trzydzieści jeden tysięcy i zniknęła.
Barbarze S. popsuł się odkurzacz. Gdyby to było kilka lat temu, nie byłoby
żadnego problemu. Poszłaby do punktu napraw, zreperowaliby i po kłopocie. Ale
odkurzacz, przedmiot martwy i dlatego złośliwy, wybrał najbardziej niewłaściwy
czas do popsucia się i to tak skutecznie, że żaden z punktów nie rokował
naprawy z uwagi na brak części. A części nie było, bo producent nie dostarczał.
Wolał sprzedać nowe wyroby, niż oddawać części i ratować wyroby stare. Barbara
zrozumiała z tego, że nawet gdyby mieli części to i tak by im się nie opłaciło
robić napraw. Woleliby złożyć odkurzacz cały i sprzedać po znajomości na
czarnym rynku, bo więcej by zarobili niż na naprawie. Dlatego też Barbara S.
była zdecydowana kupić nowy odkurzacz, ale gdzie? Przeprosiła się ze starą
miotłą i cały swój intelektualny wysiłek kierowała na znalezienie kogoś takiego
jak Joanna N.
Dzięki
swojemu uporowi, poprzez znajomą swojej znajomej dotarła do Joanny N.
- Tylko
odkurzacz – zapytała zdziwiona Joanna N., przyzwyczajana do dużych wziątek.
Barbara szybko w myślach zrobiła przegląd
swojego wyposażenia w sprzęt gospodarstwa domowego i po podliczeniu
oszczędności zdecydowała się jeszcze na lodówkę i materiał na kostium. Kolor
miała podać później. Wręczyła szybciutko Joannie N. kwotę siedemdziesięciu
tysięcy złotych i już chciała wyrzucić starą szczotkę, ale coś ją tknęło.
Szczotkę jednak zatrzymała i ustaliwszy kolor materiału podejmowała próbę
nawiązania kontaktu z Joanną N. poprzez znajomą jej znajomej. W tym momencie okazało się, że nikt nie wie
gdzie Joanna N. mieszka i jak się z nią skontaktować. Znajoma znajomej
zapewniała Barbarę, że szybko odnajdą Joannę i ustalą, jakie postępy poczyniła
w sprawie zakupów dla Barbary. A Joanna N.? Nie wiedziała jeszcze o tym, że
Barbara S. postanowiła odszukać Joannę N.. Dlatego działała dalej.
Siostra Joanny zachorowała i nie mogła
pójść do szkoły na wywiadówkę w sprawie jej dziecka. Poprosiła siostrę, Joannę
N. , aby za nią poszła do szkoły. Joanna na wywiadówce zachowywała się tak, jak
na matkę przystało. Wysłuchała zastrzeżeń nauczycielki, jakie miała do jej
siostrzenicy i nawet zatrzymała się przy nauczycielce po zakończeniu drugiej
wywiadówki. Wystarczyło jej dosłownie dziesięć minut na przekonanie
nauczycielki Genowefy T. iż najwłaściwiej zrobi gdy powierzy jej dziesięć
tysięcy złotych na zakup firanek i zasłon. Genowefa T. powie później – była
taka ujmująca. Podobne zdanie o Joannie N. miała pani magister Joanna K. Kiedy
Joanna N. przebywając u fryzjerki, mimochodem wspomniała, że właśnie nadszedł z
Włoch świeży transport zasłon, Joanna K. bez wachania sięgnęła do torebki i
wręczyła kwotę dziesięć tysięcy złotych, nie podając nawet swojego nazwiska.
Koleżanka fryzjerki, u której czesała
się Joanna N. potrzebowała kupić sto dolarów na lekarstwo dla dziecka. Mogłaby
kupić dolary pod sklepami „Pewexu”, ale bała się przewalanki, bo kwotą, którą
płaciła była duża, sześćdziesiąt tysięcy złotych. Potrzebna jej była osoba
uczciwa, godna zaufania. Fryzjerka poleciła Joannę N., jako uczciwą z szerokim gestem.
- Dawała
tak duże napiwki – zeznała później fryzjerka.
Joanna N. przy sobie dolarów nie
nosiła, bo:”... to tyle złodziejstwa na ulicy...” tłumaczyła koleżance
fryzjerki, ale zobowiązała się do przyniesienia dolarów następnego dnia, bo
teraz musi wstąpić do kuśnierza i dopłacić do futra z lisów. Koleżanka
fryzjerki, Bożena K. zrozumiała aluzję i wyjęła paczkę pieniędzy w kwocie
sześćdziesiąt tysięcy złotych, wręczyła Joannie i umówiły się tego samego dnia,
o godzinie szesnastej po południu w kawiarni Duet. Bożena K. czekała na Joanne
N. do zamknięcia lokalu. Bożena K. straciła pieniądze i koleżankę, fryzjerka
straciła koleżankę i klientkę. Na plusie była tylko Joanna N.
Wacław D. Jak codziennie krążył po
Pruszkowie taksówką, czekając na bardziej intratny kurs. Na skrzyżowaniu ulic
Prusa i Kościuszki zatrzymała go młoda kobieta, niezwykle elegancko ubrana. W
czasie jazdy do Warszawy, Wacław D. zwierzył się młodej dziewczynie z kłopotów
jakie ma jego żona z nabyciem wykładziny podłogowej, zasłon i firan.
- Nie ma
sprawy – natychmiast odpowiedziała Joanna N., bo to ona była ta młodą
dziewczyną – proszę umówić mnie z żoną. Wacław D. spotkanie umówił. Wysadził
Joannę N. w centrum miasta i zadowolony, że pasażerka nie zauważyła, iż naciął
ją na trzysta złotych, pojechał dalej.
Jego żona wpłaciła Joannie N. ciepłą rączką
całe szesnaście tysięcy złotych. Joanna popadła w rutynę. Brała wszystko, co
wpadało do ręki. Maria S. potrzebowała buty za tysiąc siedemset złotych. Proszę
bardzo – mówiła Joanna, N. ale butów nie było. Katarzyna G. pracownica jednego
z urzędów w Pruszkowie, wpłaciła Joannie N. dwa razy kwotę po dziesięć tysięcy
złotych, na zasłony i firanki, ponieważ zanim Joanna załatwiła jeden zakup,
Katarzynie potrzeba było dwa razy więcej.
Nie wiadomo jak długo trwała by ta
sielanka Joanny N. z braniem pieniędzy. Osoby, które wpłacały najwięcej zrobiły
się bardzo niecierpliwe. Na razie nie zgłaszały swoich roszczeń do milicji,
tylko za pośrednictwem znajomych podejmowały próby odnalezienia Joanny N. na
własną rękę, licząc, że jak nie zamówione przedmioty to pieniądze zostaną im
zwrócone. Dotarło to do Joanny N., że jest poszukiwana przez klientów.
Joanna N. zaczęła się bać. Nie kary,
nie odpowiedzialności. Bała się, że będzie musiała wszystko zwrócić. Zaczęła
szukać okazji, aby jednym dużym numerem zarobić tyle pieniędzy, żeby zwrócić je
najbardziej zainteresowanym. Zwietrzyła ofiarę, przygotowała się do skoku i
wpadła. Ofiarą miał być pracownik operacyjny Komendy Milicji z Pruszkowa.
Joanna N. płacząc przedstawiała siebie jako ofiarę kryzysu, ofiarę naiwności
ludzkiej. Bo kto tak naprawdę miał takie możliwości?
Rodzi się
pytanie. Kim są w takim razie osoby oszukane?·
Kandydat na
samobójcę?
Budynek na rogu Kościuszki i Bolesława
Prusa w Pruszkowie, nie miał złej opinii. Tylko od czasu do czasu dobiegały na
zewnątrz głośne krzyki awanturujących się osób. Nawet dzielnicowy nie był
częstym gościem.
Dzieciaki na ogół bawiły się w
pobliskim parku lub skakały po dachach sąsiednich budynków. Słowem :
„pruszkowska normalka”. Wybijało się w tych awanturach mieszkanie Ireny S.,
mieszkającej z dziewięcioletnim synem Robertem. Najczęstszą przyczyną
nieporozumień był konkubin Ireny, Waldemar K. Oboje pracowali w Spółdzielni
„Alfa” i tam się poznali po drugim rozwodzie Ireny S. Czasami nieporozumienia
rodzinne przenosili na teren zakładu pracy. Powodem były „szczególne
spojrzenia” Ireny na któregoś z kolegów Waldemara K. Znajomość ich trwała od
dobrych kilku lat, z przerwami na pobyt Waldemara K. w Zakładzie Karnym. To zapewne
powodowało, że Irena nie liczyła na jakiś trwały związek z Waldemarem K.
Brak stabilizacji powodował, że Irena
S. biorąc udział w różnych „bibkach” organizowanych przez kolegów lub koleżanki
z pracy, zapominała, że w domu zostawiła samo nieletnie dziecko. Waldemar K.
reagował gwałtownie, próbując dosłownie i w przenośni, wybić Irenie z głowy te
wyskoki. Czasami sam wypuszczał się na męskie „balety”. W połowie 1983 roku,
przy okazji pobytu w domu swojej konkubiny, pobił ja i podduszając rękoma
wymusił na niej wydanie biżuterii, którą natychmiast spieniężył, przeznaczając
pieniądze na wystawny „balet”.
Irena S. nie odpuściła tylko
następnego dnia zgłosiła dzielnicowemu, rabunek rodowej biżuterii po mamusi i
pozostałość z dwóch poprzednich małżeństw. Waldemar K. nie mógł darować Irce,
że sprzedała go milicji. Od tego czasu, systematycznie obijał Irkę, ale tak
umiejętnie, że nie zostawiał śladów mogących świadczyć przeciw niemu, gdyby
Irce zachciało się ponownie go „zakapować”.
Sąsiedzi przyzwyczaili się do krzyków
Ireny S. i płaczu dziecka. Nie powiadamiali milicji, wiedząc, że następnego
dnia Irena S. przebaczy Waldemarowi K. i wszystko wróci do normy.
Dzielnicowy nie za bardo wierzył w te
powiedzenia sąsiadów, że „kto się czubi ten się lubi” i z innych źródeł
dowiadywał się o tym, co dzieje się w tej rodzinie. Solidarność sąsiedzka była
duża i szczelna. Dzielnicowy, przy tych powtarzających się sygnałach,
zastanawiał się czy nie spowodować odebrania Irenie S. praw rodzicielskich, ale
ponieważ sąsiedzi zgodnie twierdzili, że nie jest tak źle, odstąpił od tych
zamysłów. Tym bardziej, że Robert S. w szkole podstawowej, do której
uczęszczał, nie ujawniał wobec wychowawców, co działo się w domu. Był uczniem
nie wyróżniającym się, nie skarżył się na nic. Do szkoły chodził czysto ubrany.
12 marca, w poniedziałek, Irena jak
zwykle wróciła po pracy do domu. Waldemar K. zapytał ją tajemniczo, czy będzie
w domu a po usłyszeniu, że będzie, gdzieś wyszedł. W międzyczasie do mieszkania
Ireny przyszła jej koleżanka a za chwilę wrócił Waldemar K. wraz ze swoim
kolegą. Wysłali Roberta po wódkę i zaczęli picie. Waldemar po wypiciu kilku
kolejek, rozpoczął awanturę tak głośną, że jego kolega z jej koleżanką, w
pośpiechu opuścili dom. Awantura trwała, sąsiedzi nie reagowali.
13 marca, we wtorek, matka Ireny S.
wyszła ze swojego mieszkania po zakupy. Wiedziała o awanturach, jakie były w
mieszkaniu córki i sama nie wie, dlaczego, około jedenastej postanowiła zajść
do córki i sprawdzić, czy jest ktoś w domu. Weszła na piętro i przed drzwiami
mieszkania Ireny zastała skomlącego psa, którego przygarnął wnuczek. Otworzyła
drzwi do mieszkania. Było cicho. Weszła do kuchni. Nie było nikogo. Zajrzała do
pokoju......... Nie pamięta jak zeszła ze schodów, nie pamięta czy szła szybko
czy też biegła do budynku Komendy w Pruszkowie, głośno krzycząc od wejścia:
„zabici, zabici „. Nikt kobiety nie znał, nie można było wyciągnąć od niej
podstawowej informacji:, kto zabity i gdzie. Po wypiciu szklanki wody, kobieta
podała, że nazywa się Genowefa T. a zabitymi są jej córka Irena S. i jej syn
Robert S.
Szybko pojechano na wskazane miejsce.
Widok, jaki tam zastano, nawet milicjantów wprowadził w osłupienie. W
rozesłanym łóżku, przykryta kołdrą leżała Irena S. z mocno pokrwawioną i
zniekształconą twarzą. Na pościeli, pod łóżkiem, widać było rozległe kałuże
krwi. Obok niej leżał mężczyzna z zamkniętymi oczami, miarowo oddychający. Na
podłodze, za łóżkiem, przy pochlapanej krwią ścianie leżało martwe dziecko.
Irena i jej syn byli martwi. Żywym był tylko Waldemar K.
Na suficie, w miejscu zdjętego
żyrandola zwisała pętla zrobiona z przewodu elektrycznego.
- To dla
mnie – wskazał pętlę Waldemar, K. gdy wyprowadzano go z mieszkania.
czwartek, 28 listopada 2013
Mord
w melinie
Miasto pustoszało, tylko na niektórych
przystankach czekali jeszcze spóźnieni przechodnie. Była niedziela.
Prawdopodobnie wszystko odbyło się tak...
Pruszkowskie knajpy były już
pozamykane. Do parterowego budynku przy ul. Bolesława Prusa podszedł mężczyzna
w średnim wieku, rozpięty, ponieważ grzał go wypity alkohol. Zastukał w okno i
czekał. Zauważył w przyćmionym świetle pokoju, poruszającą się starszą kobietę.
Kobieta po woli podeszła do okna, uchyliła firankę i wyjrzała na zewnątrz.
-
Czego – zapytała.
-
Ciotka, daj butelkę – odpowiedział mężczyzna.
-
Czekaj – powiedziała „ciotka” i powoli poszła w głąb mieszkania.
Podeszła do podwójnych drzwi,
otworzyła je i kazała gościowi wejść do środka. Był jej znany z widzenia i nie
obawiała się z jego strony żadnej napaści. Zapytała tylko ile chce alkoholu.
Powiedział, że ma tylko na jedna butelkę. „Ciotka” odwróciła się od niego i
zaczęła iść w stronę pokoju. Nagle poczuła mocne uderzenie w głowę i prawie
straciła przytomność. Padła na podłogę, ale jeszcze siłą woli chciała wstać. W
tym momencie zacisnęło się wokół jej gardła coś miękkiego i już przestała czuć
cokolwiek.
*
* *
W poniedziałek, 19 grudnia 1983 roku
około godziny 9,00 syn „ciotki” przechodząc obok jej domu, zobaczył
niedomknięte drzwi do mieszkania. Zaniepokojony wszedł szybko do środka. W
kuchni panował nawet porządek, natomiast, gdy wszedł do pokoju, zobaczył matkę
leżącą na podłodze przyrzuconą wyrzuconymi z szafy ubraniami. Nie dotykając
niczego powiadomił milicję.
Tej samej nocy z 18 na 19 grudnia
około północy, po przeciwległej stronie ulicy Bolesława Prusa, dokonano
włamania do restauracji „Popularna” poprzez wyrwanie krat od zaplecza. Sprawcy
weszli do środka i opróżnili na miejscu kilka skrzynek alkoholu.
W mieszkaniu „ciotki” znaleziono wiele
śladów świadczących o tym, że właścicielka od dłuższego czasu prowadziła
„melinę” sprzedając wódkę i wino. Sprzedawała oczywiście drożej niż kupowała w
sklepie. W dni przedświąteczne zwiększała swoje zaopatrzenie znając potrzeby
klienteli. Sprzedawała każdemu, kto zapukał do jej okna. Wpuszczała do domu
tylko znajomych, często kupujących u niej alkohol.
Na miejscu włamania do restauracji
Popularna znaleziono wiele śladów wskazujących na to, że sprawcy byli ogromnie
spragnieni alkoholu. Niedopite resztki w butelkach, chaotycznie zabierane
butelki z bufetu wskazywały, że sprawcy byli w niezwykłej potrzebie.
W tym czasie sprawców obu wydarzeń nie
ustalono, ale obecnie, gdy po ustaleniu DNA każdego osobnika można bezbłędnie
wskazać, kto był na melinie i kto zapijał się w restauracji, ustalenie sprawców
nie będzie już tak trudne.
środa, 27 listopada 2013
Gluty
Kierownik przyszedł do pracy i się
zdziwił. Wczoraj zostawił wszystko w porządku, pozamykane a rano stwierdził, że
mu się włamano do pomieszczeń warsztatowych. Zdziwienie było bardzo duże, więc
zadzwonił do milicji. Milicja się nie zdziwiła. Nie, dlatego, że przyzwyczaili
się do najróżniejszych zgłoszeń, tylko, dlatego, że pomieszczenia z narzędziami
i magazynek narzędzi nie były w ogóle pilnowane. I to od dłuższego czasu. Od
dłuższego czasu były tez włamania do tych pomieszczeń, ale na szczęście
instytucje energetyczne są tak bogate, że na miejsce kradzionych narzędzi,
natychmiast kupowano nowe. Może to i dobrze, bo w ten sposób odmładzano zestaw
niezbędnych narzędzi, które i tak by się zużyły i trzeba by było je złomować.
Budynek narzędziowni z dala straszy
powybijanymi szybami w oknach i nie naruszonymi kratami okiennymi. Drzwi do
budynku kierownik zastał otwarte. Najwięcej kłopotów przysparzało kierownikowi
ustalenie, jak sprawcy dostali się do środka. Przekonywał milicjantów, ze
sprawcy dostali się poprzez otwarcie dwóch zamków „Yalle”, zamontowanych przy
niezbyt solidnych drzwiach. Przekonanie to również udzieliło się również
pracownikom tejże narzędziowni. Dla zademonstrowania, że sprawcy nie mogli się
dostać inną drogą, pracownicy narzędziowni, jeden przez drugiego usiłowali
przecisnąć się przez szczelinę czternastocentymetrową, powstałą między oknem a
kratą okienną. Przez szczelinę przechodziło wszystko, tylko nie głowa. Ponieważ
wszyscy z próbujących mieli głowy słusznej wielkości, szukano po zakładzie
człowieka z płaską głową. Ale nie znaleziono. Dlatego też – argumentowano –
musieli otworzyć zamki. Ale w zamkach nie było śladów grzebania, tylko ślad
oryginalnego klucza. Milicjanci, ludzie z doświadczeniem, wysłuchali wszystkich
przedstawionych wariantów i byliby skłonni wierzyć, gdyby nie powybijane szyby
w oknach. Tego nikt złośliwie raczej nie zrobił. Zrobił to raczej celowo.
Mówi się, że głupi ma szczęście.
Sławomir Z. szczęścia nie miał, ale nie znaczy to, ze był mądry. Sławomir jest
najstarszy z rodzeństwa i ma już siedemnaście lat, skończone, co przy każdej
okazji mocno akcentuje. Szczęśliwie przebrnął przez szkołę podstawową i
stwierdził, że wyedukował się dostatecznie. Podobnego zdania była jego matka.
Uważała, że po tak ciężkiej nauce powinien odpocząć parę lat, przygotowując się
do trudów życia i kiedyś tam, do założenia własnej rodziny. Na razie ma rodzinę
w domu i ta właśnie rodzina powinna go utrzymać. I utrzymywała. Wcale nieźle.
Kiedy pytano go o źródło utrzymania, odpowiadał z dumą, że jest na utrzymaniu
mamusi.
Sławomir miał kolegów. Starszych i
młodszych od siebie. Jako, że sam nie był za mądry, więc nie otaczał się
kolegami mądrzejszymi od siebie. Marian C. miał już całe dziewiętnaście lat.
Zdobył nawet zawód. Pracował w PKS-ie jako mechanik, oczywiście samochodowy.
Wybrał ten zawód, ponieważ widział w nim przyszłość.
Robert G. nie miał jeszcze skończonych
szesnastu lat, ale zaszedł najdalej. Był uczniem pierwszej klasy szkoły
zawodowej i właściwie czuł się już uczniem drugiej klasy, gdyż w domu miał
cenzurkę z promocją. W domu też miał rygor. Wolno mu było przebywać z kolegami
do oznaczonej godziny, gdy się spóźnił, dostawał lanie. I to tęgie. Dlatego
wolał się nie spóźniać. Z racji pobytu w szkole zawodowej, uważał, że posiada
największą wiedzę, to zaś winno wystarczyć do budowania autorytetu w grupie.
Nie podzielał takiego poglądu Sławomir, dlatego też Robert dosyć często brał
cięgi od kolegi i pomimo wewnętrznego buntu, podporządkowywał się Sławkowi. Wprawdzie
szukał oparcia w swoim rówieśniku Sylwestrze, R. ale zdawał sobie sprawę, że
stoi na pozycji straconej. Sławomir Z. liczył się tylko z Sylwestrem, który
podobnie jak Sławomir, nie uczył się nigdzie, nie pracował i miał, najogólniej
mówiąc obojętny stosunek do świata. Niekiedy określał dosadniej, na czym ten
jego stosunek polega, ale gdy byli z dziewczynami, słów wulgarnych nie używał.
Był dżentelmenem. Nawet, gdy dziewczynom majtki pozabierali robiąc ogląd, która
ma najbardziej obrośniętą, Sylwester majtki pozbierał, oddał, umówił się z
jedną z nich na dzień następny. Z Sylwestrem liczyli się wszyscy, bo był
fachowcem. I to dużego rozmiaru. Zawsze fascynowało go strzelanie. Pistolety
widział tylko na filmach, albo, gdy któryś ze starszych kolegów „wykołował”
straszaka. Próbował strzelać z łuku, ale były z tym same kłopoty. Nie mógł
dopasować kijka do cięciwy. Kijki pękały. Znalazł broń inną. Popularną procę.
Pamiętał jeszcze z nauki religii, że Dawid pokonał procą Goliata. Postanowił
zostać Dawidem.
Radosna czwórka nudziła się okropnie.
Wymyślali różne zabawy. Kiedyś jeden z nich dojrzał, że niedaleko miejsca gdzie
spotykają się, w szczerym niemalże polu, stoją za siatką metalową z dziurami
tak dużymi, że słoń by się zmieścił, duże metalowe urządzenie z metalową
obudową i szklanymi wskaźnikami, w których pływają fajne kulki, nadające się do
procy. Tak ocenił Sylwester.
Teraz trudno ustalić, który z nich
pierwszy wpadł na pomysł, faktem jest, że przystąpiono do zabawy. Weszli na
teren magazynu, gdy nikogo już nie było i przystąpili rozgrywania regularnych
zawodów w strzelaniu z procy do elementów szklanych, Zabawa nie trwała długo a
to, dlatego, że elementów szklanych było niewiele. Zawody wygrał oczywiście
Sylwester. Dało mu to pewną satysfakcję, ale nie na długo. Sylwester czuł
nieodpartą chęć wybijania szyb. Gdy byli na łące i strzelali z proc do
przelatujących ptaków, przypomniał sobie, że nieopodal jest budynek z
warsztatami Elektrowni, w którym jest bardzo dużo okien z szybami. Rozbawionej
grupie nie trzeba było dwa razy powtarzać.
Na początku lipca, w upalne popołudnie
udali się pod wspomniane warsztaty, zaopatrując się w proce i różnej wielkości
kamienie. Wprawdzie najlepsze do tego były kulki, jakie wyjmowano z urządzeń
rozbijanych na placu magazynowym. W czasie wielkiej zabawy nie przypuszczali,
że pójdzie im tak sprawnie. Udało im się wybić wszystkie szyby w rekordowo
krótkim czasie. Gdyby w tym czasie organizowano zawody w strzelaniu z procy,
cała czwórka miałaby szansę zająć pierwsze cztery miejsca. Na razie........ ich
szanse wzrosły do zajęcia nie punktowanych miejsc na ławie oskarżonych.
Gdy już powybijali szyby, zobaczyli,
że w narzędziowni leżą różne narzędzia, porzucone przez robotników tak, jakby
nie były im już potrzebne. Ocenili, że im narzędzia na pewno by się przydały.
Popatrzyli prze kraty na wszystkie pomieszczenia i poszli się naradzić, jak
dobrać się do środka. Ponieważ obrady trwały dość długo i nie było
jednomyślności, wejście do srodka odłożono do dnia następnego, wychodząc, ze
słusznego założenia, że zanim w okna wprawią szyby, upłynie sporo czasu.
Widzieli wprawdzie dnia następnego jak w godzinach rannych podjechał radiowóz,
jak milicjanci oglądali zniszczenia. Jeden z chłopaków był tak blisko budynku,
że słyszał jak milicjant mówił do kierownika, aby szybko zabezpieczyli okna.
Chłopcy przeżyli już kilkanaście lat
na tym świecie i wiedzieli, że zanim ktokolwiek do czegoś się weźmie, musi
upłynąć wiele czasu, ponieważ każda decyzja powinna być zatwierdzona przez
kogoś wyższego i tak dalej. W domu to, co innego, każdy zabezpiecza swoje, ale
na państwowym?
Przewidywania młodzieży sprawdziły
się. Po południu mogli spokojnie przystąpić do nakreślonego wcześniej planu.
Poczekali aż się ściemni i w całym składzie podeszli pod warsztaty. Dla
upewnienia się czy nikt nie pilnuje niezabezpieczonych pomieszczeń, strzeli
parę razy z procy, a ponieważ nikt nie pokazał się podeszli do okien. W oknach
szyb już nie było, ale były kraty. Pomiędzy kratą a ścianą była niewielka,
kilkunastocentymetrowa przerwa. Próbowali jeden przez drugiego wejść do środka,
ale żadnemu z nich nie przechodziła głowa. W tym właśnie momencie Slawomir Z. w
pomysłach okazał się nie oceniony. Przypomniał wszystkim, że ma rodzeństwo, a
szczególnie to, że ma brata.
-
No to co – krzyknął Sylwester R. – ja też mam brata.
-
Ale – stwierdził Sławomir – ja mam brata z małą głową.
Popatrzyli na niego a niemałym
podziwem. Rzeczywiście, to jest myśl. Sławomir wyciągnął braciszka lat siedem,
z łóżka i kazał mu iść ze sobą. Brat, jak to brat. Nie bardzo chciał się wlec,
ale jak mu powiedziano, jaką rolę miał pełnić, popędził zachwycony. Stanął
przed kratą nie wierząc we własne możliwości, ale jak przymierzono jego głowę
do prześwitu kraty, od razu zrozumiał, że wejść musi. Pomagali mu wszyscy przy
wchodzeniu osłaniając uszy, aby nie zostały przy kracie. Chwila skupienia i już
Janusz Z. był wewnątrz. Teraz poszło jak po maśle. Otworzył drzwi wejściowe od
wewnątrz i wszyscy uszczęśliwieni wpadli do środka.
Penetracja narzędziowni niestety,
rozczarowała ich. Było trochę narzędzi, ale nie starczyło dla wszystkich.
Rozejrzeli się dokładnie i zobaczyli prowadzące do jakiegoś pomieszczenia. Na
szczęście łom leżał w pobliżu na podłodze, uporali się natychmiast z drzwiami i
słabym zamkiem i weszli do środka. Tak, to było to, po co tu przyszli. Był to
magazyn różnych narzędzi, nawet bardzo specjalistycznych. Chłopcy brali
wszystko, jak leci, ale tylko te z górnej półki.
Jak było do przewidzenia, milicja
wpadła na ich ślad? Jak wpadła? Zostawmy ten element w milczeniu, aby nie
doszkalać młodzieży i nie uczyć jej, czego należy unikać, aby nie wpaść w łapy
„psów”. Najlepiej nie brać się do kradzieży, wówczas młodzież będzie spokojna,
bez stresów.
Zatrzymanie poszczególnych chłopców
nie nastręczało trudności. Trudności wystąpiły wówczas, gdy rozpoczęto
poszukiwanie skradzionych przedmiotów. Robert G. najbardziej technicznie
wykształcony, oddał przechowywane w domu klucze monterskie, wiertarki,
narzynki, radio i inne przedmioty, jakie poutykał po kątach. Nie wszystko
jednak miał w domu. Część większych przedmiotów ukrył w pobliskich krzakach do
czasu, gdy miał przenosić je do bardziej przemyślnej skrytki. W domu lano go za
spóźnienia, natomiast nie zadano sobie trudu zapytania, skąd ma przedmioty,
jakie wieczorem przyniósł do domu. Rober G. pretendent do roli przywódcy
nieformalnej grupy, w czasie przesłuchania prowadzonego przez miłą panią
inspektor łkał rzewnymi łzami, że nie chce iść do poprawczaka.
Sławomir Z. chciał iść do poprawczaka,
ale nie mógł. Idąc na włamanie zapomniał o tym, że niedawno skończył
siedemnaście lat i odpowiada już jako dorosły. Wprawdzie Sławomir uzasadniał
kradzież, życiowo tłumacząc;
-
Mamusi dawno skończyły się pieniądze i potrzebowaliśmy na życie dla tak licznej
rodziny a ja niestety też już nie miałem - przy czym nie wspomniał jak zarobił
te pieniądze.
Prawdę mówiąc, to właśnie Sławomir Z.
okazał się najbardziej obrotny z całego towarzystwa, ponieważ z warsztatów
wyniósł różne narzędzia ukrywając je bardzo dobrze. Zabrał również i spawarkę,
którą po drodze „opylił” mieszkającemu niedaleko Zygmuntowi W.
Był to duży niedowiarek. Z początku
nie wierzył, że milicjanci, to milicjanci. Wymagał od nich uwiarygodnienia. Gdy
zawieźli go do Komendy, nie wierzył, że jest w Komendzie. Uwierzył, gdy
zamknięto go w areszcie z dwoma pijakami.
-
Ależ panowie – wrzeszczał na całe gardło – pomylić się nie można?
Gdy uwierzył, dał znać profosowi w
areszcie, że teraz to on może spawarkę oddać. Ale teraz to milicjanci nie mieli
czasu. Spawarkę odebrano później. Sławomir Z. rozliczając się z zabranych
innych narzędzi wskazywał coraz to nowe osoby, korzystające z okazji. Kupowali
jakby na wyprzedaży. Pieniądze uzyskane ze sprzedanych narzędzi, Sławomir Z.
oddał swojej mamie. Nie wszystkie wprawdzie, ale obdzielił pozostałych po
równo, nie zapominając również o swoim bracie Januszu Z. Mamuśka Sławomira Z.
była nie pocieszona.
-
I co on takiego zrobił? – Wykrzykiwała, – że pomógł kolegom i sam przy okazji
zarobił?
-
Ano właśnie za to – odpowiedziała miła pani inspektor.
Subskrybuj:
Posty (Atom)