Pruszkowski
„western”
Wszystko odbyło się zgodnie z kanonami
westernowej sztuki. Bezksiężycowa noc kryła w ciemności przemykających chyłkiem
pięciu wyrostków spieszących do stacji PKP. Było już dobrze po północy, gdy
dotarli do budynków stacyjnych. Rzut oka na rozkład jazdy i rozczarowanie.
Pierwszy pociąg pojawi się dopiero za pół godziny. Chwilę między sobą
poszeptali i trzech odeszło w kierunku miasta a dwóch pozostało na miejscu, aby
pilnować przyniesionych bagaży.
Oczekiwanie na przyjazd pociągu było
dla dwójki niezwykle wyczerpujące. Siedzieli koło bagaży jak na przysłowiowych,
rozżarzonych węglach, z niepokojem wyglądając przed budynek stacji. Nie było
ani pociągu ani kolegów.
Koledzy, ci trzej, ruszyli w miasto,
aby trafić jakiegoś denata i „oskubać go z pieniędzy”. Bo następnego dnia
trzeba było coś, „zafartować”. Dla trójki, pół godziny przeleciało migiem, dla
dwójki ciągnęło się niemiłosiernie.
W pewnym momencie usłyszeli zbawczy
gwizd. Już w piątkę, zabrali przyniesione ze sobą bagaże i ruszyli na peron. Na
peronie pustka. Nie wychodzili wszyscy tylko wysłali zwiadowcę. Na peronie nikt
się nie pojawił. Sami schowani byli za drzwiami poczekalni. Pociąg z gwizdem
wtoczył się na stację między perony i równocześnie całą piątką puścili się
biegiem do najbliższego wagonu. W wagonie, nie było dużo pasażerów. Jakoś się
ulokowali i spokojni o przyszłość zaczęli żartować z przeżyć dnia poprzedniego.
Po pewnej chwili zorientowali się, że pociąg jeszcze stoi na stacji, choć
minęło już parę ładnych minut od wejścia do wagonu. Jeden z nich, najbardziej
nerwowy osunął okno i wyjrzał na peron. Zaparło mu dech, nawet nie zdążył
krzyknąć do kumpli. Na peron wjechała milicja.
Co się działo w wagonie, nie da się
opisać. Jeden próbując wyskoczyć przez okno zaczepił nogą o ramę i wyrżnął
nosem o peron. Milicjanci pomogli mu wstać i wsiąść. Drugi salwował się
ucieczką między tory, ale zaczepił nogą o druty i legł między torami jak długi.
Milicjanci pomogli mu wstać i wsiąść. Trzeci nie chciał wyjść z wagonu i biegał
jak oszalały pomiędzy ławkami. I jemu milicjanci udzielili pomocy, pomogli
wyjść i wsiąść. Uciekło tylko dwóch najsprytniejszych, ale nie na długo.
Zabrano z wagonu bagaże młodych wyrostków, poutykane pod ławkami. Przy
przenoszeniu bagaży do radiowozu, z jednego z nich zaczęła się sypać mielona
kawa i wypadały pętka kiełbasy. Okazało
się, że milicjanci poszukiwali sprawców włamania do restauracji „Urocza”
dokonanego tuż po północy. Intuicja skierowała ich na dworzec PKP gdzie
rozegrała się cała opisana akcja.
Cała piątka młodzików wywodziła się z
Warszawy i to z odległych rejonów, bo aż z Pragi. Dalsze sprawdzanie
przeszłości amatorów łatwego zarobku pozwoliło na ustalenie, że byli oni
również sprawcami kradzieży z włamaniem do sklepu ZURT na ul. Bolesława Prusa w
Pruszkowie, skąd wynieśli towaru na ponad milion złotych. Dokonali również
wiele innych przestępstw na terenie Warszawy.
Najmłodszy z nich, szesnastolatek
Janusz G. zapytany, dlaczego się do nich przyłączył, odparł, że „ bo tak dobrze
się zapowiadali, tylko ten cholerny niefart w Pruszkowie”. I schylił głowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz