Uliczny sprzedawca
nie swoich kaczek.
Modna
Jola ze Żbikowa obchodziła imieniny. Pierwszy raz od dłuższego czasu miała
trochę pieniędzy i postanowiła jakoś uczcić swój uroczysty dzień. Pamiętała jak
mama w każde jej imieniny gotowała wystawny obiad i piekła cudowny tort. To
było dawno. Mama odeszła i tylko ksywa jej została. Modna Jola. Każdy znał ją
tylko po ksywie. Nazwiska nikt nie pamiętał, ale gdy zapytano – gdzie mieszka
Modna Jola, natychmiast podnosiły się ręce i wskazywano właściwy kierunek.
Jola miała znajomych. Często u niej
przesiadywali, ale jak się dowiedzieli, że Modna Jola ma imieniny, postanowili
zrobić zrzutkę i kupić do jej domu jakiś jeden porządny fotel. Wprawdzie jeden
z adoratorów mówił, żeby fotel ukraść i on wie skąd, ale pozostali będąc
przytomnymi na umyśle, pozostali przy wersji kupna.
Kiedy przyjmowała znajomych w domu, sadzała gości na
różnych sprzętach, na stołku, na bujających się krzesłach, na niskich
podnóżkach a sama siadała na łóżku i niektórzy niekiedy rozumieli to
niewłaściwie. Przyjmowali to jak propozycje.
Jedynie Jerzy Z. adorujący Jolę od
dłuższego czasu miał dla niej pełen szacunek i przyjmował na serio wszystko to
co ona mówiła. Opowiadała mu o swoim dzieciństwie, o swoich marzeniach, które
niestety nie spełniały się, o dziwnym jej losie po śmierci matki, o próbach,
jakie czyniła, aby odnaleźć swojego ojca.
-
Może już nie żyje jak mama – wzdychała – a może nie? – Podtrzymywała swoje
nadzieje, – bo nie mam nikogo bliskiego.
Jerzy wiedział, że miała swojego
chłopaka. Chłopak wykorzystał ją i wdał się w jakieś dziwne sprawy. Do dnia
dzisiejszego siedzi a minęło od jego zniknięcia około piętnastu lat. Jerzy
pocieszał ją jak mógł, wspólnie niekiedy zostawali razem w jej mieszkaniu, po
dużej balandze, ale to nie było to, o co Jerzemu chodziło. On myślał o jakimś
stałym związku. Nie żeby się wiązać na stałe, ale żeby rano mieć, do kogo gębę
otworzyć. Modna Jola na razie nie chciała.
Kiedy dowiedział się, że stałe
towarzystwo robi zrzutkę na skórzany fotel dla Joli, postanowił się dołożyć.
Pieniądze się go nie trzymały, dlatego zawsze musiał starać się o dopływ
świeżej gotówki.
Jerzy Z. wracając nocą, około
pierwszej godziny, po wizycie u jego serdecznego kolegi, który mu powiedział o zrzutce
na fotel, spokojnie zmierzał w kierunku domu, choć był wyraźnie niedopity.
Rozmyślał o sposobie zdobycia pieniędzy na zrzutkę i na zaspokojenie swojego
pragnienia.
Przechodził ulicą Promyka w Pruszkowie i rozmyślał,
co dalej. W pewnej chwili zobaczył na terenie mijanej posesji drewnianą
komórkę, w której na pewno było coś. Nie mogąc oprzeć się chęci sprawdzenia
wszedł na teren, otworzył drzwi do komórki i wymacał jakieś ptaszyska. Wybrał
największe i wyszedł na ulicę. Miał w ręku dwie kaczki.
-
Kaczka jest, ale kto ja kupi – myślał przytomnie - na ulicy żywej duszy.
Postanowił zatrzymać pierwszy napotkany samochód i zaproponować kierowcy kupno
kaczki.
Stanął na jezdni i zobaczył, że od strony Gąsina
jedzie jakiś samochód osobowy. Nie widząc dokładnie koloru, pomachał jedną
ręką, aby go zatrzymać, w drugiej zaś mocno ściskał kaczkę. Po chwili zobaczył,
że podjeżdża do niego..... radiowóz. Sprzedaży kaczki milicjantom nie
proponował.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz