Delikatny
chłopiec, a jednak zabił niewinnego człowieka.
Był bardzo delikatnym chłopcem.
Uczynnym i pogodnym – jak mawiał o nim proboszcz pobliskiej parafii. Mieszkał z
matką i czworgiem młodszego rodzeństwa, w czynszówce, na pierwszym piętrze.
Mieszkanie mieli niewielkie, dwa małe pokoje z kuchnią. Wygódka wspólna, na korytarzu.
Ojciec, jak go zapamiętał, pracował w
pobliskim Julinku w administracji, na odpowiedzialnym stanowisku konserwatora.
O jego ojcu też mówili, że jest uczynnym i pogodnym człowiekiem, do czasu, gdy
nie przyłączył się do jednego z taborów cyrkowych, wyjeżdżających za granicę.
Ojciec wyjechał, a on został z matką i musiał jakoś matce pomagać w pracy w
pobliskim PGR-ze. Dostali kilka razy pocztówkę od ojca, raz ze Szwecji,
Norwegii i chyba ze Stanów, ale nie był pewien. Ojciec obiecywał, że jak stanie
na nogi, to ściągnie ich do siebie, ale tak się nie stało. Pomału zapominał o
swoim zobowiązaniu, o żonie i o swoich dzieciach.
Jacek B., bo o nim mowa, dorastał w
poczuciu krzywdy, widząc jak matka codziennie skoro świt wstaje i jedzie do
pracy, wraca zaś wieczorem, gdy młodsza od Jacka siostra, kroi pieczywo i
wspólnie z drugą młodszą siostrą robią kanapki i grzeją mleko, na kolację dla
wszystkich. A jest pięć gęb do wyżywienia.
Jacek skończył swoją szkołę podstawową
z zupełnie niezłym wynikiem i wychowawczyni jego klasy, znając sytuację w domu,
proponowała, aby Jacek poszedł rano gdzieś do przyuczenia zawodu i zarabiając
mógłby pomóc matce, wieczorami zaś powinien pójść do szkoły wieczorowej w Nowym
Dworze lub gdzieś w pobliżu i uczyć się dalej.
Jacek nie akceptował takiego rozwiązania, ponieważ
nie miał żadnego środka lokomocji do przemieszczania się z miejsca na miejsce,
a myśl o autobusach zupełnie odrzucał. Marzyło mu się mieć własny samochód i
wozić całą rodzinę, mamę do pracy i z pracy a rodzeństwo na różne wycieczki.
Lubił marzyć. Gdy nastawała wiosna i lato, Jacek dużo
chodził. Mama mówiła, że chodzi bez żadnego celu, ale on wiedział, że cel swój
ma. Wychodził z domu i szedł w stronę Julinka, następnie przez Zaborówek do
Janówka, Zaborowa i z powrotem do Leszna. Takie spacery robiły mu dobrze, mógł
marzyć. Chciał być z ojcem. Nie miało dla niego znaczenia, że od kilku lat
ojciec nie odzywa się, wiedział, że gdyby do niego dojechał, ojciec by go
przyjął i dał mu wszystko, co najlepsze.
Chodził i na dłuższe trasy. Lubił zbierać grzyby w
różnych miejscach i różnych lasach. Najwięcej znajdował w lesie Kampinowskim,
gdzie rosną różne drzewa, na szlakach mało uczęszczanych przez innych ludzi.
Któregoś dnia, rozgrzany spacerem i promieniami
słońca szedł sobie drogą przez las kampinowski, przypominając sobie swoje różne
marzenia, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód. Obejrzał się do tyłu i zobaczył
Fiata 126p prowadzonego przez starszego mężczyznę. Kierowca dojechał samochodem
do Jacka B., zatrzymał się i zapytał go o drogę. Jacek tłumaczył, ale widać
było, że kierujący tym samochodem nie bardzo mógł się zorientować w kierunkach
dróg, dlatego zaproponował, że wsiądzie do tego samochodu i pokaże kierującemu,
gdzie ma skręcić. Wsiadł do samochodu i wsiadając wymacał w prawej kieszeni
spodenek, nóż dosyć długi, składany, jaki miał ze sobą do obierania grzybów. I
w tym momencie ożyły w nim marzenia, które wcześniej odesłał do lamusa. Nagle w
myślach ujrzał siebie za kierownicą tego samochodu.
Usiadł na fotelu, spokojnie pokazał drogę i widząc,
że kierujący mężczyzna jest mocno zajęty wypatrywaniem korzeni na drodze, którą
jechali, prawą ręką otworzył wyjęty na wierzch, składany nóż, ujął go mocno i
krzycząc – hamuj, uderzył ostrzem noża w szyję mężczyzny. Kierujący
automatycznie zahamował, chwycił się rękoma za szyję i zdziwiony spojrzał na
Jacka. Jacek nie wytrzymał tego wzroku i ponownie uderzył ostrzem w kark
mężczyzny. Mężczyzna osunął się na siedzenie i po chwili sprawiał wrażenie
jakby nie żył.
Jacek podbiegł od strony kierowcy, wyciągnął ciało
mężczyzny na pobocze
i przyrzucił je zakrwawionym pokrowcem przedniego siedzenia, marynarką
opróżnioną z portfela i różnych drobiazgów a następnie gałęziami i liśćmi.
Szmatami, które były w bagażniku powycierał zakrwawione inne elementy wewnątrz
samochodu, usiadł na miejscu kierowcy i powoli, tak jak podpatrywał innych
kierowców, ruszył do przodu. Cieszył się. Nie myślał o kierowcy. Cieszył się,
że ma swój samochód. Po drogach lasu jeździł wolno, nabierając coraz większej
pewności. Gdzieś po trzech godzinach jeżdżenia, samochód stanął. Próbował
ponownie go kilka razy uruchomić, ale to mu się nie udało. Wysiadł z samochodu
i po opuszczeniu okna w drzwiach samochodu, jedną ręką trzymał kierownicę,
drugą trzymał za karoserię i pomału pchał samochód w kierunku stacji
benzynowej. Miał przy sobie parę groszy i mógł kupić benzyny dojeżdżając do
domu, gdzie chciał ukryć samochód.
Pchał tak kilkadziesiąt minut, gdy zza zakrętu
wyjechał jakiś osobowy samochód. Przejeżdżający samochód zatrzymał się na
chwilę przy Jacku, wysiadł z niego dobrze zbudowany mężczyzna i zapytał, czy
nie trzeba pomóc. Jacek powiedział, że pcha samochód do stacji, bo zabrakło mu
paliwa, gdy nagle mężczyzna ten przewrócił Jacka na ziemię zakładając mu kajdanki
i po chwili Jacek usłyszał jak mężczyzna ten wzywa pogotowie milicyjne opisując
miejsce jego zatrzymania. Jacek był załamany.
Przyjechało pogotowie milicyjne, pogotowie ratunkowe
i Jacek chcąc nie chcąc musiał wskazać miejsce, gdzie wyrzucił zabitego
kierowcę samochodu Fiat 126p. Lekarz pogotowia stwierdził zgon kierowcy. Jacek
nie okazał żadnego uczucia.
Pytany później kierowca zatrzymujący Jacka, B., czym
kierował się zatrzymując się przy samochodzie, który pchał młodzieniec do
stacji paliwowej, a następnie, co spowodowało, że podjął decyzję o zatrzymaniu
Jacka, bez dokładnego oglądu samochodu, odpowiedział, że podchodząc do
pchającego samochód od przodu zauważył rozpryski krwi od wewnątrz na szybie, a
gdy podszedł bliżej zobaczył rozpryski na desce przedniej samochodu, krew na
fotelu kierowcy i brak pokrycia na fotelu kierowcy, bo na fotelu pasażera
pokrycie takie było a poza tym „... siódmy zmysł mi podpowiedział...” zakończył
swoją odpowiedź. Był to naczelnik Wydziału Komendy Stołecznej w Warszawie,
człowiek z dużym doświadczeniem i siódmym zmysłem.