WYBREDNY?
Wiktor J. i Jerzy D. spotykali się
często. Latem gościli często na działkach żbikowskich, nie zawsze u tego samego
właściciela, ale zawsze z tym samym apetytem. Latem łatwiej, bo wystarczy
kawałek wędliny, no na przykład kiełbasy zwyczajnej, nadzianie jej na patyk i
mają pieczenie kiełbaski na ognisku. Ognisko rozpalali niewielkie z kilku
powodów: żeby nie nęcić widokiem i zapachem innych kolegów oraz aby nie
zaprószyć ognia w krzakach, w których się zaszywali.
Wybrali taką formę spędzania czasu,
bo gdy obaj zabierali się za coś, co według innych ma sens, u nich okazywało
się, że to nie ma sensu, bo prowadzi do więzienia. Tego zaś mieli już dosyć.
Gorzej było, gdy nastała zima. W
mieszkaniach, w których przebywali, nie mieli pełnej swobody. Od rana kobiety,
z którymi przebywają już od lat suszą im głowę gadaniem, wyrzucając im
lenistwo, brak dbałości o los rodziny, którą nieopatrznie założyli. Jak
wiadomo, celem rodziny jest pomoc każdemu, kto pomocy potrzebuje. Pomocy potrzebowali
obaj.
Obaj byli bardzo wrażliwi na
wszystko. W czasach młodości Wiktor J. mógł jeść kamienie i nic mu nie było.
Kiedy dorósł, okazało się, że kamieni nie musi jeść, kamienie już ma. W
nerkach.
Jerzy D. kamieni nie miał. Miał
natomiast taką dziwną dolegliwość, ujawniającą się po tym, jak popije i
pomiesza wódkę, wino i piwo. A przy jego żywotności, niestety często to się
zdarzało. Próbował pracować, ale po pierwszym zmieszaniu opisanych trunków w
pracy, nawet nie wiedział jak wylądował za bramą a później, gdy chciał wrócić
do pracy, wylądował w areszcie milicyjnym. W następnej pracy uległ namowom
klienta i znowuż pomieszał trunki i znowuż nie pamiętał, jak zabrała go
milicja. Ponieważ powtarzało to się kilka razy, nawet po latach kilku odsiadek
w więzieniu, postanowił pić tylko lekkie trunki, nie powodujące opisanych
przypadłości, no może powodujące tylko zgagę.
Zbliżał się koniec roku i obaj
przyjaciele zastanawiali się, gdzie przywitać Nowy Rok. Tak się dobrze złożyło,
że ten rok obaj są na wolności, nic nie zrobili to i nikt ich nie szuka.
Myślenie zajęło im trochę czasu, tak, że ani się obejrzeli a tu już sylwester
minął.
Postanowili zaskoczyć swoje kobiety, przynieść im do domu to, co mogły
spożyć na sylwestra. Tuż po „Sylwestrze” włamali się do Baru „Żbik” w
Pruszkowie. Zabrali w torby artykuły spożywcze, schłodzone w dużej lodówce i
różne napoje nadające się do spożycia. Zabrano nawet płyn do mycia okien.
Pruszkowska milicja po otrzymani informacji o
włamaniu, jadąc wolno ulicą, zauważyła w bramie, niedaleko baru, dwóch mężczyzn
z torbami, stojącymi pod ścianą i pijących coś bezpośrednio z butelki.
Milicjanci zatrzymali się, podeszli spokojnie i zobaczyli Jerzego D.,
dopijającego w bramie płyn do mycia okien „kryształ”. Zdziwienie było olbrzymie.
W jednej z toreb znaleźli: wódkę, wino, szampana, cztery piwa i dwie butelki z
płynem do mycia okien.
Jerzy D., pytany, dlaczego wybrał akurat ten płyn
oświadczył, że to w związku z jego przypadłością. Gdy miesza inne trunki, traci
kontakt ze sobą, gdy pije „kryształek” nie ma takich objawów, dlatego też
przedkłada go nad inne zabrane z Baru trunki. Jest zdrowszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz