wtorek, 29 października 2013

Gdzie dwóch się bije....


          Wacław G. z Warszawy i Stanisław W. z Ursusa zaplątali się w Pruszkowie. Stanisław W. jako mieszkaniec niezbyt odległego miasta miał służyć za przewodnika i oprowadzać Wacława po zakamarkach pruszkowskich, za co obiecano mu całkiem niezłe pieniądze. Z obowiązków wywiązał się zupełnie nieźle, ponieważ późną, wieczorową porą był już porządnie napity. Podobnie jak fundator. Chodzili tak po mieście, aż pozamykano wszystkie sklepy, zamknięto nawet wszystkie, szanujące się meliny i nie było gdzie spędzić uroczych chwil do odejścia pierwszego pociągu. Na taksówkę nie stawiali z przyczyn prozaicznych. Nie mieli już pieniędzy.

          Wówczas to właśnie Stanisław W. wpadł na genialny pomysł. Jedziemy do domu rowerem - zarządził. I rozpoczęto szukanie roweru. Przypomniał sobie, że u znajomego na Kopernika nie zamykają na noc wejścia do budynku. A tam właśnie, w jednej z piwnic widział zupełnie niezły składak. Trochę zeszło im z dotarciem pod przypomniany adres, ale bez większych przygód znaleźli się przed drzwiami piwnicy. Urwali kłódkę i weszli do środka. Zachowali się po dżentelmeńsku. Potrzebowali tylko rower, więc nie brali innych przedmiotów, przechowywanych w piwnicy. Wygramolili się przed budynek i ...... problem. Kto ma jechać, a kto iść.
          Wacław G. przekonywał Stanisława, że to on powinien jechać, ponieważ mieszka dalej. Stanisław był innego zdania. Jechać powinien on, gdyż pomysł z rowerem jest jego, on ma bliżej to prawda, ale jest bardziej pijany. Rozprawiali nad jednym rowerem tak długo, aż nadjechał radiowóz. Dalej pojechali obaj – radiowozem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz