Gdzie
dwóch się bije....
Wacław G. z Warszawy i Stanisław W. z
Ursusa zaplątali się w Pruszkowie. Stanisław W. jako mieszkaniec niezbyt
odległego miasta miał służyć za przewodnika i oprowadzać Wacława po zakamarkach
pruszkowskich, za co obiecano mu całkiem niezłe pieniądze. Z obowiązków
wywiązał się zupełnie nieźle, ponieważ późną, wieczorową porą był już porządnie
napity. Podobnie jak fundator. Chodzili tak po mieście, aż pozamykano wszystkie
sklepy, zamknięto nawet wszystkie, szanujące się meliny i nie było gdzie
spędzić uroczych chwil do odejścia pierwszego pociągu. Na taksówkę nie stawiali
z przyczyn prozaicznych. Nie mieli już pieniędzy.
Wówczas to właśnie Stanisław W. wpadł
na genialny pomysł. Jedziemy do domu rowerem - zarządził. I rozpoczęto szukanie
roweru. Przypomniał sobie, że u znajomego na Kopernika nie zamykają na noc
wejścia do budynku. A tam właśnie, w jednej z piwnic widział zupełnie niezły
składak. Trochę
zeszło im z dotarciem pod przypomniany adres, ale bez większych przygód
znaleźli się przed drzwiami piwnicy. Urwali kłódkę i weszli do środka.
Zachowali się po dżentelmeńsku. Potrzebowali tylko rower, więc nie brali innych
przedmiotów, przechowywanych w piwnicy. Wygramolili się przed budynek i ......
problem. Kto ma jechać, a kto iść.
Wacław G. przekonywał Stanisława, że
to on powinien jechać, ponieważ mieszka dalej. Stanisław był innego zdania.
Jechać powinien on, gdyż pomysł z rowerem jest jego, on ma bliżej to prawda,
ale jest bardziej pijany. Rozprawiali nad jednym rowerem tak długo, aż
nadjechał radiowóz. Dalej pojechali obaj – radiowozem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz