poniedziałek, 30 września 2013

Dylematy Pana Ryszarda D.


Tego jeszcze nie było – powiedział Komendant pruszkowskiej Milicji, czytając materiały z zatrzymania Ryszarda D. - pomawiano milicję o brutalność, pomawiano o brak zrozumienia dla zachowań antyspołecznych młodych zbuntowanych chuliganów, ale żeby milicja wrzucała ludzi do sklepów przez szklane szyby?
A jednak. Ryszard D. skończył wprawdzie tylko szkołę podstawową, ale przebywając do pełnoletności wśród swoich rówieśników na ulicach Pruszkowa, uzyskał tyle wiedzy, że żadne studia nie mogły się z tym równać. A pomysły miał przednie i wesołe. Któregoś dnia siedzieli na werandzie u swojego kumpla Edwarda W., popijając różne trunki, od piwa, poprzez wino, koktajle wymyślne a skończyli na spirytusie który Edward kupił w kiosku. Piło się lekko i przyjemnie, może za mocno paliło w gardło. Posiedzieli jeszcze chwilę, zjedli do końca przyniesioną zagrychę i zastanawiali się, czy u „ciotki” jest jeszcze otwarte. Ryszard miał w kieszeni parę groszy, ale jak przeliczył, wyszło mu, że do „ciotki” nie ma, co chodzić, bo „ciotka” na krechę nie daje. Pomyślał jeszcze chwilę, przeprosił towarzystwo, obiecując, że za kilkanaście minut będzie z powrotem, wyszedł z domu.
Niedaleko był sklep ogólno spożywczy, oszklony i oświetlony w nocy. Ryszard obszedł go dookoła, sprawdzając, czy nie widać jakiegoś anioła stróża, następnie wziął szmatkę z zawiniętym w niej kamieniem i mocno uderzył w szybę. Szyba poleciała. Wszedł szybko do środka i po odnalezieniu kontaktów, wyłączył światła w całym sklepie. Do zabranych ze sobą toreb zaczął pakować towar. W jedną kładł napoje alkoholowe a w drugą wędlinę, pieczywo i masło. Z tak przygotowanymi torbami już podchodził do dziury, gdy zobaczył, że pod dziurę podeszli milicjanci spoglądający i świecący latarkami do środka. Położył się za stoiskiem i postanowił przeczekać sprawdzanie, mając nadzieję, że milicjanci odjadą z miejsca, chociaż na chwilę.
Milicjanci zdziwieni, że w sklepie z jakiegoś powodu zgasło światło, podjechali sprawdzić. Świecili latarkami do środka i wtedy zobaczyli, że na podłodze, za stoiskiem wędlin wystają czyjeś nogi. Popatrzyli chwilę, po czym jeden z nich został przy dziurze a drugi podszedł do radiowozu skonsultować się z oficerem dyżurnym. Dyżurny polecił nie wchodzić do środka tylko zaczekać na wsparcie. Po chwili przyjechał drugi radiowóz przywożąc ze sobą kierowniczkę sklepu. Dwóch z nich pozostało przy dziurze i dwóch poszło z kierowniczką. Weszli do środka, zapalili światło i przy stoisku z wędlinami zobaczyli leżącego na podłodze Ryszarda D., głośno chrapiącego, obok niego stały dwie torby z różnym towarem przygotowanym do wyniesienia.
Ryszard D. nie mógł zaprzeczać, że był w sklepie i przygotowywał torby do wyniesienia, bo tak go zastała kierowniczka sklepu z milicjantami, ale co do wejścia do sklepu to miał własną wersję. Opowiedział w Komendzie, że w sklepie znalazł się przypadkiem. Po prostu wrzucili go milicjanci. Ryszard sobie szedł w nocy ulicą, na której znajduje się sklep, nie patrzył na zegarek, ale na pewno to było już po północy, gdy przy nim, stojącym właśnie przy tym sklepie zatrzymał się radiowóz, wyszli z niego milicjanci, złapali Ryszarda za ręce i nogi i poprzez szybę wrzucili go do środka. Powiedzieli mu, że robią to specjalnie za jego złe zachowanie i chcą zamknąć go w więzieniu. Będąc już w sklepie, zdał sobie sprawę, że i tak będzie na niego, dlatego w torby, które miał ze sobą naładował różnego towaru.
Komendant się zastanawiał, prokurator rozważał czy nie ma w tym ziarna prawdy, jedynie Sąd stanął na wysokości zadania nie dając wiary tłumaczeniom Ryszarda D., bowiem brak obrażeń zewnętrznych, noszenie ze sobą toreb w które napakowano towaru oraz kamień w szmacie ze śladami Ryszarda, świadczyły o przygotowaniu do dokonania włamania. Dostał odsiadkę bez zawiasów.

niedziela, 29 września 2013

Wizyta św. Mikołaja.


          Andrzej T. po wyjściu z „klasztoru” / żargonowe określenie miejsca odosobnienia/, czuł się źle, był wyraźnie niedożywiony. Konkubina, Joasia, starała się jak mogła. Pitrasiła Adrzejowi, co tylko wypatrzyła na bazarze, ale nie mogła mu dogodzić w smaku. Andrzejowi marzyło się coś lekkiego, jakiś rosołek z kury i kura na przykład, w sosie grzybowym, albo jeszcze lepiej, kura lekko podgotowana i później pieczona w piekarniku, obsypana rodzynkami, migdałami lub innymi bakaliami. Marzyło mu się niestety tylko we śnie.
          Gorzej było na jawie. Bo skąd wziąć kuraka. Aby kupić w sklepie trzeba mieć pieniądze, kartkę mięsną i trochę szczęścia. Na bazarze już łatwiej, nie trzeba kartki, ale muszą być pieniądze. Andrzej nie miał niczego poza marzeniami.
          Styczniowej nocy, gdy marzenia zaczęły kuć żołądek niczym kolka wątrobowa, Andrzej przypomniał sobie, że w sąsiedztwie jego starego miejsca zamieszkania, znienawidzona sąsiadka zagarnia codziennie do kurnika, stado kur i kilka kogutów.
          Poczekał o głodzie do późnej nocy, zabrał mały łom, zarzucił worek na plecy i poszedł sprawdzić, czy sąsiadka już śpi. Widząc, że sąsiadka ma zgaszone światło w oknach, zaczął realizować swoje marzenia. Łomem ukręcił kłódkę i po wejściu do kurnika, po omacku zaczął ładować wrzeszczące kury do swojego worka. Wypełniwszy go do połowy, zarzucił na plecy i poganiany wrzaskiem kur, szybko biegnąc zatrzymał się przed drzwiami swojego kompana Józefa K.
Józiowi jak przyjacielowi, zwierzał się ze swoich marzeń i teraz postanowił je zrealizować. Była już północ, gdy zapukał do drzwi domu Józefa, zdyszany niesionym ciężarem.
- Rany – krzyknął Józio po otwarciu drzwi – Mikołaja odstawiasz czy co? – Nie Mikołaja, tylko szykuj gary – szeptem wypowiedział Andrzej – mam kuraki – dodał.
          Dopiero teraz spokojnie otworzyli worek i zobaczyli, że jest sześć kurek i jeden kogut.
- Dawaj koguta – zadecydował Andrzej.
- To może i kurkę, będzie im raźniej – dodał Józio oblizując się obleśnie.
- Będzie – zdecydował Andrzej i przystąpili obaj do oprawiania.
          Nad ranem, gdy podjedli solidnie ogryzając ostatnie kosteczki, do mieszkania ktoś zapukał.
- Kogo licho niesie – zapytał Józio idąc do drzwi mieszkania – czyżby następny Mikołaj?
- Nie Mikołaj, nie Mikołaj, dzielnicowy, otwieraj.
          Józef drzwi otworzył. Nie miał innego wyjścia. Tym bardziej, że z wnętrza worka leżącego koło szafy dochodziło nerwowe gdakanie pozostałych kur.
          Na rozprawie w Sądzie spór toczono zawzięcie o wagę każdego kuraka. Andrzej i Józio udowadniali, że kuraki były bardzo chude, żylaste, że niewiele mieli z nich pożytku. Właścicielka natomiast stała na stanowisku, że dokarmiała je dobrze i swoją wagę miały i właśnie kogut był najdorodniejszy.
- Kogut – dziwił się Józio – to był kogucik, na którego nawet spojrzeć nie chciałem.
- Ale zjadłeś – replikowała właścicielka wzdychając przy tym – miałam ci ja koguta, ale dranie go zjedli.

          Sąd jednak doszedł do wniosku, że kury swoją wagę miały, wartość też i skazał biesiadników, wprawdzie nie po równo, ale powinno ich to na jakiś czas wyleczyć z niestrawnych marzeń.

sobota, 28 września 2013

GOLONO CZY STRZYŻONO?


W sławnym sporze – golono czy strzyżono, nie wygrał nikt. Nie było wygranych, nie było zwyciężonych. Ale w naszym przypadku Grażyna P. stanęła przed dylematem – czy ją ogolono czy też ostrzyżono. Sama tego nie mogła rozstrzygnąć, więc w chwili załamania zwróciła się o pomoc do dzielnicowego.
          Zaczęło się jak w kiepskim brukowcu. Grażyna P., dziewczyna młoda, żądna przygód, nie zważając na reputację rodzinną w swoim mieście pojechała do krewnych, mieszkających na południu Polski, korzystając z zaproszenia weselnego.
          Młoda krew pobudzona młodym winem spowodowała, że Grażyna zatraciła granicę między dobrem a złem. Bawiąc się na weselnym przyjęciu, poznała niemłodego wprawdzie, ale trzymającego się zupełnie nieźle mężczyznę, który to dostrzegając diabelskie ogniki w dużych oczach Grażyny, przedstawił się jej stawiając nacisk na to, że jest księdzem. Poruszony jej nie powszechną urodą i puszystą figurą, obiecał jej pomoc w wybraniu właściwej drogi życia. Jakby ją wyczuł.
          Grażyna była nie od tego i ponieważ nie mogła się zdecydować, w którą drogę ma się skierować, stojąc na rozstaju dróg, przyjęła propozycję księdza dając do zrozumienia, że będzie pojętną uczennicą.
          Aby nie odciągać na zbyt długi okres momentu rozpoczęcia nauk, Grażyna wraz ze świeżo poznanym księdzem udali się szybciutko do jego parafii.
          Być może zdolności pedagogiczne poznanego mężczyzny nie dorównywały jego słowom, gdyż nie douczona Grażyna nad samym ranem nie czekając już świtu, wyniosła się z domu księdza wraz ze znalezionymi pieniędzmi w ilości jak na owe czasy niebagatelnej, około półtora miliona złotych.
          Grażyna z tak pokaźną ilością gotówki przeniosła się natychmiast do innego miasta, pozostawiając zmartwionego amanta na łasce losu. Trzeba przyznać lojalnie, że Grażyna miała gest. W niecałe kilka miesięcy ze skradzionych pieniędzy zostały jej resztki i nękające ją obawy przed odpowiedzialnością karną. Resztki wydała, co do grosza a odpowiedzialności nie dało się uniknąć. Ręka ludzkiej sprawiedliwości dotknęła ją, gdy wychodziła z następnym amantem z wesela urządzonego w przepięknym hotelu. Ksiądz obecny na rozprawie karnej wybaczył zbłąkanej owieczce, obiecując modlitwy za jej nawrócenie.

 Inaczej postąpił sąd. Potraktował Grażynę po ojcowsku, dając jej trzy lata na przemyślenie własnych błędów. Niestety, były to trzy lata zmarnowane. Zmarnowane, patrząc na nie z punktu widzenia potrzeb resocjalizacji, natomiast dla Grażyny były to lata wytężonej pracy samokształceniowej w najstarszej profesji świata. Grażyna ćwiczyła techniki. Przydało się po wyjściu z zakładu karnego.
          Po wyjściu z więzienia wróciła do rodzinnego miasta. Miała trudności z dostaniem się do ‘branży”, dlatego postanowiła obejść wszelkie zakazy obowiązujące w światku branżowym. Poznała miłego taksówkarza przekonując go do siebie starym sposobem. Dała mu próbkę własnych możliwości. W ten sposób wszyscy coś dostali.
          Grażyna uzyskała dojście do łatwego klienta, taksówkarz dostał za darmo to, za co inni muszą płacić, aha, ale jeszcze dostał coś, za co i on musiał zapłacić. Zapłacić za wizytę u wstydliwego lekarza.
          Grażyna brylowała. Wszędzie było jej pełno, brała życie pełnymi rękami i rozdawała ochoczo to, co miała najgorszego. Była chora.
          Na jednej z melin poznała Mariana K., stałego bywalca nie tylko melin, znanego w środowisku pruszkowskim jako oblatywacza. Nazwano go tak, dlatego, że jak tylko zauważył nową dziewczynę latał wokół niej tak długo, aż nie siadł na niej i nie rozpoczynał etap sprawdzania.
          Na Grażynie zrobił bardzo dobre wrażenie, przedstawiając się jako bogaty rozwodnik, o czym nie wiedziała jeszcze jego żona. Marian obiecał Grażynie, że zajmie się nią jak nikt inny. I słowa dotrzymał.
          Zajmował się Grażyną regularnie, poświęcając jej więcej czasu niż swej żonie. Przyjmował ją u siebie w godzinach przedpołudniowych, natomiast w godzinach wieczornych starał się ją ukryć w starej pralni na strychu, którą wspólnie z Kaziem Górskim wyszykowali dla własnych potrzeb. Czego baba nie widzi to i sercu nie żal – mieli takie swoje motto. Dlatego Grażynkę ukrywał przed swoimi znajomymi zamykając ją w pralni, a w godzinach rannych zabierał ją do domu, gdy żona poszła do pracy.
          Grażynka też była zadowolona, bo i kąt do spania miała nie zły, było to duże dwuosobowe łoże, jedzenie też miała dosyć a i dorabiała na boku, gdy Marian zapomniał pralnię zamknąć na kłódkę. Brak jej było jedynie tych głośnych zabaw jak zdarzały się na różnych weselach. Któryś z kolejnych klientów ujętych jej westchnieniami do pięknej muzyki, przyniósł z domu zupełnie niezłe radio, ale Marian, gdy zauważył, że Grażynka zaczyna się od niego coraz bardziej uniezależniać, zaczął się robić coraz bardziej zazdrosny. Był wprawdzie zaślepiony tą nową miłością, ale na zdradę zareagował nie tak jak Grażynka się spodziewała. Był okrutny.
          W ataku zazdrości sponiewierał Grażynkę już ostatni raz i to tak mocno, że Grażynka prawie nie wyzionęła ducha, rzucił ją nagą na łóżko, po czym nawet bez namydlenia złapał maszynkę do golenia z tępą żyletką sprzed kilku lat i ogolił jej w pionie pół cipy. Po goleniu jeszcze ze dwa razy skonsumował, nie dezynfekował cipy tylko wypił do dna z przyniesionej butelki i zasnął zmęczony, snem zaspokojonego.
          Grażynka skorzystała z okazji, zabrała z jego kieszeni pieniądze, jakie miał jeszcze przy sobie, ubrała się i zniknęła z tego pomieszczenia. Poszła na inną melinę, odczekać, aż odrosną włosy.
          Trzeba trafu, że dzielnicowy doręczając mieszkańcom zaproszenia do spotkań na terenie Komendy, zauważył Grażynkę, która po wyjściu z Zakładu Karnego nie zgłosiła swojego powrotu. Dzielnicowy ucieszył się niezmiernie, bo Grażynki poszukiwał również taksówkarz, który ostatnie zaskórniaki zostawić musiał u cichego doktora, poszukiwał ją Marian, któremu zabrała ostatnie uczciwie zabrane swojej żonie pieniądze w niemałej kwocie, poszukiwał ją również Kazio, wspólnik Mariana od pralni, który domagał się odpowiedzi na pytanie, – dlaczego go tak swędzi to, czego pani Grażynka używała bardzo często.
A Grażynka? Była po prostu już spokojna. Dla niej w tej chwili nie było ważne czy ją golono czy strzyżono, wiedziała, że ma dużo czasu, aby wszystko równo odrosło. 

czwartek, 26 września 2013

Nie umiemy uczyć się na błędach innych narodów.

         
Nastał rok przełomu, gdy „władza komunistyczna” podzieliła się władzą, udostępniając nowym wybrańcom, dostęp do bezpośredniego kierowania różnymi dziedzinami życia społecznego. Do władzy rwał się kto żyw, kto szybciej lub dobitniej ośmielał się dokopywać „komuchom”. Patrzyłem z dużym zdziwieniem na zabiegi niektórych ludzi, wyrosłych na piersi tej „komuny”, obrzucających ją błotem, nie dziękując chociażby za to, że ich bezpłatnie wykształciła.
          Modne stały się weryfikacje. W każdym większym mieście tworzono grupy ludzi, z dorobkiem opozycyjnym, mającym orzekać w komisjach o tym, czy dana osoba może pozostać na stanowisku, czy na to zasługuje i czy będzie realizowała wytyczne nowych komisji, czerpiących wiedzę z wytycznych komisji regionalnych.
          Obserwując zjawiska pojawiające się na scenie politycznej, przenoszone później do samorządów miejskich i gminnych, przypominała mi się rewolucja kulturalna w Chinach, zainicjowana przez Mao Zedonga, powracającego do władzy w maju tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego roku. Rozpoczął w końcu maja 1966 r. od utworzenia „Czerwonej Gwardii”. Był to faktyczny początek rewolucji mającej na celu usunięcie wszystkich starych działaczy i stworzenie „komun wiejskich” na wzór grup plemiennych wspólnoty pierwotnej. Członkowie „Czerwonej Gwardii” zwani hunwejbiniami, wywodzili się z ośrodków studenckich i robotniczych, byli ludźmi wykształconymi. Mimo wykształcenia, szkód w stosunkach społecznych narobiono dużo. Rewolucję zakończono trzy lata później a faktycznie trwała ona do października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku. Jeszcze cztery lata trwały przepychanki na stanowiskach przywódczych, po procesie „bandy czworga”. Dopiero w roku osiemdziesiątym przystąpiono do normalizowania życia społecznego, usuwania skutków spowodowanych przez zwolenników Mao. Niewielu przywódców różnych ugrupowań rewolucyjnych, umiało wyciągnąć wnioski dla swojego ruchu, ze skutków „Rewolucji Kulturalnej” w Chinach. Okazało, że każdy kraj przechodzi przemiany takie, na jakie go stać. W Chile, zamordowano wybranego w demokratycznych wyborach lewicowego polityka Salvadora Allende i gen. Augusto Pinochet wyszedł na bohatera narodowego / uznanego również i przez niektórych naszych parlamentarzystów, dziękującym mu za dokonane spustoszenie/, bo jako straszaka w stosunku do społeczeństwa użył zniekształconych haseł lewicy i demokratów, ośmieszając wprowadzenie komunizacji stosunków społecznych, jakie chciał stopniowo wprowadzać prezydent Allende. We Francji, pod koniec rewolucji francuskiej, Georges Danton spuentował zjawisko przemian w rewolucji: „rewolucja jak Saturn, pożera swoje dzieci”.

Na szczęście u nas przebiegło to bardzo łagodnie. Przekazanie władzy następowało stopniowo i ani się nie spostrzegliśmy, gdy Polska wyrwała się z objęć komunizmu i wpadła w objęcia ........... zapomnianego w Polsce, agresywnego kapitalizmu. Miał to być kapitalizm z ludzką twarzą. Po pierwszych zachwytach dokonaną przemianą, termin „kapitalizm” wyeliminowano z publicznych dyskusji. To wstydliwe słowo, przynoszące starszemu pokoleniu drastyczne skojarzenia, znikło z naszego słownika, zanim na dobre w nim zagościło. Dla uspokojenia bezrobotnych, mało zarabiających, mówi się teraz o gospodarce rynkowej, prywatno -rynkowej, a nawet wolno rynkowej, choć wiadomo, że wolny rynek jest tylko teoretyczną koncepcją, a rzeczywisty rynek jest zawsze mniej lub bardziej regulowany. Dla podtrzymania autorytetów znacznej części ludzi zaangażowanych w dokonanie przemian, mówi się o biznesie, o przedsiębiorczości każdego człowieka.
c.d. Melodramatu w Pruszkowie

          Przyszedł przyjaciel ojca, słusznego wzrostu i dużo większych rękach od rączek Adasia. Adaś wprawdzie zaczął coś wypominać, Małgośce, że nie wolno jej było nikogo wpuszczać, ale gdy przyjaciel ojca uderzył Adasia w ucho i zapytał czy mówi o nim, Adaś natychmiast zaprotestował i zaproponował wypić następną kolejkę. Wypili jednym haustem i Adaś obrażony na Małgośkę wyszedł gwałtownie z mieszkania, trzaskając drzwiami.
Za chwilę wpadł do nich zmartwiony szwagier sąsiada, bo zmarł mu rodzony wujek. Nie miał, z kim wypić, popłakać nad losem zmarłego i pocieszyć się jego majątkiem. Wujek mieszkał w domku z ogródkiem i nie miał nikogo bliskiego, który mógłby odziedziczyć po nim majątek, poza żoną szwagra. Szwagier sąsiada z radości łapał się za głowę i starał się majątek przeliczyć na realną gotówkę.
- Ile to będzie pieniędzy, pewnie parę milionów wpadnie do kaski – roztkliwiał się – a jak wpłacę do banku na lokatę to wtedy będę miał sporo forsy, chyba żeby znaleźć lepsze rozwiązanie.
          Małgośce mimo wypitego alkoholu, w głowie błysnęła myśl. Jaka to była myśl to możemy się tylko domyślać bo tego nam już nie powie. Gdy szwagier sąsiada zakończył wyliczanie korzyści, jakie mogą wpaść w jego ręce, Małgośka podniosła się z krzesła i mrugnąwszy do szwagra swym podbitym okiem, poszła do swojego pokoju.
          Szwagier, człowiek pojętny, przeprosił przyjaciela ojca i udał się za Małgośką. Gdy wszedł do jej pokoju, Małgośka była już w łóżku. Moment i szwagier był już u celu, korzystając z nadarzającej się okazji.
          W tym czasie do mieszkania ktoś zadzwonił. Przyjaciel ojca wstał od stołu i lekko się chwiejąc poszedł otworzyć. W drzwiach zobaczył Adasia. Wpuścił go środka i ciągnął go do kuchni, ale Adaś zobaczył, że w kuchni Małgośki nie ma i dlatego ruszył do jej pokoju. Wszedł do środka i stanął jak wryty. Szwagier sąsiada chędożył Małgośkę obłapując ją bardzo mocno.
          Adaś już był zdenerwowany, ale ten widok spowodował, że jak złapał szwagra sąsiada swoimi drobnymi rączkami to uniósł go do góry nad Małgośką, rzucił na podłogę i zaczął go kopać po tyłku i plecach. Szwagier sąsiada zerwał się z podłogi i uciekł z pokoju zostawiając Małgośkę na pastwę Adasia. Przyjaciel ojca i szwagier słysząc dochodzące z pokoju Małgośki głośne wyrzuty czynione przez Adasia, wyszli z mieszkania zabierając ze sobą napoczętą butelkę.
          Adaś zaś cały czas tłumaczył Małgośce, że źle postąpiła idąc ze szwagrem sąsiada do łóżka i nie przyjmował do wiadomości, że szwagier został milionerem. Adaś tłumaczył Małgośce długo i dokładnie, może trochę za mocno, bo w pewnej chwili Małgośka przestała mówić. Adaś nabrawszy przekonania, że Małgośka śpi, położył się obok niej i zasnął snem zmęczonego.
Obudził się nad ranem, ciemno na dworze, ale dotknął, Małgośki. Małgośka nie poruszyła się. Dotknął jej podbrzusza. Było zimne. Adaś otrzeźwiał. Wybiegł do telefonu powiadamiając pogotowie. Lekarz stwierdził zgon.

          Zostało tylko dziecko, które do ostatniego momentu nie zdawało sobie sprawy z tego, co działo się z matką, jej przyjacielem, ciotkami i wujkami. Dziecku powiedziano, że mama jest w szpitalu. 

środa, 25 września 2013

Pruszkowski melodramat przy cichej ulicy.


          Ostatni dzień kwietnia był ostatnim dniem życia Małgorzaty A. Zmarła mając 30 lat. Przeżyła swoje życie na pewno nie w taki sposób jak życzyli sobie rodzice. Była ulubioną córką matki, rozpuszczaną przez ojca, tarmoszoną przez zazdrosnych braci.
          Kiedy wchodziła w życie, wszyscy byli spokojni o jej przyszłość. Mówili – Małgośka da sobie radę w życiu. Gwarancją tego miała być jej uroda. Rzeczywiście, urodę miała nie pospolitą. Była to mieszanka południowo – wschodnio – europejska ze wskazaniem na urodę cygańską. Długie, ciemne włosy okalające jasną twarz z wydatnymi policzkami, powodowały, że niejeden chłopak oglądał się za nią, odprowadzając powłóczystymi spojrzeniami.
          Małgośka zdawała sobie sprawę z własnej przewagi nad innymi dziewczynami i gdy inne koleżanki uganiały się za adoratorami, Małgośka tylko wybierała. W każdym chłopaku widziała więcej wad niż zalet i nie mogła się zdecydować na wybór tego jednego.
          Jak w większości takich przypadków bywa, któraś próba wypadła pozytywnie, Małgośka się zapomniała i urodziła syna. Nie wiązała nadziei na dalsze życie z ojcem dziecka, dlatego postanowiła wychować je sama.
          Wychowanie dziecka a szczególnie chłopaka, dla samotnej matki jest niezwykle trudne, dlatego też w pewnym okresie swojego życia, przyjęła pod swój dach przyjaciela jej ojca, który będąc seksualnie obojętny nie zważał na wyskoki Małgośki, natomiast pomagał jej w prowadzeniu domu i wychowaniu dziecka.
          Małgośka pamiętająca okres własnej prosperity, nie mogła pogodzić się z nagłym odejściem jej wszystkich adoratorów. Swoje żale i smutki wylewała na głowę przyjaciela ojca lub topiła je w alkoholu. Piła dużo i na umór w różnych towarzystwach a najczęściej z sąsiadami, którzy jak ona, opijali swoje przegrane życie. Taką to właśnie Małgośkę poznał Adam S.

          Adam również nie miał życia usłanego różami. Zanim poszedł do wojska, przysparzał dużo kłopotów nie tylko rodzinie, ale i władzy. Nieprzystosowanie do życia spowodowało, że tuż po założeniu munduru zaczęło się demonstrowanie własnej niezależności, ocenione przez Sąd na kilkuletni pobyt w odosobnieniu. Wyrok odsiedział w całości i to bez żadnych demonstracji. Po opuszczeniu więzienia, Adam nie mógł siebie odnaleźć. Zamknął się w sobie, unikał dawnych kolegów, unikał kolegów z więzienia, nie nawiązywał kontaktów z dziewczynami aż rodzina się dziwiła czy w więzieniu nie zboczył z prawdziwej drogi niezależnego mężczyzny. Chodził jak dziki. 
Podjął pracę jako hydraulik w firmie, niedaleko miejsca zamieszkania i pod okiem swojej matki. Matka jednak widziała, że Adaś się męczy przystosowując się do życia. Aż któregoś dnia matka Adama dowiedziała się, że Adaś poznał Małgorzatę.
          Rodzina Małgorzaty liczyła na uspokojenie się dziewczyny i powrotu do normalnego życia, wychowania we właściwej atmosferze dziecka i jednocześnie dania przystani Adamowi.
          Rodzina Adama po zrobieniu wywiadu, nie była zachwycona przyszłą synową, ale ........skoro to ma dać Adamowi przystań i gwarancję powrotu do normalnego życia, w ostateczności zgodzono się na taki związek. Po cichu rodzina Adama liczyła, że jeśli odwlecze jego decyzję o ślubie, to może Adam się namyśli i nie będzie chciał .... takiej ... żony.
Znali się już prawie cztery miesiące, nie jedną butelkę opróżnili i Adam nadal nie wiedział, jaki stosunek ma do niego Małgośka. Sam za kołnierz nie wylewał, ale przerażały go widoki, jakie zastawał, gdy wpadał do niej do domu i zastawał zastawiony stół w kuchni, różnymi butelkami, niewielką zakąską i stałym gronem sąsiadów wraz z przyjacielem ojca. Martwiło go również i to, że nie mógł Małgośki posiąść. Znalazł chwilę czasu, wpadał do niej, gdy była jeszcze sama, wypili po szklaneczce i Adaś już nie mógł. Miał chęci, ale możliwości gdzieś odeszły. To go bardzo martwiło.
          Mimo tego, chciał z Małgośką ożenić się. Widział jej dziecko, bawiące się w pokoju, gdy balowali goście, lub bawiące się na podwórzu, gdy Małgośka była na solówce, to znaczy zostawała sama z gościem w domu. Martwił się, że może Małgośce nie wystarczyć, bo jej potrzebne było towarzystwo, z którym topiła swoje tęsknoty.
          W kwietniu, Małgośka powiedziała Adamowi, że była z nim w ciąży, tylko, że poroniła. Adam początkowo się zdziwił, no, bo jak, on nie mógł jej dopaść i nie pamiętał, aby coś było, ale Małgośka go przekonała, że tak było. W końcu Adaś uwierzył i postanowił zabrać Małgośkę do lekarza na badania.
          Małgośka niby się zgodziła, ale miała opory. Adaś umiejętnie opory przełamał i pojechali. Lekarz spojrzał na Małgośkę, spojrzał na Adasia i powiedział, że nie jest okulistą tylko zna się, na czym innym. Małgośka wytłumaczyła lekarzowi, że chodzi o to, co innego, więc lekarz zajrzał gdzie trzeba i zlecił badania. Adaś wprawdzie nie wiedział, o co chodzi, ale Małgośka wytłumaczyła mu, że pan doktor ją sprawdził i powiedział, że jest wszystko dobrze.
          Z tej radości, gdy wracali do domu Adaś kupił kilka butelek wódki obiecując Małgośce, że się nią zajmie. I zajął się. Na początek wprowadził zakaz wpuszczania do mieszkania Małgośki sąsiadów. Przyłożył Małgośce dwa razy, tak, że padła na podłogę, ale, że rozpoczęli już picie, Małgośka sprawnie podniosła się, powąchała ogórka i zapili następną kolejkę.

wtorek, 24 września 2013

Pułapka. 


Przebijając się przez tłum zalegający cały korytarz, kierowaliśmy się w stronę schodów. W pewnym momencie Tadzio mając ręce uniesione nad głową, machnął ręką w kierunku najbliższych drzwi i krzyknął.
- Tu jest ustęp.
          Tadzio przy machaniu rękoma musiał zawadzić o kok wysokiej, dobrze zbudowanej blondyny, bo ta odwróciła się do Tadzia, purpurowa ze złości i zaczęła go łajać.
- Trzymaj te gałęzie przy sobie bo ludziom oczy powybijasz, ofermo.
          Zauważyłem, że Tadzio chciał coś odpowiedzieć, ale wraz z innymi został odepchnięty na druga stronę korytarza i dał już za wygraną, chociaż nie mógł tego przeboleć, gdy schodziliśmy po schodach do aresztu.
- Widziałeś Zeneczku tą blondynę? Ona do mnie, ofermo. Och, żeby było luźniej to ja bym jej pokazał – odgryzał się nadal wymachując rękami.
          Zejście do aresztu było bezpośrednio przy schodach wyjściowych z Komendy, oddzielone od korytarza masywną kratą obciągniętą siatką drucianą, kiedyś malowaną w kolorze szaro – niebieskim. Po dotarciu do właściwych pomieszczeń aresztu, zobaczyłem kilku mężczyzn spacerujących po korytarzu przed drzwiami cel. Wszyscy byli w butach bez sznurówek i pasków, podtrzymując spadające spodnie i ćmiąc ogarki papierosów.
- Zaczekaj tu Zeneczku – zaseplenił Tadzio i wszedł do pomieszczenia gdzie urzędował dowódca zmiany służby aresztu, zwanej profosem.
           Z drugiego pomieszczenia wyszło dwóch młodych mężczyzn niosąc kocioł i stertę misek, strzeżonych przez dostojnie kroczącego za nimi strażnika spokoju i ładu społecznego, którego brzuch podtrzymywany był paskiem zapiętym na ostatnią dziurkę a i to robione było z dużym wysiłkiem, o czym świadczyły głębokie wcięcia w talii i na plecach.
- Stop – krzyknął pan sierżant i dwóch młodych chłopców postawiło kocioł w kąciku na drewnianej podstawce, naprzeciwko celi numer jeden, przy której Tadzio zostawił mnie i kazał czekać.
- Na co czekasz – zagrzmiał pan sierżant mieszając olbrzymią chochlą w kociołku – bierz miskę.
          Rozejrzałem się, dookoła, bo nie wiedziałem, do kogo pan sierżant się zwraca, ale ponowny okrzyk zdenerwowanego pana sierżanta uprzytomnił mi, że on zwraca się do mnie.
- Ja ..... – nie dokończyłem tłumaczenia się, że przyszedłem z Tadziem, gdy z dyżurki donośnym głosem ktoś krzyknął.

- Do cel. Komendant idzie.
Na to hasło pan sierżant przestał mieszać w kociołku i niczym kwoka zagarniająca swoje pisklęta rozpostarł ręce zagarniając stojących w pobliżu jego, do cel, po czym wyraźnie zmierzając w moim kierunku, zamierzał zamknąć i mnie. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem szybko w stronę dyżurki skąd miał wyjść komendant, gdy z tyłu usłyszałem krzyk.
- Gdzie tam liziesz – grzmiącym głosem gonił mnie pan sierżant i w pewnej chwili poczułem, że jakieś ręce łapią mnie z tyłu mocno za kołnierz marynarki i spodnie w okolicy siedzenia i z olbrzymią siłą pchają w kierunku otwartych drzwi celi numer jeden.
- Tadziu, panie Tadziu – krzyczałem głośno opierając się rękoma i nogami pchającemu mnie panu sierżantowi. Nie doceniałem jednak siły i wagi pana sierżanta, który wobec czynnego oporu takiego tam itd. pomagał sobie kolanem uderzając nicponia – jak łagodnie określił mnie pan sierżant – poniżej siedzenia. Nie dawałem za wygraną i dopchany do drzwi celi zaparłem się rękoma i nogami o futrynę krzyczałem donośnie.
- Panie Tadziu, panie Tadziu, ratuj pan.
- Ja ci dam pana Tadzia – sapał tuż za uchem pan sierżant – a właź ty cholero – dodał napierając na mnie całym swoim ciałem.
          Ręce osłabły i jak piłka wpadłem do celi przewracając się o nogi jednego z zatrzymanych. Miła perspektywa – pomyślałem sobie, przyszedłem pracować a tymczasem zamknięto mnie w celi. Nie dając za wygraną zacząłem głośno walić rękoma w drzwi celi.
- Co tam – usłyszałem głos pana sierżanta.
- Niech pan otworzy, to pomyłka – krzyczałem coraz głośniej – ja przyszedłem z panem Tadziem.
- Ja ci dam pana Tadzia – zahuczał pan sierżant – cicho być, nie walić w drzwi.
          Po chwili usłyszałem pod drzwiami seplenienie pana Tadzia i podniesiony głos pana sierżanta tłumaczącego się Tadziowi. Drzwi zostały otwarte i pod drzwiami pan sierżant z niewyraźną miną i śmiejący się głośno Tadzio zapraszali mnie do wyjścia.
- Ha,ha,ha,ha chodź Zeneczeku – rechotał Tadzio – a to ci heca, zamknęli Zeneczka, ha,ha,ha,ha.
- Trzeba było mówić – sumitował się pan sierżant zamykając drzwi celi – przecież ma pan język.
- Mówiłem, ale nie chciał pan słuchać, nie pozwolił mi pan dojść do słowa tylko jak piłkę wrzucił pan mnie do celi ....
- Nie gniewaj się pan, człowiek jest omylny – przepraszał pan sierżant.
- Dobrze, nie gniewam się już.
- Chodźmy Zeneczku, zrobiłem palce i bez ciebie. Ale heca, ha, ha, ha – pohukiwał Tadzio.
          Po drodze poprosiłem Tadzia, aby nie rozgłaszał nikomu o tym, co spotkało mnie w areszcie. Tadzio dał słowo harcerza, że nikomu nie powie. Wróciliśmy do pokoju. Na moim biurku nie było śladu po biesiadzie, natomiast leżały już pierwsze dokumenty. Przy pozostałych biurkach kolegów siedzieli interesanci i gwar w pokoju był tak duży, że nie słyszałem własnych myśli. Podszedłem do biurka pana Wacława, ale był tak zajęty rozmową z drugą osobą, że nie zauważał mnie. A może nie chciał zauważyć?
Wróciłem do swojego biurka i zobaczyłem pod pierwszym dokumentem, stertę naszykowanych wezwań. Przeliczyłem, było ich dokładnie dwadzieścia osiem. Wsadziłem je do aktówki, machnąłem ręką Irence i wyszedłem z pokoju by roznieść wezwania. Tak minął mi pierwszy dzień pracy, dzień pełen wrażeń, nowych doznań i nowych znajomości. 

poniedziałek, 23 września 2013

Wyprawa po zaopatrzenie.

          Trochę oszołomiony tym koleżeńskim przyjęciem, z teczką pod pachą przecisnąłem się pomiędzy czekającymi interesantami i schodami schodziłem do wyjścia, gdy z zza zakrętu korytarza pojawił się sam komendant.
- O, widzę, że zagonili pana do pracy. To dobrze, bardzo dobrze. Pracujcie tak dalej to będą z was porządni ludzie. U kogo pracujecie?- Zapytał komendant.
- U pana Wacława – odpowiedziałem ściskając teczkę, czując się speszonym tym spotkaniem.
- To dobry fachowiec, dobrze was wyszkoli. Powodzenia – rzucił na pożegnanie komendant.
          Sklep osiedlowy rzeczywiście był niedaleko i miał bogaty asortyment. Od win poprzez wódki różnego rodzaju, były i świeże ogóreczki dla pana Tadzia. Zapomniałem zapytać, jaki alkohol kupić i jaką ilość. Nie znając możliwości pokojowych kolegów, doszedłem do wniosku, żeby zaoszczędzić sobie biegania dwa razy a panu Tadziowi zdrowia, bo gdyby zabrakło mógłby się bardzo denerwować, postanowiłem kupić dwie butelki wódki i słoik ogórków z sosikiem.
Po zapakowaniu wszystkiego do teczki, powoli, aby ze słoika nie wylał się sosik, wracałem do komendy. Ściskając teczkę wszedłem na drugie piętro i przeciskając się przez tłum niezwykle złośliwych interesantów, którzy nie wiadomo, dlaczego potrącali mnie ze wszystkich stron, stanąłem w pewnym momencie bezradny. Wychodząc z pokoju pana Wacława nie spojrzałem na numer, a w tej chwili zobaczyłem, że takich pokoi z uszkodzonymi zbrojonymi szybami na tym piętrze jest kilka. Zacząłem zaglądać do kolejnych pokoi broniąc się przed okrzykami interesantów i dopiero za trzecim razem trafiłem do pokoju, w którym miałem pracować.
- Co tak długo – seplenił pan Tadzio – już martwiliśmy się o pana, panie kolego.
- Kolejka była – odpowiedziałem trochę zmieszany, ale próbując rozładować sytuację, dodałem – w sklepie nie chcieli mnie przepuścić, nawet wówczas, gdy powoływałem się na pana, panie Tadziu.
- A co pan mówił? – Zapytał pan Tadzio.
- Mówiłem, że to zakupy dla stałego klienta, tego od kiszonych ogórków.
- Powinni dać panu rabat, tak często tam robię zakupy, ale, ale, jest sosik?
- Jest panie Tadziu – pokazałem słoik litrowy z ogórkami i sosem i wyciągnąłem z teczki dwie butelki wódki.
- No, przewidujący pan jest, będzie z pana dobry milicjant – zaseplenił pan Tadzio.
          No i po wzięciu do rąk przez pana Tadzia, dwóch butelek wódki i słoika z sosikiem, w pokoju zapanowała swojska atmosfera. Pani Irenka zorganizowała dużą tacę, na której dzieliła kanapki przyniesione przez każdego z kolegów, pan Feliks wyjął z biurka sześć musztardówek, po czym każdą z nich skrupulatnie przecierał papierem toaletowym. Gdy spojrzałem na niego wymownie, dając znać, że można by je umyć, pan Feliks odburknął, że przecież będziemy je odkażać.

 Zobaczyłem w pewnym momencie jak pan Tadzio klęknął na podłodze przy biurku i dokładnie przeglądając zawartość szuflad czegoś wyraźnie szukał.
- W czym pomóc panie Tadziu – zapytałem delikatnie.    
- Cholera, gdzieś grzałka mi się zapodziała – stęknął pan Tadzio.
- Panie Tadziu, mnie wystarczy trochę wody, nie musi być herbata czy kawa, nie musi pan szukać grzałki – łagodnie zaproponowałem.
- A kto mówi o herbacie cy kawie. Ja nie mogę inacej wypić wódki – zaseplenił pan Tadzio wyciągając radośnie małą grzałkę.
          Zapytałem, w czym ja mogłem jeszcze pomóc, bo tak głupio mi było, gdy wszyscy się krzątali a ja nie robiłem nic.
- Po co się pan będzie męczył – powiedziała pani Irena – niech pan ustawi na swoim biurku to co mamy i zaraz zaczniemy.
- No jasne, siadaj pan i ucz się jak na przyszłość jak to się robi – z wesołą miną seplenił pan Tadzio.
          Przeniesiono na moje biurko dwie butelki wódki, pokrojone przez pana Tadzia ogórki z sosikiem, wyczyszczone przez pana Feliksa szklaneczki po musztardzie i pokrojone przez panią Irenę kanapki i gospodarzem tego spotkania mianowano pana Feliksa. Pan Feliks kilkoma wprawnymi ruchami wybił korek z butelki, po czym bacząc by nie uchronić kropli, rozlał po równo do stojących szklaneczek. Chciałem wznieść toast, gdy pan Feliks zastopował mnie.
- Poczekajmy na Tadzia.
          Zobaczyłem wówczas, że pan Tadzio wziął szklaneczkę do ręki, zanurzył grzałkę w wódce i podłączył ja do prądu.
- Panie Zenku, niech pan się nie dziwi – usprawiedliwiał się pan Tadzio – nie mogę pić zimnej wódki, bo zaraz mnie migdałki bolą. Dlatego podgrzewam ją chwilę i mogę wówczas ją wypić. O już gotowe, to za zdrowie pana Zenia.
- Panie Tadziu, wódka dezynfekuje szklanki a nie dezynfekuje gardła?
- Tak to jest panie kolego, taki jestem wrażliwy.
          Wypiliśmy pierwszy toast wzniesiony przez pana Tadzia, po czym pani Irena jako pierwsza podeszła do mnie i powiedziała.
- Mów do mnie Irena.
Po niej podszedł pan Tadzio i klepiąc mnie przyjacielsko po plecach, powiedział.
- Fajny chłop z ciebie. Znasz się na rzeczy, mów mi Tadzio.
          Podobnie i pan Janek, wprawdzie bez poufałego klepania oświadczył, że jestem równy facet i mogę mu mówić po imieniu. Jedynie pan Wacław, jak na kierownika przystało, zachował wstrzemięźliwość w okazywaniu poufałości, życząc sobie, aby pomiędzy nami pozostał dystans taki, jaki winien być pomiędzy nauczycielem i uczniem. Nie oponowałem.
 - Na drugą nóżkę, żeby się nie kulało – zaproponował Tadzio chwytając butelkę otwartą w międzyczasie przez pana Feliksa, który podobnie jak i Wacław unikał poufałości.
- Dla mnie nie lej – powiedziała Irenka patrząc na mnie szklanymi oczami.
- Nie szkodzi, zostanie dla nas – słusznie zauważył pan Feliks demonstracyjnie chwytając szklaneczkę Ireny.
- Co tak na niego oczy wytrzeszczałaś – zapytał Tadzio, Ireny, podgrzewając wódkę – chłopaka przystojnego nie widziałaś, czy co?
- A może on mnie się podoba – replikowała Irenka – zabronisz?
- Weźcie się w końcu za pracę – huknął pan Wacław – ludzie czekają,
- Jak czekają, to się doczekają – rzucił Tadziu – na drugą nóżkę.
- Zdrowia – jak echo powiedzieli wszyscy.
          Tadzio wysączył do ostatniej kropli sosik po ogórkach, zakąsił ostatnią kanapeczką i zacierając radośnie ręce powiedział.
- Do roboty Zeneczku, pójdziesz ze mną, pokażę ci gdzie znajdują się najważniejsze pomieszczenia w naszej komendzie.
- Tylko nie zgubcie się po drodze – upominał pan Wacław.
- Wacław – zaseplenił Tadzio – daj nakaz wydania to wezmne z aresztu tego, no wiesz, Kwaśnieckiego. Zrobim mu palcówkę – zakończył uśmiechając się znacząco.

niedziela, 22 września 2013

Poznanie kierownika i zespołu z którym miałem pracować.

Spotkanie z kierownikiem.

          Wcisnąłem się w ten szemrzący i pulsujący tłum, szukając pokoju kierownika sekcji. Gdzieś w połowie korytarza zauważyłem drzwi, przy których nie było żadnego interesanta, na drzwiach natomiast wisiała tabliczka – Kierownik Sekcji. Nauczony poprzednim doświadczeniem zastukałem mocno w dyktę wstawioną zamiast szkła i po usłyszeniu – wejść – nacisnąłem klamkę, która zakręciła się dookoła swojej osi i głową walnąłem w dyktę. Za chwilę ktoś od środka uchylił drzwi i zaprosił mnie do pokoju.
Wszedłem do środka. Za biurkiem stał szczupły, niski mężczyzna w ciemnym, podniszczonym ubraniu, jasnych włosach ostrzyżonych krótko i grubym głosem, wyraźnie nie pasującym do tak wątłej postaci zaklął cicho a następnie odpowiadając na moje pozdrowienie dodał.
- Cholera, już tydzień temu prosiłem gospodarczego żeby zreperowali zamek i doprosić się nie mogę. Sam musiałem wstawić w drzwi dyktę, bo nie reagowali na moje prośby – pukając w dyktę dokończył – a teraz muszę ją jeszcze pomalować. A wy, co, nowy?
- Nowy panie kierowniku....
- Ej, ej, uważaj na krzesło, chybocze się, no już dobrze. To, co, macie u mnie pracować – ni to pytając ni to stwierdzając, kierownik chwycił za notatnik.
- Pracowaliście gdzieś przed wcześniej?
- Tak, panie kierowniku.
- A gdzie?
- W stolarni – odpowiedziałem nieśmiało, bo zdawałem sobie sprawę, że brzmi to trochę śmiesznie. Ze stolarni do milicji?
- O, to świetnie – zahuczał kierownik – z nieba mi spadacie. Umiecie naprawiać krzesła?
- Umiem – odpowiedziałem zaniepokojony, bo przecież miałem zostać milicjantem a nie kleić krzesła, czego wyraźnie miałem dosyć w poprzedniej pracy.
- Jutro weźmiecie się za krzesła, a dzisiaj zapoznam cię z kolegą, pod którego okiem będziesz uczyć się rzemiosła milicyjnego. Idziemy – rzucił kierownik odrywając się od biurka.
          Podszedł do drzwi, chwycił za klamkę usiłując je otworzyć. Poruszył dwa razy, klamka została mu w ręku i zrezygnował z otwarcia drzwi od wewnątrz, usiadł przy biurku, podniósł słuchawkę telefonu i po wybraniu krótkiego numeru wezwał na pomoc Wacława z sąsiedniego pokoju.
          Za chwilkę rozległo się mocne uderzenie w futrynę i do pokoju wpadł starszy mężczyzna z wyraźną czołową łysiną, w swetrze koloru szarego i kraciastej koszuli.

- Masz nowego – powiedział kierownik wskazując na mnie – poznajcie się.
Po wymianie grzecznościowych formułek opuściliśmy pokój kierownika i przebijając się przez tłum interesantów. Dotarliśmy do drzwi niezwykle obleganych przez dużą grupę ludzi. Wacław pchnął mocno drzwi z popękaną szybą zbrojoną i weszliśmy do środka. Zobaczyłem pokój wielkości jednej drugiej gabinetu komendanta, zastawiony sześcioma biurkami. Przy trzech siedzieli mężczyźni zanurzeni w sterty dokumentów, przy czwartym biurku siedziała dziewczyna z blond włosami, wiejską urodą i krzywymi nogami. Piąte biurko należało do pana Wacława a szóste oczekiwało na mnie.
- Nowy? – Zapytał jeden z kolegów z drugiego biurka.
- Nowy – potwierdził pan Wacław klepiąc mnie mocno po plecach – poznajmy się – zachęcił pozostałych.
- Irena – rzuciła dziewczyna a właściwie kobieta, bo na palcu prawej ręki podniesionej przez nią do pocałowania, widoczna była obrączka.
- Janek – przedstawił się właściciel trzeciego biurka, gruby z dużymi okularami na nosie o twarzy, na której nie było widać wieku.
- Tadek – zaseplenił czwarty z tego towarzystwa, chyba najstarszy i najbardziej chudy. Jego fioletowy koniec nosa i zaczerwienione oczy wskazywały na częste kontakty z mitycznym Bachusem.
- Feliks – rzucił jakby od niechcenia piąty i ostatni pracownik tego pokoju.
- Zenek – przedstawiłem się wszystkim.
- Żonaty? – Sondowała pani Irena.
- Niestety, tak – odpowiedziałem przyjmując ton żartobliwy.
- A pije? – Zapytał pan Tadzio.
- Jak jest, co – odpowiedziałem skromnie.
- Spokojnie – podniesionym głosem krzyknął pan Wacław – najpierw praca – a pióro to ma?
- Mam – odpowiedziałem wyciągając pióro atramentowe z kieszeni nowego garnituru.
- Ładne pióro – ocenił pan Janek.
- Pióro ladne, – zaseplenił pan Tadziu, – ale Zenio jesce sie nie wkupił a już wyciąga piólo – dokończył czekając na aprobatę pozostałych kolegów.
-Daj mu spokój – widzisz przecież, że jest nowy i pierwszy dzień.
- To, co, że nowy? – Zapytał pan Tadzio – musi przecie poznać tajniki nasej pracy, a najlepiej tajniki poznaje sie w sklepie.
- Zna pan trochę tą dzielnicę? – Zapytał pan Wacław.
- Jeszcze nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- To jest okazja – naciskał pan Tadzio – mam pare punktów do sprawdzenia to Zenio pójdzie i od razu kupi w sklepie, co potrzeba – seplenił dalej.
- Zamiast wysyłać nowego kolegę do sklepu, pokazałbyś, co i gdzie się mieści w naszym budynku – proponował pan Wacław.
- Jesce pozna, do emerytury ma daleko – zachęcał pan Tadeusz - to, co kolego, kupi pan?
- No, jeśli tak uważacie nie ma sprawy, idę. Nie mam tylko torby albo teczki – powiedziałem cicho.
- Ja mam – krzyknął pan Tadeusz, – po czym z metalowej szafy, której drzwi piszczały jak koty na dachu, wyjął torbę płócienną, porządnie zniszczoną, do której można by włożyć na stojąco całą klatkę butelek, bez obawy, że cokolwiek będzie widać.
- Panie Tadziu – zapytała pani Irenka – nie ma pan nic lepszego?
- Psecie w tym nic nie widać – bronił się pan Tadeusz.
- Weź pan moją teczkę – zadecydował pan Wacław – przynajmniej lepiej wygląda.
- Ale kup pan ogórków, tylko z sosem – zażyczył sobie pan Tadeusz.

sobota, 21 września 2013

Pitawal pruszkowski


 Przedstawione opowiadania opierają się na faktach zaistniałych na przestrzeni lat 1965 – 1989. Treść tych opowiadań pokazana jest w krzywym zwierciadle, uwypuklających śmieszną stronę, aby nie zanudzić czytelnika, suchą treścią sprawozdawcy wydarzeń kryminalnych.
          Może w niektórych opowiadaniach krzywe odbicie rzeczywistości za mocno skierowano w stronę humorystyczną, ale jest to dbałość o dobre samopoczucie osoby śledzącej rozwój wydarzeń, pozwalając na porównanie sytuacji opisanej ze znaną rzeczywistością.

                                                          POWITANIE

Przyjęcie do pracy
POWITANIE


Idąc po schodach przypominałem sobie pouczenie, jak powinienem się zachować się na spotkaniu z komendantem powiatu. Na pierwszym piętrze odszukałem drzwi z tabliczką „sekretariat”, zastukałem nie za mocno, ale też nie za cicho i czekałem na wezwanie.
Zastukałem ponownie i nadsłuchiwałem wezwania. Niestety, żadnego zaproszenia do wejścia nie usłyszałem. Postanowiłem zastukać mocniej. Po chwili w drzwiach ukazała się młoda kobieta patrząc na mnie z wyrazem zdziwienia na twarzy.
- Pan, do kogo? – Zapytała zaniepokojona, zerkając ukradkiem w głąb korytarza.
- Do komendanta – odpowiedziałem zdenerwowany, bojąc się, aby ten pierwszy kontakt z pracą nie wypadł dla mnie niekorzystnie.
- W jakiej sprawie? – Rzuciła zniecierpliwionym głosem, wypychając mnie na korytarz swoim dużym biustem.
- Polecono mi zgłosić się do komendanta do pracy – wyrzuciłem z siebie jednym tchem opierając się nacierającej sekretarce.
- To, co innego, czemu nie mówił pan od razu – melodyjnie odpowiedziała sekretarka, cofając się w głąb pokoju a na jej twarzy rozlał się promienny uśmiech przeznaczony tylko dla specjalnych interesantów, - proszę spocząć, komendant zaraz pana przyjmie – dodała lustrując mnie ciekawym, można powiedzieć zaczepnym wzrokiem.
          Usiadłem w głębokim fotelu ustawionym tuż obok drzwi wiodących do gabinetu komendanta a naprzeciw biurka sekretarki. Oceniając przełożonego przez pryzmat sekretarki, można dojść do wniosku, że ma dobry gust i zna się na kobietach – myślałem.
Ciekawe czy wszystkie kobiety pracujące w Komendzie są tak pociągające jak ta urocza sekretarka. Dalsze rozmyślania zostały przerwane gwałtownym szarpnięciem drzwi i do sekretariatu wkroczył statecznym krokiem mężczyzna w sile wieku, słusznej tuszy świadczącej o wyrobionym smaku.
- Pani Zosiu – powiedział zerkając pytająco na siedzącego w fotelu interesanta – proszę przygotować trzy kawy i trochę tych kruchych ciasteczek.
- Ciasteczek już nie ma – odpowiedziała pani Zosia, wskazując głową na mnie, siedzącego w fotelu.
- To proszę kupić – karcąco wypowiedział mężczyzna w mundurze w stopniu pułkownika, następnie spojrzał w moją stronę i zapytał – pan do mnie?
- Tak jest – odpowiedziałem zrywając się z fotela – otrzymałem skierowanie do pracy.
- Aha – mruknął komendant patrząc na mnie przenikliwym wzrokiem – proszę bardzo, wejdźcie – powiedział już przyjaźniej.
Wszedłem do gabinetu zatrzymując się w przyzwoitej odległości od masywnego, dębowego biurka. Rozejrzałem się po pokoju. Gabinet był olbrzymi. Od drzwi wejściowych prowadził długi kolorowy chodnik, zakończony przed biurkiem dużym prostokątnym dywanem, na którym stało biurko i mały dębowy stoliczek a obok, jak od kompletu również dębowe, wyściełane krzesła. Na ścianie, prawie nad głową siedzącego, w masywnych, dębowych ramkach godło narodowe i poniżej portrety dostojników państwowych. Cała ta kompozycja nadawała pomieszczeniu niezwykle oficjalny wystrój.
- Siadajcie – rzucił komendant siadając równocześnie na dużym fotelu stojącym za biurkiem, na którym piętrzyła się sterta najprzeróżniejszych dokumentów. Pułkownik siadając oparł ręce na biurku w taki sposób, jakby za chwilę całą tą stertę papierów miał przygarnąć do siebie.
Poruszając rękoma ilustrował swoje przemówienie skierowane do mnie, mianując siebie strażnikiem porządku i ładu społecznego. Z potoku słów płynących w ust komendanta wyłowiłem, że pracować powinienem w pocie czoła na stanowisku oficera do........., ale dalej nie zrozumiałem.
Po skończonej części oficjalnej, gdy komendant zapytał mnie, czy mam jakieś pytania, odpowiedziałem twierdząco i nieśmiało zapytałem.
- Przepraszam panie komendancie, ale nie zrozumiałem tego sformułowania, że mam być oficerem do czegoś i właściwie nie wiem, do czego.
- Przecież jasno powiedziałem, będziecie oficerem dochodzeniowym w stopniu kaprala, bo taki macie stopień? – Upewniał się komendant – zrozumieliście?
- Nie bardzo panie komendancie. Jestem kapralem to chyba będę podoficerem dochodzeniowym a nie oficerem – prostowałem trochę pewniej.
- Wy mi tu nie filozofujcie. Ja wiem lepiej, kim będziecie. A teraz idźcie na drugie piętro i zameldujcie się u porucznika Kozłowskiego. On wam wyznaczy robotę. No to cześć. Życzę powodzenia.
           Podniesiony na duchu, że będę oficerem w stopniu podoficera dochodzeniowego, nie, odwrotnie podoficerem w stopniu oficera dochodzeniowego, poprawiło mi to samopoczucie i poszedłem piętro wyżej.
Nadal nie widziałem, czy jestem oficerem w stopniu podoficera czy też podoficerem w stopniu oficera. Było ta tak skomplikowane, że nie wiedziałem jak mam przedstawiać się nowo poznanym kolegom. Idąc po schodach ze zdziwieniem patrzyłem na dzieło sprzątaczki, która szaro – niebieski kolor lamperii na ścianie przy schodach do połowy zasmarowała pastą podłogową. Wyobraziłem sobie przyjście do pracy w czystym garniturze, białą koszulą i przypadkowe oparcie się o ścianę. Garnitur do wyrzucenia.
          Na drugim piętrze, w długim i wąskim korytarzu skąpo oświetlonym, stał tłum interesantów wspierających plecami ściany po obu stronach korytarza. Wyglądało to tak jakby stojący ludzie plecami podtrzymywali wewnętrzne ściany budynku, chroniące tajemnic pobliskich pokoi. Co ciekawsi interesanci mocniej przykładali głowy do ścian w pobliżu pokoi, do których mieli zamiar wejść. Strzygli uszami jak konie czujące nadchodzące niebezpieczeństwo.

piątek, 20 września 2013

Chata wolna, starych nie ma, ale będzie bal, czyli nie można zabierać się do roboty, bez sprawdzenia narzędzi.

Witam na blogu w którym zamierzam publikować fragmenty swoich opowiadań, książek, które w ostatnich kilku latach wydałem w różnych wydawnictwach. Mimo swojego wieku, brak mi było doświadczenia we współpracy z przedstawicielami, czekającymi na naiwnych, pragnących opublikować swoje książki. Przerażony ich wyliczeniami, szukałem możliwie najtańszych. Znalazłem najtańszych drukarzy, a nie wydawców. W latach 80-tych pisywałem kryminałki go gazety, dziś wydałem te opowiadania, ale w formie książkowej. Załączę jedno z opowiadań i poczekam na reakcję czytelników, ich ocenę. Bo to tylko czytelnik może ocenić, czy będzie chciał czytać dalej i opowiadać o tym innym swoim znajomym, czy też zakończy i więcej się nie pokaże na stronie blogera.
                           -   .   -

Barbara B. miała bogaty życiorys. W sensie pozytywnym. Od najmłodszych lat pasjonowała się śpiewem a głos miała naprawdę ładny. Pasjonowała się również tańcem i cały czas myślała o połączeniu obu pasji. Przez krótki czas tańczyła w pruszkowiakach, ale nie mogąc prezentować swojego głosu, zrezygnowała z pobytu w tym zespole. Gdy miała szesnaście lat zdawała i dostała się do zespołu Mazowsze w Karolinie. Uroda, wdzięk połączony z talentem pozwolił oceniającym przyjąć, że warto w dziewczynę zainwestować. Wszelkie propozycje składane Barbarze nie satysfakcjonowały ją. Nie była zadowolona, nie pozwalano jej stosować własnych interpretacji, nie pozwalano jej rozwijać własnych zdolności. Tak się tłumaczyła. I coś w tym było.
W ogólniaku też miała takie pretensje. Dla świętego spokoju, pozwalano jej na stosowanie własnych pomysłów, ale zdawano sobie sprawę, że to tylko do matury. Pozwolono jej zdać maturę, chociaż miała u niektórych nauczycieli „krzywe kluchy” mogące negatywnie wpłynąć na oceny. Była indywidualistką.
Jaką? Pokazała na studiach. Po pierwszym roku załatwiła sobie indywidualny tok studiów, utrzymując oceny na poziomie bardzo dobrym. Była dobra. Miała dobre oceny, miała stypendium, miała perspektywy pracy na uczelni, o czym rozmawiano z nią już po drugim roku proponując wybranie tematu pracy magisterskiej, który później pogłębiany będzie stanowił rozprawę doktorską a jeszcze bardziej pogłębiony, będzie podstawą habilitacji. Czyli miała widoki. Nie miała tylko jednego.
Nie miała stałego chłopaka. Matka, ojciec, ciotki, wujowie, młodsza siostra, na spotkaniach rodzinnych boleli na swój sposób, że Basia chodzi sama a czas ucieka. Wiadomo, że do końca studiów już nie daleko, perspektywy pracy są a w sercu nikogo nie ma. Matka, ojciec, ciotki, wujowie, boleli nad tym, że Basia zmieniła orientację i lubi tylko kobiety. Siostra wyręczała Basię w tych tłumaczeniach, wiedząc, że to nie prawda. Rodzina jednak nie dowierzała. Siostra wprawdzie proponowała Barbarze, żeby zorganizowała sobie jakieś spotkanie ze swoim chłopakiem w ciągu dnia w mieszkaniu rodziców i niby to nie chcący dała się złapać rodzicom, gdy powrócą z pracy. Ale Barbarze to nie odpowiadało. Barbara wiedziała to, czego nie wiedzieli rodzice, ciotki, wujowie i siostra. Barbara była głęboka.
Dowiedziała się o tym, gdy jeszcze w ogólniaku, na jakiejś prywatce, jeden z poznanych kolegów ją zdybał, pozbawił dziewictwa, ale nie zaspokoił. Basia pytała się koleżanek, ale nie mogła nic się dowiedzieć. Swoim zwyczajem, wzięła to w swoje ręce i szukając w książkach, znajdowała różne informacje. Między innymi i taką, że swoje punkty erogenne ma ukryte głęboko w pochwie.
I tu szkopuł. Co wzięła chłopaka, próbowała z przodu, próbowała z tyłu, próbowała z boku i cały czas było nie tak. Druga informacja podpowiadała, że chłopakowi należy pomóc dociskając go nogami do siebie. Też nie pomagało. Postanowiła prowadzić selekcję. Dziwnie wprawdzie to wyglądało, gdy na prywatce u koleżanki z roku, któryś z chłopaków zainteresował się Barbarą, Barbara zorientowawszy się, że chłopak jest gotowy do wzięcia, rozczapierzała dłoń i dokonywała pomiaru długości. Jeśli nie spełniał oczekiwań, Barbara umiejętnie rezygnowała z propozycji i kończyła zabawę. Nie zdarzało się to często, ale miała kilka takich przypadków. Koleżanka, której przypadkiem się zwierzyła, zaproponowała jej, aby partnera szukała wśród studentów z Afryki, Ameryki Południowej, z Indii. Barbara wolała Polaka.
Krzysztof S. mieszkał w Warszawie. Skończył studia na Politechnice i pracował w FSO na stanowisku kierownika. Nie ma znaczenia, jakiego. Po studiach, wysoki, szczupły szatyn, na każdej prywatce miał branie. Koledzy wiedzieli o pasji Krzysztofa. Uwielbiał motory. Mając możliwość wyjazdu, za granicę do Niemiec, podjechał do ichniego komisu motorowego. Kupił używany motor Harley- Davidson, wyremontował, odnowił, po czym szpanując nim, woził świeżo poderwane panienki. Opowiadał im różne historie, że kupił motor pochodzący z Milwaukee w stanie Wisconsin w USA, dosłownie za grosze. Nie wspominał tylko, ile lat ma ten motocykl. Dziewczynom wożonym z tyłu, na siedzeniu z oparciem, nie przeszkadzał wiek motocykla. Dla nich był ważny wiek kierującego motorem. Dla Barbary liczyło się jeszcze coś.
Barbara nie szukała męża, na razie szukała mężczyzny, z którym mogłaby się dopasować i ewentualnie później zastanawiać się czy ta znajomość ma szansę na wspólne życie w stałym związku. Miała dużo zajęć, obroniła pracę magisterską, wpisała się na studium doktoranckie, zatrudniła się jako asystent na swoim wydziale i zdawałoby się, że nic nie jest w stanie zakłócić tego porządku. Rodzice proponowali Basi zakup mieszkania na niedalekim niedawno wybudowanym osiedlu, ale nie była gotowa. Mówiła rodzicom: ”Nie jestem na to jeszcze gotowa”. Więc rodzice czekali na gotowość Basi, dając wyraz swojej tolerancji umawiali się z Basią, że jeśliby potrzebowała pokoju dla siebie, powinna tylko powiedzieć dzień wcześniej im i siostrze i ma pokój do dyspozycji.
Nadeszły wakacje i część jej znajomych wyjechała do rodziny, znajomych czy też na zwykły odpoczynek. Barbara, świeża na wydziale, zdawała sobie sprawę, że urlop będzie miała później, teraz musi na to zapracować. Część jej znajomych została na miejscu i dla podtrzymania tradycji spotykali się w godzinach popołudniowych na symbolicznej lampce wina. Były to spotkania stałych grup, do których zapraszano, co jakiś, czas nowe twarze. Liczono na to, że poszerzając grono znajomych, niektóre osoby mające trudności z zapoznaniem odpowiedniego partnera, na takich bez stresowych spotkaniach mogą się otwierać na nowe kontakty.
I tak się stało. Któregoś lipcowego popołudnia, jedna z koleżanek na zbliżające się jej imieniny Jolanty, zaprosiła swoją stałą grupę koleżanek i kolegów, uzgadniając, że któreś zaprosi jeszcze swoich znajomych. W ten oto sposób, na jednym spotkaniu znalazła się Basia oraz Krzysztof S. Od razu przypadli sobie do gustu. Po wstępnych, rozpoznawczych manewrach, znaleźli wspólne tematy, na których oboje dobrze się znali. Krzysztof godzinami mówił o Harleyu, jego historii, wprowadzanych ulepszeniach zakupionego motoru, marzeniach, których realizacja pozwoli na kupno nowszego lub nawet nowego Harleya, jeśli uda mu się wyjechać do Stanów. Barbara też miała marzenia, ale innego rodzaju. Chciała już związać się z mężczyzną na stałe, ale z takim, który będzie odpowiadał jej pod każdym względem, szczególnie seksu. Spotkanie zakończono grubo po północy i Krzysztof zaproponował, że Barbarę zawiezie do jej miejsca zamieszkania w Pruszkowie. Wprawdzie nie było to daleko, jakieś dwadzieścia kilometrów, ale Barbara zastrzegła się od razu, że mieszka z rodziną pracującą, siostra się jeszcze uczy i do domu nie może Krzysztofa zaprosić. Krzysztof nie naciskał, jedynie zaproponował spotkanie na neutralnym gruncie. Basi to odpowiadało.
Upłynęło kilka dni, Krzysztof zadzwonił do pracy i zaproponował spotkanie w kawiarni, tuz przy jej miejscu pracy. Jak zwykle, przyjechał na błyszczącym motocyklu, tak wyczyszczone były jego niklowe elementy zewnętrzne. Barbara zdawała sobie sprawę, że motocykl tej marki dodawał Krzysztofowi szpanu. Widziała te spojrzenia kobiet ścigających Krzysztofa czy szedł sam czy też razem z nią, biła z nich typowa samicza zazdrość. Rozmowa w czasie spotkania poświęcona była wspomnieniom i obgadywaniem ich wspólnych znajomych ze spotkań, na jakich bywali, ale w podtekście tych rozmów, w spojrzeniach, w gestach Krzysztofa i Barbary, w przypadkowym dotykaniu siebie, atmosfera była gęsta od seksu. Oboje czuli to samo i zdawali sobie sprawę, że to jest nieuchronne, to musi nastąpić, aby przypieczętować ich znajomość. Ponieważ był to ciepły lipiec, umówili się na dzień następny przed południem, w domu Barbary.
Barbara powiadomiła rodziców, uzgodniła wszystko z siostrą i miała do wieczora mieszkanie wolne, dla siebie. Krzysztof przyjechał punktualnie wnosząc do mieszkania bukiet róż i dużą butelkę szampana. Trudno im było zachować umiar, chcieli jak najlepiej wykorzystać wolne mieszkanie. Krzysztof po uściskaniu Barbary nawet nie zapytał, tylko widząc świeżo posłane łóżko, zaczął ściągać ubranie z Barbary jedną ręką a drugą ściągał ubranie z siebie. Padli sobie w ramiona, rzucili się na łóżko i dali upust swojemu pożądaniu. Barbara zdążyła tylko wzrokiem omieść wyposażenie partnera, nie zdążyła nic powiedzieć i już był w niej.
Robili to jak doświadczeni partnerzy, potęgując swoje odczucia, wzmacniając bodźce niezbędne do uzyskania ostatecznego efektu. Krzysztof pracując, delikatnie palcami poszukiwał szczególnego punktu, takiego jak miały inne jego dziewczyny a Barbara paznokciami orała mu skórę pośladów, próbując wzmocnić własne odczucia. W pewnej chwili, gdy wydawało jej się, że nadchodzi ciągle umykający finał, nie mogąc się doczekać upragnionego zakończenia, złapała leżące na szafce przy łóżku nożyczki, podniosła do góry i biorąc pełen zamach wbiła je Krzysztofowi poniżej lewego pośladka, dochodząc ostrzem do kości udowej. Krzysztof zawył, zerwał się z łóżka i krzycząc z bólu wyskoczył przez otwarte okno. Basia mieszkała na drugim piętrze.

Wezwany lekarz pogotowia wyjął nożyczki, unieruchomił połamane ręce, nogi i karetką zawiózł gołego Krzysztofa do szpitala. Barbara była w szoku. Nie chciała Krzysztofa zabić. Chciała go tylko zmusić, aby ją zaspokoił. Zaspokojenie jednak nie nadeszło. A tak chciała sprawdzić rozmiar. Nie zdążyła. I po co się tak spieszył?