czwartek, 31 października 2013

Kucharz – amator

          Kolumb zasłynął z tego, że odkrył Amerykę. Tak mówią jego zwolennicy. Przeciwnicy natomiast twierdzą, że Amerykę odkrył ktoś inny, a Kolumb słynie z tego, że postawił jajko. Gotowanie ma to do siebie, że nie wszystkie dania muszą jednakowo długo prażyć się w garnku. Ziemniaki gotowane za długo, rozsypują się na krochmal. Jajko gotowane długo wcale nie mięknie, tylko robi się twardsze. I to wie każda szanująca się gospodyni, ale nie każdy szanujący się gospodarz.
          Na początku czerwca lokatorzy jednego z budynków w Pruszkowie zaalarmowali straż pożarną, że w jednym z mieszkań coś się pali, ponieważ kłęby dymu wydobywają się przez okno i drzwi na klatkę schodową. Strażacy zjawili się migiem, bo to dom mieszkalny z wieloma rodzinami, wdrapali się po drabinie na czwarte piętro i weszli do środka. Między kłębami dymu doszli do kuchni gazowej i zobaczyli, że na włączonym gazie stoi garnek, a w garnku gruba warstwa zwęglonej potrawy. To, co było w garnku zdążyło się wygotować i zwęglić.
          W postępowaniu nie ustalono, czy Kazimierz D. gotował coś na miękko czy twardo. Ustalono natomiast, że wyszedł z domu do zamówionej wcześniej kolejki i zapomniał o postawionym na gazie garnku. Całe szczęście, że skleroza nie boli tylko, ile to trzeba się nachodzić.



środa, 30 października 2013

Pruszkowski „western”

          Wszystko odbyło się zgodnie z kanonami westernowej sztuki. Bezksiężycowa noc kryła w ciemności przemykających chyłkiem pięciu wyrostków spieszących do stacji PKP. Było już dobrze po północy, gdy dotarli do budynków stacyjnych. Rzut oka na rozkład jazdy i rozczarowanie. Pierwszy pociąg pojawi się dopiero za pół godziny. Chwilę między sobą poszeptali i trzech odeszło w kierunku miasta a dwóch pozostało na miejscu, aby pilnować przyniesionych bagaży.
          Oczekiwanie na przyjazd pociągu było dla dwójki niezwykle wyczerpujące. Siedzieli koło bagaży jak na przysłowiowych, rozżarzonych węglach, z niepokojem wyglądając przed budynek stacji. Nie było ani pociągu ani kolegów.
          Koledzy, ci trzej, ruszyli w miasto, aby trafić jakiegoś denata i „oskubać go z pieniędzy”. Bo następnego dnia trzeba było coś, „zafartować”. Dla trójki, pół godziny przeleciało migiem, dla dwójki ciągnęło się niemiłosiernie.
          W pewnym momencie usłyszeli zbawczy gwizd. Już w piątkę, zabrali przyniesione ze sobą bagaże i ruszyli na peron. Na peronie pustka. Nie wychodzili wszyscy tylko wysłali zwiadowcę. Na peronie nikt się nie pojawił. Sami schowani byli za drzwiami poczekalni. Pociąg z gwizdem wtoczył się na stację między perony i równocześnie całą piątką puścili się biegiem do najbliższego wagonu. W wagonie, nie było dużo pasażerów. Jakoś się ulokowali i spokojni o przyszłość zaczęli żartować z przeżyć dnia poprzedniego. Po pewnej chwili zorientowali się, że pociąg jeszcze stoi na stacji, choć minęło już parę ładnych minut od wejścia do wagonu. Jeden z nich, najbardziej nerwowy osunął okno i wyjrzał na peron. Zaparło mu dech, nawet nie zdążył krzyknąć do kumpli. Na peron wjechała milicja.

          Co się działo w wagonie, nie da się opisać. Jeden próbując wyskoczyć przez okno zaczepił nogą o ramę i wyrżnął nosem o peron. Milicjanci pomogli mu wstać i wsiąść. Drugi salwował się ucieczką między tory, ale zaczepił nogą o druty i legł między torami jak długi. Milicjanci pomogli mu wstać i wsiąść. Trzeci nie chciał wyjść z wagonu i biegał jak oszalały pomiędzy ławkami. I jemu milicjanci udzielili pomocy, pomogli wyjść i wsiąść. Uciekło tylko dwóch najsprytniejszych, ale nie na długo. Zabrano z wagonu bagaże młodych wyrostków, poutykane pod ławkami. Przy przenoszeniu bagaży do radiowozu, z jednego z nich zaczęła się sypać mielona kawa i wypadały pętka kiełbasy.  Okazało się, że milicjanci poszukiwali sprawców włamania do restauracji „Urocza” dokonanego tuż po północy. Intuicja skierowała ich na dworzec PKP gdzie rozegrała się cała opisana akcja.
          Cała piątka młodzików wywodziła się z Warszawy i to z odległych rejonów, bo aż z Pragi. Dalsze sprawdzanie przeszłości amatorów łatwego zarobku pozwoliło na ustalenie, że byli oni również sprawcami kradzieży z włamaniem do sklepu ZURT na ul. Bolesława Prusa w Pruszkowie, skąd wynieśli towaru na ponad milion złotych. Dokonali również wiele innych przestępstw na terenie Warszawy.
          Najmłodszy z nich, szesnastolatek Janusz G. zapytany, dlaczego się do nich przyłączył, odparł, że „ bo tak dobrze się zapowiadali, tylko ten cholerny niefart w Pruszkowie”. I schylił głowę.

wtorek, 29 października 2013

Gdzie dwóch się bije....


          Wacław G. z Warszawy i Stanisław W. z Ursusa zaplątali się w Pruszkowie. Stanisław W. jako mieszkaniec niezbyt odległego miasta miał służyć za przewodnika i oprowadzać Wacława po zakamarkach pruszkowskich, za co obiecano mu całkiem niezłe pieniądze. Z obowiązków wywiązał się zupełnie nieźle, ponieważ późną, wieczorową porą był już porządnie napity. Podobnie jak fundator. Chodzili tak po mieście, aż pozamykano wszystkie sklepy, zamknięto nawet wszystkie, szanujące się meliny i nie było gdzie spędzić uroczych chwil do odejścia pierwszego pociągu. Na taksówkę nie stawiali z przyczyn prozaicznych. Nie mieli już pieniędzy.

          Wówczas to właśnie Stanisław W. wpadł na genialny pomysł. Jedziemy do domu rowerem - zarządził. I rozpoczęto szukanie roweru. Przypomniał sobie, że u znajomego na Kopernika nie zamykają na noc wejścia do budynku. A tam właśnie, w jednej z piwnic widział zupełnie niezły składak. Trochę zeszło im z dotarciem pod przypomniany adres, ale bez większych przygód znaleźli się przed drzwiami piwnicy. Urwali kłódkę i weszli do środka. Zachowali się po dżentelmeńsku. Potrzebowali tylko rower, więc nie brali innych przedmiotów, przechowywanych w piwnicy. Wygramolili się przed budynek i ...... problem. Kto ma jechać, a kto iść.
          Wacław G. przekonywał Stanisława, że to on powinien jechać, ponieważ mieszka dalej. Stanisław był innego zdania. Jechać powinien on, gdyż pomysł z rowerem jest jego, on ma bliżej to prawda, ale jest bardziej pijany. Rozprawiali nad jednym rowerem tak długo, aż nadjechał radiowóz. Dalej pojechali obaj – radiowozem.

poniedziałek, 28 października 2013

Nadgorliwy

          O urokach majowych nocy nikogo przekonywać nie potrzeba, chyba tylko tych, którzy zapomnieli, ze byli młodzi. Szczególnie przyjemnie jest w nocy, gdy na ulicach miasta gdzie mieszkamy, panuje spokój, porządek i jest czysto. Jak wiemy, czystość miasta zależy od jego mieszkańców bezpośrednio a pośrednio od sprawności służb miejskich. Sprawność służb zależy od pogody, gotowości pracowników i sprawności sprzętu. W zimie, gdy opady śniegu były niezwykle obfite, nie uświadczyło się na ulicach miasta samochodów MPO. Ciągle brakowało. Jak nie benzyny to części zamiennych. Nastała wiosna, rozpuścił się śnieg, zaczął padać deszcz i natychmiast na ulicach pojawiły się polewaczki. Tak przyzwyczailiśmy się do swoistego poczucia obowiązku pracy, pracowników MPO, że każde odstępstwo od powyższego schematu zaskakuje nas. Zaskoczyło to również patrolujących nocą ulicę naszego miasta, funkcjonariuszy milicji.
Przejeżdżali właśnie centralną ulicą Pruszkowa, Wojska Polskiego, gdy z ulicy Kościuszki powoli wychylił się gazik miejscowego MPO. Był to naprawdę niecodzienny widok, więc milicjanci zatrzymali się na chwilę, aby zobaczyć, kto w gaziku jedzie i dowiedzieć się przy okazji, po co.
Kierujący gazikiem również zauważył radiowóz i jak do tej pory wlókł się koło za kołem, tak w tym momencie „dał w rurę” i próbował zwiać. Niestety, ucieczka była z góry skazana na niepowodzenie. Zastopowano gazika i wyjęto kierującego z za kierownicy. Sam nie był w stanie ruszyć nogami. Po posadzeniu na krześle w pruszkowskiej Komendzie, rozbrajająco oświadczył zatrzymującym go milicjantom:

- Panowie.... ja.... wyjechałem na miasto by sprawdzić czy jest czyste.

niedziela, 27 października 2013

Desperat

          Mieszkanie. Ile się trzeba natrudzić, aby go zdobyć ten tylko się dowie, kto czeka na niego latami i nieraz straci zdrowie. Tak trawestując Mickiewiczowskie strofy można by poematy pisać o tych najbardziej wytrwałych, o zabiegach mniej wytrwałych, ale bardziej posażnych.
          Stanisław Cz. nie był ani wytrwały ani posażny. Ot przeciętny śmiertelnik z przeciętną potrzebą. W spółdzielni uważano, że jeszcze może poczekać. Stanisław Cz. uważał, że już nie może. Nie należał do ludzi najbardziej odważnych, był raczej z tych nieśmiałych, o których żony mówią, że to „d..pa wołowa”, ale i on miał dosyć nękania żony. Nawet dzieci własne śmiały się z ojca, że niby taki duży a nic nie potrafi „załatwić”.
          Nadeszła wiosna. Zobaczył jak zapobiegliwa para wróbli zaczęła lepić gniazdo. Nie zdzierżył. Dla dodania sobie animuszu wypił całą butelkę wódki i udał się do biura spółdzielni.

          Potarmosił sweterek na biuście uroczej sekretarki broniącej dostępu do prezesa i wpadł do gabinetu. Nie przystoi przytaczać słów, jakich używał obrazując działalność samego prezesa jak i całego zarządu. Zmęczony usiadł na podłodze i nie chciał się ruszyć. Wyprowadzany z gabinetu przez siły porządkowe, mamrotał zadowolony pod nosem:, „Ale im wygarnąłem”. Przydziału mieszkania jednak nie przyspieszył.

sobota, 26 października 2013

Disco show z morałem.

          Disco, dostępne w latach ubiegłych przeważnie dla „złotej młodzieży”, nareszcie trafiło pod strzechy. Ambicją niemal każdego większego czy też mniejszego miasta jest posiadania własnej dyskoteki. W pędzie do dyskotekowania społeczeństwa rodzimej wioski, miasteczka, przeznaczano na ten cel stodoły, garaże, remizy strażackie lub też z zasobów ichniejszych klubów budowano dyskoteki od podstaw. Do dyskotekowego szaleństwa przyczynił się walnie Franek Kimono, telewizja organizująca konkursy tańca disco oraz co tu ukrywać, sama młodzież. Dobrze, jeśli dyskoteka jest w miejscu zamieszkania chętnej młodzieży, ale zaczyna się problem wówczas, gdy dyskoteka znajduje się w innej miejscowości i po zakończeniu wspólnego skakania, trzeba pedałować do domu parę kilometrów.
          W takiej sytuacji byli mieszkańcy Pruszkowa – Dariusz F., Piotr P. i Sławomir D. Pruszków nie dorobił się jeszcze rodzimego szaleństwa, więc młodzieńcy udali się wygodnie, taksówką do pobliskiego Nadarzyna, w którym to miasteczku daleko od opiekunów, można na niedawno otwartej dyskotece w Zajeździe, hasać do woli. Tak też i hasali.
          Zabawa była na całego, więc nie spostrzegli, gdy organizatorzy zakończyli disco i gorąco zapraszali do opuszczenia lokalu. Więcej popili niż pojedli, wszystkiego nie wytrzęśli i gdy wyszli na świeże powietrze, wyrósł problem. Jak powrócić do domu?
          Próbowali zatrzymywać przejeżdżające samochody osobowe i dostawcze, ale kto się zatrzyma po północy, widząc pijanych młodzieńców. Rozglądali się za taksówką, ale też na próżno. Stali tak z pół godziny machając rękoma na wszystkie przejeżdżające samochody, a czas mijał.
          W pewnej chwili – trudno powiedzieć, który pierwszy wpadł na ten pomysł – doszli do wniosku, że najlepiej by było udać się do pobliskiego posterunku milicji i zażądać, aby odwieziono ich do domu, bo po to przecież jest milicja. Jak powiedzieli, tak zrobili. Odnaleźli posterunek.
          Wbiegli wściekli do posterunku w Nadarzynie i dalejże przekonywać posterunkowego o jego wręcz obowiązku służbowym odwiezienia ich do domu. Posterunkowy, człowiek stateczny, nie bardzo mógł zrozumieć, o co tym pijanym młodzieńcom chodzi, ale gdy zaczęli posterunkowemu wyrywać kluczyki od służbowego samochodu, próbowali uruchomić stojący przy posterunku służbowy motocykl, posterunkowy spełnił ich życzenie. Wsadził młodzieńców do samochodu i odwiózł do Pruszkowa. Do aresztu w Komendzie. Mieli wyjątkowe szczęście, że był to bardzo spokojny i zrównoważony posterunkowy.

czwartek, 24 października 2013

Artystyczna dusza

          Wiele ciepłych słów kierowano pod adresem zespołów estradowych działających na terenie Pruszkowa. Jakich to trzeba wyrzeczeń może tylko te powiedzieć, kto w młodości czując nieodpartą potrzebę dawania z siebie jak najwięcej, uczestniczył w pracach zespołów amatorskich. Dawało to tylko namiastkę wielkiego aktorstwa, ale pozwalało jednocześnie na bezpośredni kontakt z prawdziwymi artystami o znanych nazwiskach.
          Praca w takim zespole spełniała również funkcję wychowawczą. Trzeba było ciągle dorównywać najlepszym, poświęcać dużą ilość czasu na doskonalenie samego siebie. Zdarza się jednak, że rywalizacja taka przenosi się z gruntu artystycznego na grunt kryminalny.
          Jerzy T. i Artur J. znali się od dawana. Majowego popołudnia wybrali się wspólnie z kolegami na oblewanie jakiejś tam okazji. Młodzieńcy wprawdzie nie mieli zbyt dużo czasu, ale mieli dużo alkoholu. Dlatego też postanowili wypić to, co mieli, jak najszybciej. Nie wnikając głęboko w przyczyny braku czasu, podkreślić należy, że młodzieńcy w czasie picia żywo dyskutowali nad problemami natury artystycznej. Dyskusja owa okazała się tak zajmująca, że nie zauważyli, jak opróżnili cały zapas alkoholu. Więc wynieśli się na ulicę.

          Była to pora nocna, ale w zaciętości dyskusji nie zauważyli, że przełamali ciszę nocy, dobierając w dyskusji, co bardziej soczyste argumenty. Zarówno jedna jak i druga strona, nie poddając się argumentom strony przeciwnej rozgrzewała się w dyskusji. Doszli tak do kiosku „Ruch” przy ul. Lipowej. W tym właśnie miejscu nastąpił finał. Jerzy T. używając najcięższego argumentu zamachnął się potężnym ciosem. Nie trafił swojego interlokutora, trafił w szybę w kiosku. I tak właśnie zakończyła się młodzieńcza dyskusja o przeżyciach związanych z działalnością artystyczną. Arbitrem niedokończonej dyskusji stało się Kolegium ds. Wykroczeń.

Dorobkiewicz

Nie tak dawno dorobkiewiczem nazywano pogardliwie człowieka, który nie przez dziedziczenie, przynależność do wyższych sfer, dochodził do majątku. Dochodził przez umiejętne wykorzystanie praw rynku. Czasy się zmieniły. Ludzi z takimi majątkami jest teraz wielu i termin znalazł nowe zastosowanie. Obecnie terminem dorobkiewicza określa się człowieka, który dorabia „na boku”.
          Ryszard C. I Kazimierz B. mieszkańcy wielkiej Warszawy, byli właśnie takimi dorobkiewiczami. Pracując na „państwowym” mieli widoki na majątek. Ryszard C. Otrzymał właśnie mieszkanie. Nie ważne, że to mieszkanie zastępcze, bez większych wygód, ale w mieszkaniu takim też trzeba coś mieć, tym bardziej, że do mieszkania tego zamierzał wprowadzić poślubioną żonę, mieszkankę Zielonki.
          Kazimierz B. czuły na kłopoty swojego przyjaciela, postanowił mu w tym pomóc. Postanowili zacząć od wyposażenia mieszkania w kuchnię gazową. To nie szkodziło, że w mieszkaniu nie było gazu. Gaz był do załatwienia przez kuzyna ciotki Kazimierza B.

          Wybrali się poza Warszawę i dotarli do Piastowa. Wyszli z dworca kolejowego w lewo i na najbliższej ulicy zobaczyli nieduży dom, w budzie nie było psa i wokół żywego ducha. Dostali się do domu i w pomieszczeniu kuchennym zobaczyli obiekt swojego pożądania. Stojąca kuchnia gazowa jak by czekała na zabranie. Udając niby to robotników, wynieśli kuchnię z domu i niby nic, powędrowali na dworzec PKP. Ludzie jak to ludzie, oglądali się za nimi jak za zjawą, ponieważ w Piastowie już od dłuższego czasu nikt w sklepach kuchni gazowych nie widział. Zainteresowało to również załogę Piastowskiego radiowozu, szczególnie jednego z funkcjonariuszy, który również kuchni potrzebował. Zatrzymali radiowóz i jeden z nich podszedł do Ryszarda C i Kazimierza B., aby zapytać. W tym momencie Kazimierz B. nie wytrzymał nerwowo, puścił z rąk kuchnię i wyrwał do przodu z niezwykłą szybkością. Ryszardowi C, szkoda było kuchni i dzięki jego wyjaśnieniom mogliśmy przeczytać powyższą historię. · 

środa, 23 października 2013

Modliszka cz. 2


          Nadeszły wakacje i część jej znajomych wyjechała do rodziny, znajomych czy też na zwykły odpoczynek. Barbara, świeża na wydziale, zdawała sobie sprawę, że urlop będzie miała później, teraz musi na to zapracować. Część jej znajomych została na miejscu i dla podtrzymania tradycji spotykali się w godzinach popołudniowych na symbolicznej lampce wina. Były to spotkania stałych grup, do których zapraszano, co jakiś czas nowe twarze. Liczono na to, że poszerzając grono znajomych, niektóre osoby mające trudności z zapoznaniem odpowiedniego partnera, na takich bez stresowych spotkaniach mogą się otwierać na nowe kontakty.
          I tak się stało. Któregoś lipcowego popołudnia, jedna z koleżanek na zbliżające się imieniny Jolanty, zaprosiła swoją stałą grupę koleżanek i kolegów, uzgadniając, że któreś zaprosi jeszcze swoich znajomych. W ten oto sposób, na jednym spotkaniu znalazła się Basia oraz Krzysztof S. Od razu przypadli sobie do gustu. Po wstępnych, rozpoznawczych manewrach, znaleźli wspólne tematy, na których oboje dobrze się znali. Krzysztof godzinami mówił o Harleyu, jego historii, wprowadzanych ulepszeniach zakupionego motoru, marzeniach, których realizacja pozwoli na kupno nowszego lub nawet nowego Harleya, jeśli uda mu się wyjechać do Stanów. Barbara też miała marzenia, ale innego rodzaju. Chciała już związać się z mężczyzną na stałe, ale z takim, który będzie odpowiadał jej pod każdym względem, szczególnie seksu. Spotkanie zakończono grubo po północy i Krzysztof zaproponował, że Barbarę zawiezie do jej miejsca zamieszkania w Pruszkowie. Wprawdzie nie było to daleko, jakieś dwadzieścia kilometrów, ale Barbara zastrzegła się od razu, że mieszka z rodziną pracującą, siostra się jeszcze uczy i do domu nie może Krzysztofa zaprosić. Krzysztof nie naciskał, jedynie zaproponował spotkanie na neutralnym gruncie. Basi to odpowiadało.
          Upłynęło kilka dni, Krzysztof zadzwonił do pracy i zaproponował spotkanie w kawiarni, tuz przy jej miejscu pracy. Jak zwykle, przyjechał na motocyklu, błyszczącym, tak wyczyszczone były elementy zewnętrzne. Barbara zdawała sobie sprawę, że motocykl i to tej marki dodawał Krzysztofowi szpanu. Widziała te spojrzenia kobiet ścigających Krzysztofa czy szedł sam czy też razem z nią, biła z nich typowa samicza zazdrość. Rozmowa w czasie spotkania poświęcona była więcej wspomnieniom i obgadywaniem ich wspólnych znajomych ze spotkań na jakich bywali, ale w podtekście rozmów, w spojrzeniach, w gestach Krzysztofa i Barbary, w dotykaniu siebie, atmosfera była gęsta od seksu. Oboje czuli to samo i zdawali sobie sprawę, że to jest nieuchronne, to musi nastąpić, aby przypieczętować ich znajomość. Ponieważ był to ciepły lipiec, umówili się na dzień następny przed południem, w domu Barbary.
          Barbara powiadomiła rodziców, uzgodniła wszystko z siostrą i miała do wieczora mieszkanie wolne, dla siebie. Krzysztof przyjechał punktualnie wnosząc do mieszkania bukiet róż i dużą butelkę szampana.
Trudno im było zachować umiar, chcieli jak najlepiej wykorzystać wolne mieszkanie. Krzysztof po uściskaniu Barbary nawet nie zapytał, tylko widząc świeżo posłane łóżko, zaczął ściągać ubranie z Barbary jedną ręką a drugą ściągał ubranie z siebie. Padli sobie w ramiona, rzucili się na łóżko i dali upust swojemu pożądaniu. Barbara zdążyła tylko wzrokiem omieść wyposażenie partnera nie zdążyła nic powiedzieć i już był w niej. Robili to jak doświadczeni partnerzy, potęgując swoje odczucia, wzmacniając bodźce niezbędne do uzyskania ostatecznego efektu. Krzysztof pracując, delikatnie palcami poszukiwał szczególnego punktu, takiego jak miały inne jego dziewczyny a Barbara paznokciami
orała mu skórę pośladów, próbując wzmocnić własne odczucia. W pewnej chwili, gdy wydawało jej się, że nadchodzi ciągle umykający finał, nie mogąc się doczekać upragnionego zakończenia, złapała leżące na szafce przy łóżku nożyczki, podniosła do góry i biorąc pełen zamach wbiła je Krzysztofowi poniżej lewego pośladka, dochodząc do kości udowej. Krzysztof zawył, zerwał się z łóżka i krzycząc z bólu wyskoczył przez otwarte okno. Basia mieszkała na drugim piętrze.

          Wezwany lekarz pogotowia wyjął nożyczki, unieruchomił połamane ręce, nogi i karetką zawiózł gołego Krzysztofa do szpitala. Barbara była w szoku. Nie chciała Krzysztofa zabić. Chciała go tylko zmusić, aby ją zaspokoił. No, i nie zaspokoił. Nie zdążyła dokonać pomiaru.

poniedziałek, 21 października 2013

Modliszka cz. 1

Barbara B. miała bogaty życiorys. W sensie pozytywnym. Od najmłodszych lat pasjonowała się śpiewem a głos miała naprawdę ładny oraz tańcem. Przez krótki czas tańczyła w pruszkowiakach, ale nie mogąc prezentować swojego głosu, zrezygnowała z pobytu w tym zespole. Gdy miała szesnaście lat zdawała i dostała się do zespołu Mazowsze w Karolinie. Uroda, wdzięk połączony z talentem pozwolił oceniającym przyjmować, że warto w dziewczynę zainwestować. Wszelkie propozycje składane Barbarze nie satysfakcjonowały ją. Nie była zadowolona, nie pozwalano jej stosować własnych interpretacji, nie pozwalano jej rozwijać własnych zdolności. Tak się tłumaczyła. I coś w tym było.
          W ogólniaku też miała takie pretensje. Dla świętego spokoju, pozwalano jej na stosowanie własnych pomysłów, ale zdawano sobie sprawę, że to tylko do matury. Pozwolono jej zdać maturę, chociaż miała u niektórych nauczycieli „krzywe kluchy” mogące negatywnie wpłynąć na oceny. Była indywidualistką.
          Jaką. Pokazała na studiach. Po pierwszym roku załatwiła sobie indywidualny tok studiów, utrzymując oceny na poziomie bardzo dobrym. Była dobra. Miała dobre oceny, miała stypendium, miała perspektywy pracy na uczelni, o czym rozmawiano z nią już po drugim roku proponując wybranie tematu pracy magisterskiej, który później pogłębiany będzie stanowił rozprawę doktorską a jeszcze bardziej pogłębiony, będzie podstawą habilitacji. Czyli miała widoki. Nie miała tylko jednego.
          Nie miała stałego chłopaka. Matka, ojciec, ciotki, wujowie, młodsza siostra, na spotkaniach rodzinnych boleli na swój sposób, że Basia chodzi sama a czas ucieka. Wiadomo, że do końca studiów już nie daleko, perspektywy pracy są a w sercu nikogo nie ma. Matka, ojciec, ciotki, wujowie, boleli nad tym, że Basia zmieniła orientację i lubi tylko kobiety. Siostra wyręczała Basię w tych tłumaczeniach, wiedząc, że to nie prawda. Rodzina jednak nie dowierzała. Siostra wprawdzie proponowała Barbarze, żeby zorganizowała sobie jakieś spotkanie ze swoim chłopakiem w ciągu dnia w mieszkaniu rodziców i niby to nie chcący dała się złapać rodzicom, gdy powrócą z pracy. Ale Barbarze to nie odpowiadało. Barbara wiedziała to, czego nie wiedzieli rodzice, ciotki, wujowie i siostra. Barbara była głęboka.
          Dowiedziała się o tym, gdy jeszcze w ogólniaku, na jakiejś prywatce, jeden ze wspólnych partnerów ją zdybał, pozbawił dziewictwa, ale nie zaspokoił. Basia radziła się koleżanek, ale nie mogła nic się dowiedzieć. Swoim zwyczajem, wzięła to w swoje ręce i szukając w książkach, znajdowała różne informacje. Między innymi i taką, że swoje punkty erogenne ma ukryte głęboko w pochwie. I tu szkopuł. Co wzięła chłopaka, próbowała z przodu, próbowała z tyłu, próbowała z boku i cały czas było nie to. Druga informacja podpowiadała, że chłopakowi należy pomóc dociskając go nogami do siebie. Też nie pomagało. Postanowiła prowadzić selekcję. Dziwnie wprawdzie to wyglądało, gdy na prywatce u któreś koleżanki z roku, któryś z chłopaków zainteresował się Barbarą, Barbara zorientowawszy się, że chłopak jest gotowy do wzięcia, rozczapierzała dłoń i dokonywała pomiaru. Jeśli nie spełniał oczekiwań, Barbara umiejętnie rezygnowała z propozycji i kończyła zabawę. Nie zdarzało się to często, ale miała kilka takich przypadków. Koleżanka, której przypadkiem się zwierzyła, zaproponowała jej, aby partnera szukała wśród studentów z Afryki, Ameryki Południowej, z Indii.
          Krzysztof S. mieszkał w Warszawie. Skończył studia na Politechnice i pracował w FSO na stanowisku kierownika. Nie ma znaczenia, jakiego. Po studiach, wysoki, szczupły szatyn, na każdej prywatce miał branie. Koledzy wiedzieli o pasji Krzysztofa. Uwielbiał motory. Mając możliwość wyjazdu, za granicę do Niemiec, podjechał do ichniego komisu motorowego i kupił używany motor Harley- Davidson, szpanując nim i wożąc świeżo poderwane panienki. Opowiadał im różne historie, że kupił motor pochodzący z Milwaukee w stanie Wisconsin w USA, dosłownie za grosze. Nie wspominał tylko, ile lat ma ten motocykl. Dziewczynom wożonym z tyłu, na siedzeniu z oparciem, nie przeszkadzał wiek motocykla. Dla nich był ważny wiek kierującego motorem. Dla Barbary liczyło się jeszcze coś.
          Barbara nie szukała męża, na razie szukała mężczyzny, z którym mogłaby się dopasować i ewentualnie później zastanawiać się czy ta znajomość ma szansę na wspólne życie w stałym związku. Miała dużo zajęć, obroniła pracę magisterską, wpisała się na studium doktoranckie, zatrudniła się jako asystent na swoim wydziale i zdawałoby się, że nic nie jest w stanie zakłócić tego porządku. Rodzice proponowali Basi zakup mieszkania na niedalekim niedawno wybudowanym osiedlu, ale nie była gotowa. Mówiła rodzicom: ”Nie jestem na to jeszcze gotowa”. Więc rodzice czekali na gotowość Basi, dając wyraz swojej tolerancji umawiali się z Basią, że jeśliby potrzebowała pokoju dla siebie, powinna tylko powiedzieć dzień wcześniej im i siostrze i ma pokój do dyspozycji.



Ustosunkowany

          Lucjan K. miał chody. Specjalnie się tym nie chwalił, ale ludzie wiedzieli, że jeśli chcą mieć pralki, lodówki, dywany, to należy jak w dym, walić do Lucjana. Pomagał, bo miał możliwości, chociaż są i tacy, co pomagają, gdy możliwości tych nie mają, chociaż przekonują, że je mają. Nie tak dawno, w latach siedemdziesiątych, żeby mieć takie możliwości, trzeba było wysoko awansować. Obecnie nie należy się nawet wysilać.
          Lucjan K. był kierowcą i miał szczęście, pracował w swoim zawodzie. Posiadał odpowiednie talenty i dlatego był kierowcą-konwojentem. Początkowo, a było to w okresie kryzysu, Lucjan K. był niezwykle ostrożny. Pobierał towar z magazynu zgodnie z fakturą i wiózł go w miejsce przeznaczenia, to znaczy do sklepu, ( bo nie zawsze miejsce przeznaczenia jest sklepem).
          Razu pewnego, gdy Lucjan K. pobrał towar z magazynu, podszedł do niego jakiś pracownik i od niechcenia zapytał Lucjana, czy jadąc z towarem do sklepu, nie jedzie przez ( dajmy na to) Wolę. Lucjanowi wydłużało to wprawdzie trasę, ale jak kolega prosi..... Pojechali. Po drodze, ledwie poznany kolega zagaił, że gdyby to Lucjanowi nie zrobiło różnicy, to mogliby się towaru pozbyć wcześniej a zaoszczędzony czas mógłby wykorzystać na lepsze poznanie siebie.

          Lucjan K., żonaty, z dwojgiem dzieci „ustawił chrapy pod wiejący wiatr” i skorzystał z nęcącej propozycji. Od tej chwili, co jakiś czas przejeżdżał przez „Wolę” i tam pozbywał się części towaru. Z kierownikami sklepów nie miał żadnych problemów. Jednemu przywiózł towar, którego akurat nie było na fakturze, ale był potrzebny prywatnie, drugiemu postawił „dobrą „ wódkę i jakoś go zblatował. Szło dobrze, więc któregoś razu wygadał się żonie. A że kobiety zawsze dobrze wiedzą o potrzebach swoich i bliskich koleżanek, żona Lucjana K. postanowiła wspomóc swoje koleżanki. Od tego czasu Lucjan K. zostawiał część towaru na „Woli” a następnie w miejscu zamieszkania. I wiadomo, że jak kobiety się wezmą do organizacji czegoś, to wie o tym cała okolica. I tak się stało. Któregoś dnia Lucjan K. przedpołudniem, zamiast z towarem do sklepów, zajechał pod swój dom, gdzie czekali odbiorcy. W chwili rozładunku towaru nadjechali milicjanci. Co było dalej, łatwo sobie dopowiedzieć.

niedziela, 20 października 2013


Zapobiegliwy? A ubezpieczenie?

          Pamiętacie Państwo szał kolejkowy pod stacjami benzynowymi CPN-u? Upór, z jakim ludzie czekali na zakup przydziału benzyny, wprawiał w osłupienie nie tylko rodzinnych pesymistów, ale i ludzi odwiedzających nasz kraj. Dziwili się niezwykle rozluźnieniu dyscypliny w zakładach pracy. Nie prowadzono badań, ilu na stu oczekujących w kolejkach jest pracownikami pierwszej, drugiej lub trzeciej zmiany, ilu jest wolnych zawodów a ilu zawodowych „staczy”. Nie prowadzono statystyki ilości kursów do stacji CPN-u po odbiór kartkowej benzyny, nie badano ile benzyny wychodziło poza wszelkim przydziałem.
          Widziało się na ulicach stojące samochody z wystającymi z baku gumowymi lub plastikowymi rurkami i właścicieli zasysających średnio oktanową benzynę, aby spuścić ją do kanistra, butelki, pojemnika plastikowego lub nawet torebki foliowej.
          Stanisław M. mieszkaniec Michałowic dając się ponieść przed podwyżkowemu amokowi, postanowił zakupioną benzynę zlewać do beczki stulitrowej. Wybrał do cna należny przydział benzyny i obliczywszy ile będzie do przodu po podwyżce ceny, zajął się pracą na działce.
          W kilka dni później, kwietniowego popołudnia – jak później tłumaczył Stanisław M. – bez żadnego powodu, zmagazynowana w piwnicy benzyna wybuchła, powodując zapalenie się budynku. Całe szczęście, że był to budynek jednorodzinny. Stanisław M. obliczał później ile jest do tyłu. A domu nie ubezpieczył.

sobota, 19 października 2013

Chodzący sklep nocny?


          Kwietniowe noce też maja swój urok. Na ulicy Lipowej, około pół nocy, do cywilnego patrolu milicjantów z Pruszkowa podszedł starszy mężczyzna z wypchaną torbą gospodarczą.
- Panowie – zaczął ochrypłym głosem – mam coś do sprzedania.
          Ponieważ była to niecodzienna sceneria proponowanej transakcji, zaproszono starszego pana do samochodu. Starszy pan w samochodzie poczuł się pewniej i stał się wylewniejszy.
- Panowie – ciągnął ochrypłym głosem – miałem niefart. Pędziłem bimber i pękł mi balon. Cały zajzajer wypłynął na podłogę. Mam w torbie sześć kilo cukru, kupcie ode mnie taniej niż w sklepie, na mecie też nie kupicie taniej.
          Cukru od starszego pana nie kupili, ale odwieźli staruszka do domu. Okazało się, że cukier zabrał córce za karę, bo nie chciała dać pieniędzy na butelkę. Staruszek zamiast podziękować za podwiezienie do domu, skomentował zaistniał sytuację:
- Cholera, nie ma już porządnych ludzi, z którymi nocą można pohandlować.


piątek, 18 października 2013

Piroman

          Eugeniusz Z. elektryk z „Herbapolu” w Pruszkowie, nie wyrósł z pomysłów dziecięcych. Mając kilka lat straszył matkę w mieszkaniu, strzelając z papierowych toreb. Gdy podrósł, kombinował karbid i podlewając go wodą strzelał z puszek w Wielkanocne poranki.
          Będą już dorosłym, nie chciał korzystać z doświadczeń lat dziecięcych, tylko postanowił petardę wyprodukować własnym sposobem. Nie miał miejsca w domu, dlatego zaczął eksperymenty w pracy. Mając łatwy dostęp do naboi pistoletu kołkowego, zrodził się w jego głowie, pomysł na petardę odpalaną elektrycznie. I tak właśnie zrobił.
          Nie wytrzymał jednak do świąt, tylko dużo wcześniej zaczął gromadzić potrzebny materiał. Miał już prawie wszystko: przewody elektryczne, proch, paski taśmy izolacyjnej do zabezpieczenia pojemnika no i sam pojemnik. Składając wszystko do kupy wciąż udoskonalał swój pomysł aż w pewnym momencie petarda wybuchła mu w rękach. Doznał bardzo poważnych obrażeń. Całe szczęście, że nie było nikogo w jego pobliżu. Może ten przypadek spowoduje, że Eugeniusz Z. wydorośleje?
  
Emeryt z przekonania.

Włodzimierz K. od dawna już nie pracował. Nie, dlatego, że nie mógł z uwagi na inwalidztwo. Po prostu doszedł do wniosku, że się natyrał. Faktem jest, że młodo zaczął pracować, że młodo się ożenił i szybko został ojcem. Osiągnąwszy wiek czterdziestu siedmiu lat, poczuł się emerytem. To było jego odczucie a nie władz. Władza trzymając się przepisów, nie chciała przyjąć do wiadomości buntu Włodzimierza K.
          Wobec takiego stanowiska władz, pan Włodzimierz postanowił nie przyjmować żadnej pracy. Sprzeciwiały się jego niechęci, żona i córka, ale Włodzimierz K. nic sobie nie robił z babskiego gadania. Sytuacja w domu stawała się bardzo napięta. Żona jeść nie dawała i nie tylko jeść. Córka również nie kwapiła się do utrzymania ojca. Zatem zostało mu tylko „organizowanie” pieniędzy, aby przeżyć.
Początkowo odwiedzał znajomych i wykorzystywał ich niewygasłą przyjaźń. Ale i to nie starczyło na długo. Nie widząc innego wyjścia, podkradał pieniądze żonie, córce i zięciowi. Rodzina przymykała oczy, gdy chodziło o małe sumy, ale nadszedł dzień i gdy i córka nie wytrzymała. Stało to się wówczas, gdy Włodzierz K. zabrał z mieszkania pierzynę posagową i radio. Tego dla dziewczyny było już za dużo.
- Panie dzielnicowy – tłumaczyła Janina G. – najpierw z matką dali mi pierzynę a później odbiera? Niech idzie do piekła.

I tak się stało. Włodzimierzowi K. zabezpieczono wikt i opierunek na najbliższe kilka miesięcy. Co będzie dalej? Pewnie poprosi o przedłużenie pobytu na czas odległy. Byleby bez żony, córki i zięcia.

czwartek, 17 października 2013

Pokerzystka


          Barbarę K. znają w pruszkowskim półświatku jako dziewczynę z fasonem. Gdy ma pieniądze, świat do niej należy, gdy nie ma, ona należy do świata. I tak sobie nieźle egzystuje. Marcowego popołudnia była pod kreską i należała do świata. Kręciła się niespokojnie po zapełnionej Uroczej, szukając fartu.
          W pewnej chwili dojrzała rozbierającą się w szatni młodą dziewczynę, oddającą do rąk szatniarki białą, pikowaną kurtkę. Ostatni krzyk mody – pomyślała i już wiedziała, co dzisiaj zrobi.
          Odczekała przy stoliku gościa, z którym przyszła, niecałe pół godziny, po czym niby nic, poszła do szatni. Stanęła przy balustradzie i od niechcenia poprawiając swoją puszystą, jasną fryzurę zwróciła się do szatniarki:
- Pani Zosiu, pani da tą białą kurtkę, bo Lidka chce wyjąć pieniądze.
          Pani Zosia, nowa pracownica w szatni oceniła, że nie ma nic groźnego i podała jej kurtkę. I tyle widziała Barbarę i kurtkę.
          Barbara K. odczekała tylko tydzień i ubrana w modną kurtkę zawitała do Uroczej. Pomyliła rachunek dni. W szatni była niestety pani Zosia, która nie miała najmniejszego zamiaru płacić za skradzioną kurtkę. Nie dając poznać, że rozpoznała Barbarę, odebrała od niej kurtkę i wręczyła numerek. Gdy Barbara wtopiła się w swoje towarzystwo, pani Zosia powiadomiła milicję i osobiście dopilnowała, aby Barbara odjeżdżając radiowozem, zabrała z szatni kurtkę właściwą.

Wapno

          Pruszkowska Elektrociepłownia dożywa sędziwego wieku – pisano w latach, gdy tuż, tuż, miał powstać kombinat ciepłowniczy. Kombinat może powstanie a Elektrociepłownia, sądząc z dodawanych kotłów, żyć będzie długo. Co ludzie robią w Elektrociepłowni, na ogół wiemy. Niech tylko w którymś z mieszkań kaloryfer będzie niedogrzany, natychmiast płyną życzenia pod adresem właśnie Elektrociepłowni. Ale co można z Elektrociepłowni ukraść? Pomijam rury, chociaż niedawno przedstawiciel dyrekcji przekonywał, że KTOŚ ukradł kilkadziesiąt sześciometrowych rur. Przekonywani nie bardzo w to wierzyli. Nie wyglądało to na wyniesienie w kieszeni i słusznie. Bo rur nie ukradziono tylko położono w innym miejscu. Nie wspominam o narzędziach, w które zaopatrywano się na terenie Elektrociepłowni niczym w magazynie „pewexowskim”. To już przeszłość. A teraz?

          Okazuje się, że można ukraść to, na co w okolicy jest zapotrzebowanie. Waldemar O. Kierowca-konwojent pobrał z wytwórni, w Sitkowcu, cały samochód worków z wapnem, przeznaczonych dla Elektrociepłowni w Pruszkowie. Przy zdawaniu towaru do magazynu „zabrakło” Waldemarowi tylko trzydzieści pięć worków z wapnem. Zrobił w magazynie awanturę, próbując wmówić magazynierowi, że przywiózł ilość właściwą, tylko magazynier przy zdejmowaniu z samochodu nie dopilnował i ktoś ukradł taką ilość wapna. Magazynier, człowiek doświadczony, przypomniał panu Waldemarowi, że jadąc z załadowanym samochodem, przejeżdżał przez tereny rolnicze. A wiadomo, szło już na wiosnę.

środa, 16 października 2013

W czasie deszczu ...


          ...dzieci się nudzą – śpiewał Wojciech Młynarski. Dopóki dziecko chodzi do szkoły podstawowej, to jeszcze czasami wychowawczyni pogoni, gdy głupie pomysły w młodej głowie lęgną się na lekcjach, czasami znajdzie się porządny kolega, który jeśli nie wychowawczyni to rodzicom powie, co wyrabia jego protoplasta.
          Ale gdy dziecko skończy szkołę podstawową, zdarza się, że rodzice podrzucają swoje pociechy do babci. Wychodzą z założenia, że swoje zrobili, obowiązek kształcenia odfajkowali.
          A tymczasem takiego ni to dorosłego, ni to jeszcze dzieciaka, porywają wielkie fale życia. Dzieci w tym okresie starają się różnymi sposobami małpować dorosłość. Na jednym pruszkowskim podwórku, grupa dziewięciu czternasto- szesnasto- latków ni to dorosłych ni to dzieci, „główkowała”, co by tu zrobić fajnego, bo taka nuda, że wyć się chce. Postanowili założyć bandę z prawdziwego zdarzenia, w wojskowych uniformach i z wojskowymi dystynkcjami. Jak to zdobyć?
          Jacek W. przypomniał sobie, że koło jego miejsca zamieszkania, są w piwnicach magazyny Urzędu Miejskiego, przechowujące ubrania wojskowe i inne dodatki. Poszli za Jackiem, obejrzeli miejsce i po fachowej ocenie, że zawieszone kłódki weźmie byle sztamajza, wzięli ze swoich domów, co było potrzebne, włamali się i weszli do środka. Wybrali dla siebie pasujące rozmiary ubrań wojskowych, odszukali dystynkcje, zabrali trochę sprzętu i poszli się formować. Nie zdążyli.
          Włamanie ujawniono bardzo szybko, tak, że w grupie nie zdążyli się przebrać ani uzgodnić, – kto ma dowodzić i co to ma być za banda.

Odzież i sprzęt oddali, kłódki na drzwiach powieszono solidniejsze, ale dzieci pozostały na podwórku i nadal się nudzą. 

wtorek, 15 października 2013

Delikatny chłopiec, a jednak zabił niewinnego człowieka.


          Był bardzo delikatnym chłopcem. Uczynnym i pogodnym – jak mawiał o nim proboszcz pobliskiej parafii. Mieszkał z matką i czworgiem młodszego rodzeństwa, w czynszówce, na pierwszym piętrze. Mieszkanie mieli niewielkie, dwa małe pokoje z kuchnią. Wygódka wspólna, na korytarzu.
          Ojciec, jak go zapamiętał, pracował w pobliskim Julinku w administracji, na odpowiedzialnym stanowisku konserwatora. O jego ojcu też mówili, że jest uczynnym i pogodnym człowiekiem, do czasu, gdy nie przyłączył się do jednego z taborów cyrkowych, wyjeżdżających za granicę. Ojciec wyjechał, a on został z matką i musiał jakoś matce pomagać w pracy w pobliskim PGR-ze. Dostali kilka razy pocztówkę od ojca, raz ze Szwecji, Norwegii i chyba ze Stanów, ale nie był pewien. Ojciec obiecywał, że jak stanie na nogi, to ściągnie ich do siebie, ale tak się nie stało. Pomału zapominał o swoim zobowiązaniu, o żonie i o swoich dzieciach.
          Jacek B., bo o nim mowa, dorastał w poczuciu krzywdy, widząc jak matka codziennie skoro świt wstaje i jedzie do pracy, wraca zaś wieczorem, gdy młodsza od Jacka siostra, kroi pieczywo i wspólnie z drugą młodszą siostrą robią kanapki i grzeją mleko, na kolację dla wszystkich. A jest pięć gęb do wyżywienia.
          Jacek skończył swoją szkołę podstawową z zupełnie niezłym wynikiem i wychowawczyni jego klasy, znając sytuację w domu, proponowała, aby Jacek poszedł rano gdzieś do przyuczenia zawodu i zarabiając mógłby pomóc matce, wieczorami zaś powinien pójść do szkoły wieczorowej w Nowym Dworze lub gdzieś w pobliżu i uczyć się dalej.
Jacek nie akceptował takiego rozwiązania, ponieważ nie miał żadnego środka lokomocji do przemieszczania się z miejsca na miejsce, a myśl o autobusach zupełnie odrzucał. Marzyło mu się mieć własny samochód i wozić całą rodzinę, mamę do pracy i z pracy a rodzeństwo na różne wycieczki.
Lubił marzyć. Gdy nastawała wiosna i lato, Jacek dużo chodził. Mama mówiła, że chodzi bez żadnego celu, ale on wiedział, że cel swój ma. Wychodził z domu i szedł w stronę Julinka, następnie przez Zaborówek do Janówka, Zaborowa i z powrotem do Leszna. Takie spacery robiły mu dobrze, mógł marzyć. Chciał być z ojcem. Nie miało dla niego znaczenia, że od kilku lat ojciec nie odzywa się, wiedział, że gdyby do niego dojechał, ojciec by go przyjął i dał mu wszystko, co najlepsze.
Chodził i na dłuższe trasy. Lubił zbierać grzyby w różnych miejscach i różnych lasach. Najwięcej znajdował w lesie Kampinowskim, gdzie rosną różne drzewa, na szlakach mało uczęszczanych przez innych ludzi.
Któregoś dnia, rozgrzany spacerem i promieniami słońca szedł sobie drogą przez las kampinowski, przypominając sobie swoje różne marzenia, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód. Obejrzał się do tyłu i zobaczył Fiata 126p prowadzonego przez starszego mężczyznę. Kierowca dojechał samochodem do Jacka B., zatrzymał się i zapytał go o drogę. Jacek tłumaczył, ale widać było, że kierujący tym samochodem nie bardzo mógł się zorientować w kierunkach dróg, dlatego zaproponował, że wsiądzie do tego samochodu i pokaże kierującemu, gdzie ma skręcić. Wsiadł do samochodu i wsiadając wymacał w prawej kieszeni spodenek, nóż dosyć długi, składany, jaki miał ze sobą do obierania grzybów. I w tym momencie ożyły w nim marzenia, które wcześniej odesłał do lamusa. Nagle w myślach ujrzał siebie za kierownicą tego samochodu.
Usiadł na fotelu, spokojnie pokazał drogę i widząc, że kierujący mężczyzna jest mocno zajęty wypatrywaniem korzeni na drodze, którą jechali, prawą ręką otworzył wyjęty na wierzch, składany nóż, ujął go mocno i krzycząc – hamuj, uderzył ostrzem noża w szyję mężczyzny. Kierujący automatycznie zahamował, chwycił się rękoma za szyję i zdziwiony spojrzał na Jacka. Jacek nie wytrzymał tego wzroku i ponownie uderzył ostrzem w kark mężczyzny. Mężczyzna osunął się na siedzenie i po chwili sprawiał wrażenie jakby nie żył.
Jacek podbiegł od strony kierowcy, wyciągnął ciało mężczyzny na pobocze i przyrzucił je zakrwawionym pokrowcem przedniego siedzenia, marynarką opróżnioną z portfela i różnych drobiazgów a następnie gałęziami i liśćmi. Szmatami, które były w bagażniku powycierał zakrwawione inne elementy wewnątrz samochodu, usiadł na miejscu kierowcy i powoli, tak jak podpatrywał innych kierowców, ruszył do przodu. Cieszył się. Nie myślał o kierowcy. Cieszył się, że ma swój samochód. Po drogach lasu jeździł wolno, nabierając coraz większej pewności. Gdzieś po trzech godzinach jeżdżenia, samochód stanął. Próbował ponownie go kilka razy uruchomić, ale to mu się nie udało. Wysiadł z samochodu i po opuszczeniu okna w drzwiach samochodu, jedną ręką trzymał kierownicę, drugą trzymał za karoserię i pomału pchał samochód w kierunku stacji benzynowej. Miał przy sobie parę groszy i mógł kupić benzyny dojeżdżając do domu, gdzie chciał ukryć samochód.
Pchał tak kilkadziesiąt minut, gdy zza zakrętu wyjechał jakiś osobowy samochód. Przejeżdżający samochód zatrzymał się na chwilę przy Jacku, wysiadł z niego dobrze zbudowany mężczyzna i zapytał, czy nie trzeba pomóc. Jacek powiedział, że pcha samochód do stacji, bo zabrakło mu paliwa, gdy nagle mężczyzna ten przewrócił Jacka na ziemię zakładając mu kajdanki i po chwili Jacek usłyszał jak mężczyzna ten wzywa pogotowie milicyjne opisując miejsce jego zatrzymania. Jacek był załamany.
Przyjechało pogotowie milicyjne, pogotowie ratunkowe i Jacek chcąc nie chcąc musiał wskazać miejsce, gdzie wyrzucił zabitego kierowcę samochodu Fiat 126p. Lekarz pogotowia stwierdził zgon kierowcy. Jacek nie okazał żadnego uczucia.
Pytany później kierowca zatrzymujący Jacka, B., czym kierował się zatrzymując się przy samochodzie, który pchał młodzieniec do stacji paliwowej, a następnie, co spowodowało, że podjął decyzję o zatrzymaniu Jacka, bez dokładnego oglądu samochodu, odpowiedział, że podchodząc do pchającego samochód od przodu zauważył rozpryski krwi od wewnątrz na szybie, a gdy podszedł bliżej zobaczył rozpryski na desce przedniej samochodu, krew na fotelu kierowcy i brak pokrycia na fotelu kierowcy, bo na fotelu pasażera pokrycie takie było a poza tym „... siódmy zmysł mi podpowiedział...” zakończył swoją odpowiedź. Był to naczelnik Wydziału Komendy Stołecznej w Warszawie, człowiek z dużym doświadczeniem i siódmym zmysłem.


poniedziałek, 14 października 2013

Szczęściarze

          Tadeusz Ł. pracownik Elektrociepłowni w Pruszkowie, miał w domu „krzywe kluchy”. Żona nigdy nie dawała mu spokoju i czepiała się byle, czego. A to, że przyszedł do domu za późno, a to, że po wódce, a to, że bez pieniędzy i w żaden sposób nie mógł tej swojej babie wygodzić.
          Dlatego też, gdy w połowie lutego trafiło się popić z kolegami w pracy, mając na uwadze ostatnie awantury, postanowił nie iść do domu tylko skorzystał z nieobecności swojego majstra, zabrał klucze od warsztatu, ze starego ubrania zrobił posłanie na warsztacie i zasnął. Spał lepiej niż w domu. Nie pamiętał, o czym śnił, ale był zadowolony, bo nikt mu nie ubliżał.
          Przestraszył się, gdy do warsztatu gdzie spał przyszli milicjanci. Okazało się, że w nocy, gdy smacznie spał w samotności, ktoś dokonał włamania do warsztatu obok i wyniósł dużą ilość elektronarzędzi za całe sto tysięcy złotych. Tadeusz przekonywał przybyłych milicjantów, że wszystkiemu była winna jego żona, bał się iść do domu i musiał spać w pracy. Z kradzieżą nie miał nic wspólnego. Całe szczęście – przekonywał milicjantów, – że nie weszli do mnie. Mogli mnie ukraść. Nie powiedział tylko, kto by jego żałował.
                                     ***
    Tomasz L. do domu miał daleko. Pracował w Pruszkowie i w okresach wiosenno – letnich, wracał do domu na rowerze, nawet, gdy popił. Jeździł do domu w Domaniewie, dróżkami, na których na pewno nie mógł spotkać milicjanta. Praca konwojenta wymagała nie lata poświęceń. Raz, że musiał się opierać pokusie sprzedaży towaru przed dostarczeniem do odbiorcy, dwa, że jak już sprzedał to musiał się opierać pokusie wypicia alkoholu, jako dodatkowi do przeprowadzonej transakcji.
Ćwiczył tak charakter w okresie wiosenno – letnim, natomiast odbijał sobie w okresie późno jesienno – zimowym. Kończył pracę, robił podsumowanie i gdy tylko był powód do oblania, nie odmawiał, nie czynił niczego, co by mogło popsuć jego stosunki handlowe. Niekiedy w takich sytuacjach tracił kontakt. Nawet ze sobą.
Co można robić na przystanku PKS zimową porą? Chyba tylko czekać na autobus. Pod koniec lutego milicjanci jak zwykle, patrolowali ulice Pruszkowa. Zbliżała się północ. Przy dość dużym mrozie było raczej niemożliwe napotkać jakiegoś wędrowniczka. Postanowili wejść do posterunku kolejowego. Dochodzili do drzwi, gdy od strony przystanku autobusowego rozległ się donośny krzyk:
- Maryśka - po chwili, ponownie:
– Maryśka, cholero dawaj pierzynę, bo zimno.
          Milicjanci podeszli do przystanku, i zobaczyli wyciągniętego na ławeczce chrapiącego faceta, krzyczącego przez sen. Przebudzony Tomasz L. przysięgał, że nie wie jak znalazł się na ławce. Zapewniał, że przecież spał już w domu. Dobrze, że nie zamarzł.

niedziela, 13 października 2013

Dziwne widzenie nawiedzonego złodzieja.



           Karol S., Andrzej Ł. oraz Zbigniew S. tworzyli zgraną paczkę. Łączyło ich dzieciństwo, lata szkolne i wspólne pobyty.... w więzieniu. Po wielu latach stało się tak szczęśliwie, że wszyscy trzej mogli się spotkać na wolności, powspominać dawne dobre czasy, dokonać naukowej analizy ich wpadek i nareszcie mieli czas na opracowanie takiego skoku, żeby „psy” musiały ich długo szukać.
          Myślenie ma to do siebie, ze przebiega w odwrotnej proporcji do stanu trzeźwości umysłu właściciela. A więc przebiega wolno. W międzyczasie przyjaciele musieli z czegoś żyć. Temu dali po łbie i przewiskali dokładnie, drugiemu podciągnęli trochę dóbr i spieniężyli je na targu w Piastowie, innemu „wyrąbali klawisz” korzystając z nieuwagi sąsiada. W ten sposób ciągnęli z dnia na dzień. Dużego skoku jeszcze nie obmyślili, ale na razie dla wprawy postanowili obrobić Bar „Żbik”.
          Pewnej nocy wzięli Żuka Andrzeja Ł. i podjechali w okolice baru. Upewnili się, że „psy” skontrolowały już tę okolicę i nie kryjąc się zupełnie, przy pomocy dwóch łomów weszli do Baru. Zachowywali się jak prawdziwi smakosze. Brali tylko to, co najlepsze, gorsze dania próbowali i gdy im nie odpowiadały, rzucali na podłogę. Zabrali kilka pojemników wódki czystej, kolorowej nie brali, bo ich nudzi, zabrali najlepsze wędliny, pieczywo, masełko, trochę garmażerki, ale tylko świeżej – żeby się nie zatruć – no i oczywiście kawę w dużej ilości, nie zapominając jednak i o herbacie, która nieraz wspomogła ich w ciężkich chwilach. Poszło sprawnie. Niecałe dwadzieścia minut i wszystko było w samochodzie.
          Ruszyli ostro do przodu i na pełnym gazie przejechali niecały kilometr. Po prostu silnik zgasł i odmówił współpracy. Andrzej Ł. wychodził z siebie, aby go uruchomić. Rzęził i rzęził rozrusznikiem tak głośno, że nie usłyszał zatrzymującego się obok samochodu. W pewnej chwili otworzyły się drzwi kierowcy i za słowami „... może pomóc...” ukazała się twarz .... milicjanta.
          Trudno było z całym majdanem zaprzeczać czemukolwiek. Dlatego też plany doskonałego skoku będą musieli koledzy odłożyć na dalszą przyszłość.




piątek, 11 października 2013

Uliczny sprzedawca nie swoich kaczek.


Modna Jola ze Żbikowa obchodziła imieniny. Pierwszy raz od dłuższego czasu miała trochę pieniędzy i postanowiła jakoś uczcić swój uroczysty dzień. Pamiętała jak mama w każde jej imieniny gotowała wystawny obiad i piekła cudowny tort. To było dawno. Mama odeszła i tylko ksywa jej została. Modna Jola. Każdy znał ją tylko po ksywie. Nazwiska nikt nie pamiętał, ale gdy zapytano – gdzie mieszka Modna Jola, natychmiast podnosiły się ręce i wskazywano właściwy kierunek.
          Jola miała znajomych. Często u niej przesiadywali, ale jak się dowiedzieli, że Modna Jola ma imieniny, postanowili zrobić zrzutkę i kupić do jej domu jakiś jeden porządny fotel. Wprawdzie jeden z adoratorów mówił, żeby fotel ukraść i on wie skąd, ale pozostali będąc przytomnymi na umyśle, pozostali przy wersji kupna.
Kiedy przyjmowała znajomych w domu, sadzała gości na różnych sprzętach, na stołku, na bujających się krzesłach, na niskich podnóżkach a sama siadała na łóżku i niektórzy niekiedy rozumieli to niewłaściwie. Przyjmowali to jak propozycje.
          Jedynie Jerzy Z. adorujący Jolę od dłuższego czasu miał dla niej pełen szacunek i przyjmował na serio wszystko to co ona mówiła. Opowiadała mu o swoim dzieciństwie, o swoich marzeniach, które niestety nie spełniały się, o dziwnym jej losie po śmierci matki, o próbach, jakie czyniła, aby odnaleźć swojego ojca.
- Może już nie żyje jak mama – wzdychała – a może nie? – Podtrzymywała swoje nadzieje, – bo nie mam nikogo bliskiego.
          Jerzy wiedział, że miała swojego chłopaka. Chłopak wykorzystał ją i wdał się w jakieś dziwne sprawy. Do dnia dzisiejszego siedzi a minęło od jego zniknięcia około piętnastu lat. Jerzy pocieszał ją jak mógł, wspólnie niekiedy zostawali razem w jej mieszkaniu, po dużej balandze, ale to nie było to, o co Jerzemu chodziło. On myślał o jakimś stałym związku. Nie żeby się wiązać na stałe, ale żeby rano mieć, do kogo gębę otworzyć. Modna Jola na razie nie chciała.
          Kiedy dowiedział się, że stałe towarzystwo robi zrzutkę na skórzany fotel dla Joli, postanowił się dołożyć. Pieniądze się go nie trzymały, dlatego zawsze musiał starać się o dopływ świeżej gotówki.
          Jerzy Z. wracając nocą, około pierwszej godziny, po wizycie u jego serdecznego kolegi, który mu powiedział o zrzutce na fotel, spokojnie zmierzał w kierunku domu, choć był wyraźnie niedopity. Rozmyślał o sposobie zdobycia pieniędzy na zrzutkę i na zaspokojenie swojego pragnienia.
Przechodził ulicą Promyka w Pruszkowie i rozmyślał, co dalej. W pewnej chwili zobaczył na terenie mijanej posesji drewnianą komórkę, w której na pewno było coś. Nie mogąc oprzeć się chęci sprawdzenia wszedł na teren, otworzył drzwi do komórki i wymacał jakieś ptaszyska. Wybrał największe i wyszedł na ulicę. Miał w ręku dwie kaczki.
- Kaczka jest, ale kto ja kupi – myślał przytomnie - na ulicy żywej duszy. Postanowił zatrzymać pierwszy napotkany samochód i zaproponować kierowcy kupno kaczki.

Stanął na jezdni i zobaczył, że od strony Gąsina jedzie jakiś samochód osobowy. Nie widząc dokładnie koloru, pomachał jedną ręką, aby go zatrzymać, w drugiej zaś mocno ściskał kaczkę. Po chwili zobaczył, że podjeżdża do niego..... radiowóz. Sprzedaży kaczki milicjantom nie proponował.

czwartek, 10 października 2013

Zakochany włamywacz?

          Czytając opisy poszczególnych zdarzeń można by dojść do wniosku, że milicja jest wszystko widząca, wszystko wiedząca i tylko trzeba niewielkiego czasu, aby wskazała, kto popełnił czyn powszechnie uznany za przestępstwo. Ale niestety tak nie jest.
          W archiwach można znaleźć wiele spraw nie wykrytych, ponieważ nie znaleziono śladów pozostawionych na miejscu zdarzenia przez sprawcę zdarzenia. Nie znalezienie śladów nie zawsze wynikało z indolencji osób poszukujących, częściej był to wynik nie znajomości technik kryminalistycznych, rozwijających się dzięki rozwojowi nauk medycznych, biologicznych czy fizycznych, początkowo stosowanych w ograniczonym zakresie przez Laboratorium Główne, po zebraniu doświadczeń rozszerzono zakres stosowania na Laboratoria regionalne, a po zapoznaniu z tą techniką, przez wszystkich wykonujących zabezpieczenia na rzecz dochodzeń czy śledztw.
          Łatwiej jest szukać sprawcy, gdy wiemy, dlaczego popełniono czyn uznany za przestępstwo. Gorzej, gdy mamy zdarzenie i nie wiemy, dlaczego je popełniono i kto je popełnił.
          W Żbikowie, dzielnicy Pruszkowa jest wiele obiektów mniej lub bardziej strzeżonych. Do niestrzeżonych należy kwiaciarnia PSS. Zdumienie obsługi kwiaciarni wzbudziło wybicie szyby w oknie i zabranie kilku nie jednorodnych kwiatów. Dokładnie skradziono ich trzynaście. Kradziono już różne przedmioty z różnych obiektów, ale ta kradzież wprowadziła w osłupienie wszystkich. Nigdy kwiatów nie traktowano jako artykułu pierwszej potrzeby. No..... żeby wódka, ale kwiaty? I to właśnie jest ta sprawa, której nie rozwikłano do dnia dzisiejszego. Sprawca wybicia szyby i zabrania kwiatów pozostał anonimowy.





Wywróżyła

          Cyganka prawdę ci powie....... I powiedziała. Julian W. nie miał zwyczaju zamykać swego mieszkania na zamek od wewnątrz. Z wielu powodów a między innymi, dlatego, że był w podeszłym wieku i częste podchodzenie do drzwi, gdy ktoś zapukał, męczyło go. Przychodziły do niego różne osoby: sąsiedzi, rodzina i miłośnicy jego bogatej kolekcji znaczków.
          Sąsiedzi przychodzili na kawkę lub na piwko. Na kawkę wpadała pani Joasia, trochę młodsza od Juliana, ale ta różnica wieku nie była dla niej nic nienaturalnego. Męża miała trochę młodszego od pana Juliana, ale już taką okresową sympatię miała dużo od męża starszą. Sympatia ta potrafiła lepiej spełnić się jako mężczyzna niż jej własny mąż. Pani Joasia dbała o to by i mąż był zaspokojony i jej sympatia była zaspokojona. Zrobiło się pusto, gdy obaj odeszli z tego świata. Dlatego liczyła, że pan Julian, któregoś dnia przy piciu kawy poruszy żywo interesujący ją temat i zaczną pomagać sobie wzajemnie.
          Julian W. po śmierci żony, nie miał bliskiej rodziny. Była młoda kuzynka żony, mieszkająca z mężem w Piastowie, ale opieka, jaką sprawowała nad czwórką dzieci, powodowała, że do Juliana częściej dzwoniła niż zaglądała. Julian zdawał sobie sprawę, że Ania, bo tak miała na imię, patrzy z niepokojem na Juliana i obawia się, że gdy Julian odejdzie z tego świata, ktoś inny przejmie po nim mieszkanie. Obiecywał sobie, że pójdzie do notariusza i sporządzi testament na rzecz Ani.
          Jego pasją z młodości były podróże. Życie tak się potoczyło, że pozostały mu tylko znaczki z różnych stron świata i właśnie poznawał kraje, ich folklor, kulturę, poprzez wymieniane znaczki. Takich zapaleńców jak on, w różnych krajach było sporo. Znał język angielski i poprzez uczestnictwo w klubie filatelistycznym, poznawał nowych ludzi w różnych krajach, z którymi podejmował korespondencję. Przychodzili do niego w tej sprawie i inni członkowie mieszkający w pobliżu, ale nie za często.
          Któregoś popołudnia do mieszkania Juliana W. zapukała młoda dziewczyna o niezwykłej, południowej urodzie, ubrana w kolorowe spódnice i bogato haftowaną chustę. Julian W. czuły na piękno i urok kobiet, zaprosił ją do mieszkania, posadził przy dużym, rodzinnym stole i zaproponował herbatę. Dziewczyna patrząc zalotnie, nie odmówiła i wywiązała się rozmowa.
          Julian W. podziwiał urodę dziewczyny, koloryt ubrania. Dziewczyna zaś łamaną polszczyzną zachwalała gust Juliana przy urządzaniu mieszkania, proponując jednocześnie nabycie po okazyjnych cenach kuponów materiałów, które miała ze sobą. Julianowi W. niepotrzebne były materiały ale tak dobrze rozmawiało mu się z dziewczyną, że postanowił ją na dłużej zatrzymać w domu. Gdy dziewczyna zaproponowała wróżbę, Julian podchwycił ten pomysł z radością.
          Na początek, dziewczyna poprosiła, aby dla wzmocnienia wróżby, talię kart przykrył banknotem stu złotowym. Pan Julian wyciągnął portmonetkę, położył na stole i banknotem przykrył talię kart. Po chwili okazało się, że położony banknot nie miał właściwej mocy do ściągnięcia szczęścia, dlatego dziewczyna uśmiechając się mile, poprosiła o położenie na talii kart banknot tysiąc złotowy. Przedstawiona wróżba już była lepsza, ale nie taka, która by zadowoliła pana Juliana. Dziewczyna wpatrując się w oczy Juliana W. poprosiła by nie oszczędzał na własnym szczęściu, bo inaczej nie dowie się prawdy i doradziła aby na talię kart położyć banknot pięcio tysięczny.
          Julianowi W. szkoda było przerywać tak przyjemnej rozmowy z uśmiechniętą dziewczyną, więc wstał, podszedł do szafy i z pod bielizny wyjął woreczek z banknotami, wybrał banknot o największym nominale, resztę odkładając na to samo miejsce i położył go na talii kart. Dziewczyna się ożywiła.
          Wróżba przebiegała pomyślnie aż dziewczynę zaczęło nosić wokół stołu. Mówiła karcąco o jego łatwowierności, odkrywała coraz to nowe cechy jego osobowości aż Julian W. zaczął się zastanawiać, skąd taka młoda dziewczyna może tyle o nim wiedzieć. Gdy zakończyła wróżbę słowami; „...niedługo spotka cię wielka przykrość od człowieka, któremu ty dobrze życzysz...”, Julian W. bardzo się zaniepokoił. Szybko w myślach zrobił przegląd swoich bliskich i znajomych, zgadując, z której strony może go spotkać wielka przykrość.
          Dziewczyna dopiła herbatę, zakończyła wróżbę i żegnając się z Julianem W. chwyciła go mocno za serce. Nie chciała żadnej nagrody za swoją wróżbę.
          W jakiś czas po wyjściu dziewczyny Julian W. postanowił iść po zakupy. W portmonetce nie było pieniędzy, więc sięgnął do szafy pod bieliznę. Pod bielizną było pusto. Wyjął wszystko z bieliźniarki, ale pieniędzy nie było. Zrozumiał wróżbę dziewczyny. Stracił całe trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych. Jednak spotkała go wielka przykrość.

środa, 9 października 2013

Uniwersalny kierownik.


Andrzej B. z zawodu był kierownikiem. Jego wujek, radny w pewnej podwarszawskiej miejscowości, zapewniał go, że nie ma znaczenia wykształcenie. W obecnej rzeczywistości liczą się znajomości ułatwiające dostęp do dóbr, trudno dostępnych. System kartkowania dóbr ograniczał dostęp do nich przeciętnemu człowiekowi, natomiast w części naszego społeczeństwa wyrabiał umiejętności elastycznego dopasowywania się do okoliczności mających wpływ na temat zasadniczy. Dostęp do dóbr limitowanych.
          Wiadomo było, że świnia ma dwie szynki i obie jadą w wiadomym kierunku, natomiast nam zostaje trochę chudego mięsa od szynki, mające stworzyć nam iluzję szynki, peklowanej w domu na różne święta. Aby uniknąć takich sytuacji jak opisano wyżej, w rodzinie Andrzeja B. dbano o to, by dzieci znały jednak smak prawdziwej szynki i wiedziały jak smakuje schab czy inna część mięsna, przygotowywana nie w domu tylko w prawdziwej masarni.
          Wykonując polecenie swojego wujka Andrzej B. przeniósł się do miejscowej masarni, gdzie od razu zaproponowano mu pracę na stanowisku kierownika. Nie był masarzem, miał wykształcenie średnie, ale ekonomiczne, więc na stanowisko nadawał się, mieścił się w nomenklaturze. Gdy tylko objął stanowisko kierownika masarni, w jego rodzinie od razu wszystko uległo zmianie. Dzieci do szkoły w kanapkach miały masełko a na nim szyneczkę a i obiady były bardziej treściwe. Dalsza rodzina, rodzina wujka również odczuła wyraźną poprawę. Zaopatrzenie było wyśmienite, nikt w rodzinie nie mówił o kryzysie. Do czasu.
          Masarnia oblegana była przez dwie różne grupy. Jedna grupa, mająca poparcie w pracownikach masarni, łapała to, co wyrzucano przez płoty lub odbierała od konwojentów to, co oni wywozili schowane w takich miejscach, że gdyby odbierający wiedzieli, nie braliby tych wędlin do gęby. Druga grupa, to ludzie, którzy chcieliby mieć to, co mają inni, nie mają i starają się tym innym utrudnić życie poprzez przekazywanie swoich uwag pracownikom organów ścigania.
          Andrzej B. doszedł do wniosku, że czas by zmienić branżę, bo robi się za gorąco. Na spotkaniu rodzinnym wspomniał o tym wujkowi, wskazując również na przyczyny takiego kroku. Wujek był wyrozumiały. Zrozumiał, że dla zachowania ciągłości zaopatrzeniowej całej rodziny, należałoby skierować Andrzeja B. do branży spożywczej. Traf chciał, że po rocznym remanencie dużego sklepu spożywczego musiano odwołać kierownika ze stanowiska i zrobił się wakat. Bez kierownika nie można otworzyć sklepu, dlatego zadziałał błyskawicznie i ledwie Andrzej B. zdał masarnię, już wylądował na stanowisku kierownika dużego sklepu spożywczego.
- Będziesz miał większe ubytki, będziesz mógł lepiej zaopatrzyć rodzinę – pouczał go wujek – a w sklepie potrzeba żelaznej ręki.
          Tak się stało. Od tego czasu ani rodzina Andrzeja ani rodzina wujka, nie mogła narzekać na zaopatrzenie, dostarczane umyślnym transportem do domu. Do czasu, gdy nie zarządzono przeceny. 
          Andrzej B. dojeżdżając maluchem do granic miasta Pruszkowa, zwolnił tak bardzo, że blokował na pasie inne samochody a między innymi radiowóz milicji. Funkcjonariusze postanowili zatrzymać do kontroli jadącego zbyt wolno Fiata 126p. Andrzej B. zatrzymał samochód we właściwym miejscu, odkręcił szybę w drzwiach kierowcy i nie wysiadając przekonywał milicjanta, że czuje się wyjątkowo dobrze i ma już niedaleko do domu.
          Całe szczęście, że kontrolujący milicjant nie palił papierosa. Nie bardzo wierząc w zapewnienia Andrzeja B. o jego wspaniałym samopoczuciu, bo chuch mówił co innego, otworzył drzwi kierowcy i Andrzej B....... wypadł z samochodu na pobocze. Przeprowadzone badania wykazały, że Andrzej B. kierował samochodem mając w sobie 3,5 promila alkoholu.
          Następnego dnia, gdy wytrzeźwiał tłumaczył się, że to wszystko z gorliwości. W sklepie, którego jest kierownikiem, przeceniał różne towary. Tak się złożyło, że po przecenie pozostało trochę alkoholu, nie przecenionego i nie można go było w sklepie zostawić a do domu brać nie wolno. Musiał wypić na miejscu razem z przeceniającymi, aby wszystko się zgadzało. Chciał być dobrym kierownikiem.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że rozpatrujące jego sprawę Kolegium, nie znalazło zrozumienia dla jego poświęceń i ukarało go surowo, nie dając szans na pracę kierowniczą w innej branży.        

poniedziałek, 7 października 2013

Naiwny staruszek.


            Żona Jana W. miała swoje lata. Poznali się z mężem jeszcze przed maturą i byli tak zakochani w sobie, że znajomi pokazywali ich jako przykład niezwykłej miłości. Chodzili ze sobą kilka lat, odkładając moment ślubu na później, gdy oboje staną na nogi. Jan W. wprawdzie przekonywał ukochaną, że mogą pobrać się nawet już teraz, bo tak mu było spieszno dobrać się do zamkniętego słoja miodu, ale Ewa J. była innego zdania a jej zdanie w tym zespole liczyło się bardziej.
            Ewa naciskała na Jana, aby najpierw skończył studia i wówczas mając już zawód w ręku będą mogli coś postanowić. Jan niby to zgadzał się, ale swoje robił. Tak zabiegał, tak zabiegał aż rozszczelnił pokrywę słoja i zaczął czerpać miód pełnymi łyżkami. Doprowadziło to do zajścia w ciążę i szybkie decydowanie się na zawarcie ślubu. Stworzono rodzinę. Dzieci wprawdzie więcej nie było, ale czas tak szybko biegł, że Jan W. nawet nie zorientował się, że uczucia do żony gdzieś odeszły.
To, co kiedyś było gołębim gruchaniem teraz staje się szczekaniem dziamdziącego psa, który nie ugryzie, ale wrzasku narobi tak dużego, że człowiekowi wszystkiego się odechciewa. To powodowało, że Jan W. wychodził z domu, nie opowiadając się dokąd zmierza.
            Któregoś dnia Jan W. starszy, szpakowaty mężczyzna, po pobraniu wypłaty w zakładzie pracy udał się do restauracji „Urocza”, aby choć przez chwilę poczuć się wolnym od domowych biadoleń jego niemłodej żony. W restauracji, gdy zorientowano się, że Jan W. posiada portfel wypchany pieniędzmi, znalazło się towarzystwo które postanowiło umilić mu pobyt w tym publicznym miejscu.
            Zamawiano trunki, zmieniały się panie zgodnie z jego życzeniem aż dotrwano do zamknięcia lokalu. Jan W. zastanawiał się co ma zrobić dalej, gdy nagle usłyszał:
- Chodź ze mną staruszku, bo mam ochotę – głośnym szeptem zachęciła go jedna z towarzyszących mu kobiet, podobna do jego żony, tylko znacznie młodsza. Staruszek poszedł.
Doszli tylko do pobliskiego parku. Była ciepła noc, więc pani zaproponowała, aby się staruszek rozebrał. Jan W. posłusznie zdjął spodnie, złożył w kancik, położył na ławeczce i gdy pani zamiast rozebrać się i siąść koło niego, dała mu torebką po głowie, Jan W. trzymając w lewej ręce spodenki, prawą złapał za spodnie i zaczął uciekać. Nogi mu się plątały, więc nie biegł za szybko, ale trzymając spodnie w ręku nie wyczuł portfela.
Zatrzymał się, sprawdził w kieszeni i stwierdził, że jest pusta. Spojrzał w kierunku ławeczki. Ławeczka też była pusta. Chciał zaszaleć i zaszalał na dobre. Chciał uciec od gadania żony i to mu się nie udało. Wyobraził sobie, co go czeka po powrocie do domu. Od tego się nie ucieknie.

Najdziwniejsze jest, że po zgłoszeniu kradzieży w Komendzie, nie był w stanie rozpoznać kobiety, która wyraziła gotowość i która w końcu dała mu ....................... torebką po głowie.