środa, 30 października 2013

Pruszkowski „western”

          Wszystko odbyło się zgodnie z kanonami westernowej sztuki. Bezksiężycowa noc kryła w ciemności przemykających chyłkiem pięciu wyrostków spieszących do stacji PKP. Było już dobrze po północy, gdy dotarli do budynków stacyjnych. Rzut oka na rozkład jazdy i rozczarowanie. Pierwszy pociąg pojawi się dopiero za pół godziny. Chwilę między sobą poszeptali i trzech odeszło w kierunku miasta a dwóch pozostało na miejscu, aby pilnować przyniesionych bagaży.
          Oczekiwanie na przyjazd pociągu było dla dwójki niezwykle wyczerpujące. Siedzieli koło bagaży jak na przysłowiowych, rozżarzonych węglach, z niepokojem wyglądając przed budynek stacji. Nie było ani pociągu ani kolegów.
          Koledzy, ci trzej, ruszyli w miasto, aby trafić jakiegoś denata i „oskubać go z pieniędzy”. Bo następnego dnia trzeba było coś, „zafartować”. Dla trójki, pół godziny przeleciało migiem, dla dwójki ciągnęło się niemiłosiernie.
          W pewnym momencie usłyszeli zbawczy gwizd. Już w piątkę, zabrali przyniesione ze sobą bagaże i ruszyli na peron. Na peronie pustka. Nie wychodzili wszyscy tylko wysłali zwiadowcę. Na peronie nikt się nie pojawił. Sami schowani byli za drzwiami poczekalni. Pociąg z gwizdem wtoczył się na stację między perony i równocześnie całą piątką puścili się biegiem do najbliższego wagonu. W wagonie, nie było dużo pasażerów. Jakoś się ulokowali i spokojni o przyszłość zaczęli żartować z przeżyć dnia poprzedniego. Po pewnej chwili zorientowali się, że pociąg jeszcze stoi na stacji, choć minęło już parę ładnych minut od wejścia do wagonu. Jeden z nich, najbardziej nerwowy osunął okno i wyjrzał na peron. Zaparło mu dech, nawet nie zdążył krzyknąć do kumpli. Na peron wjechała milicja.

          Co się działo w wagonie, nie da się opisać. Jeden próbując wyskoczyć przez okno zaczepił nogą o ramę i wyrżnął nosem o peron. Milicjanci pomogli mu wstać i wsiąść. Drugi salwował się ucieczką między tory, ale zaczepił nogą o druty i legł między torami jak długi. Milicjanci pomogli mu wstać i wsiąść. Trzeci nie chciał wyjść z wagonu i biegał jak oszalały pomiędzy ławkami. I jemu milicjanci udzielili pomocy, pomogli wyjść i wsiąść. Uciekło tylko dwóch najsprytniejszych, ale nie na długo. Zabrano z wagonu bagaże młodych wyrostków, poutykane pod ławkami. Przy przenoszeniu bagaży do radiowozu, z jednego z nich zaczęła się sypać mielona kawa i wypadały pętka kiełbasy.  Okazało się, że milicjanci poszukiwali sprawców włamania do restauracji „Urocza” dokonanego tuż po północy. Intuicja skierowała ich na dworzec PKP gdzie rozegrała się cała opisana akcja.
          Cała piątka młodzików wywodziła się z Warszawy i to z odległych rejonów, bo aż z Pragi. Dalsze sprawdzanie przeszłości amatorów łatwego zarobku pozwoliło na ustalenie, że byli oni również sprawcami kradzieży z włamaniem do sklepu ZURT na ul. Bolesława Prusa w Pruszkowie, skąd wynieśli towaru na ponad milion złotych. Dokonali również wiele innych przestępstw na terenie Warszawy.
          Najmłodszy z nich, szesnastolatek Janusz G. zapytany, dlaczego się do nich przyłączył, odparł, że „ bo tak dobrze się zapowiadali, tylko ten cholerny niefart w Pruszkowie”. I schylił głowę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz