piątek, 11 października 2013

Uliczny sprzedawca nie swoich kaczek.


Modna Jola ze Żbikowa obchodziła imieniny. Pierwszy raz od dłuższego czasu miała trochę pieniędzy i postanowiła jakoś uczcić swój uroczysty dzień. Pamiętała jak mama w każde jej imieniny gotowała wystawny obiad i piekła cudowny tort. To było dawno. Mama odeszła i tylko ksywa jej została. Modna Jola. Każdy znał ją tylko po ksywie. Nazwiska nikt nie pamiętał, ale gdy zapytano – gdzie mieszka Modna Jola, natychmiast podnosiły się ręce i wskazywano właściwy kierunek.
          Jola miała znajomych. Często u niej przesiadywali, ale jak się dowiedzieli, że Modna Jola ma imieniny, postanowili zrobić zrzutkę i kupić do jej domu jakiś jeden porządny fotel. Wprawdzie jeden z adoratorów mówił, żeby fotel ukraść i on wie skąd, ale pozostali będąc przytomnymi na umyśle, pozostali przy wersji kupna.
Kiedy przyjmowała znajomych w domu, sadzała gości na różnych sprzętach, na stołku, na bujających się krzesłach, na niskich podnóżkach a sama siadała na łóżku i niektórzy niekiedy rozumieli to niewłaściwie. Przyjmowali to jak propozycje.
          Jedynie Jerzy Z. adorujący Jolę od dłuższego czasu miał dla niej pełen szacunek i przyjmował na serio wszystko to co ona mówiła. Opowiadała mu o swoim dzieciństwie, o swoich marzeniach, które niestety nie spełniały się, o dziwnym jej losie po śmierci matki, o próbach, jakie czyniła, aby odnaleźć swojego ojca.
- Może już nie żyje jak mama – wzdychała – a może nie? – Podtrzymywała swoje nadzieje, – bo nie mam nikogo bliskiego.
          Jerzy wiedział, że miała swojego chłopaka. Chłopak wykorzystał ją i wdał się w jakieś dziwne sprawy. Do dnia dzisiejszego siedzi a minęło od jego zniknięcia około piętnastu lat. Jerzy pocieszał ją jak mógł, wspólnie niekiedy zostawali razem w jej mieszkaniu, po dużej balandze, ale to nie było to, o co Jerzemu chodziło. On myślał o jakimś stałym związku. Nie żeby się wiązać na stałe, ale żeby rano mieć, do kogo gębę otworzyć. Modna Jola na razie nie chciała.
          Kiedy dowiedział się, że stałe towarzystwo robi zrzutkę na skórzany fotel dla Joli, postanowił się dołożyć. Pieniądze się go nie trzymały, dlatego zawsze musiał starać się o dopływ świeżej gotówki.
          Jerzy Z. wracając nocą, około pierwszej godziny, po wizycie u jego serdecznego kolegi, który mu powiedział o zrzutce na fotel, spokojnie zmierzał w kierunku domu, choć był wyraźnie niedopity. Rozmyślał o sposobie zdobycia pieniędzy na zrzutkę i na zaspokojenie swojego pragnienia.
Przechodził ulicą Promyka w Pruszkowie i rozmyślał, co dalej. W pewnej chwili zobaczył na terenie mijanej posesji drewnianą komórkę, w której na pewno było coś. Nie mogąc oprzeć się chęci sprawdzenia wszedł na teren, otworzył drzwi do komórki i wymacał jakieś ptaszyska. Wybrał największe i wyszedł na ulicę. Miał w ręku dwie kaczki.
- Kaczka jest, ale kto ja kupi – myślał przytomnie - na ulicy żywej duszy. Postanowił zatrzymać pierwszy napotkany samochód i zaproponować kierowcy kupno kaczki.

Stanął na jezdni i zobaczył, że od strony Gąsina jedzie jakiś samochód osobowy. Nie widząc dokładnie koloru, pomachał jedną ręką, aby go zatrzymać, w drugiej zaś mocno ściskał kaczkę. Po chwili zobaczył, że podjeżdża do niego..... radiowóz. Sprzedaży kaczki milicjantom nie proponował.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz