poniedziałek, 21 października 2013

Ustosunkowany

          Lucjan K. miał chody. Specjalnie się tym nie chwalił, ale ludzie wiedzieli, że jeśli chcą mieć pralki, lodówki, dywany, to należy jak w dym, walić do Lucjana. Pomagał, bo miał możliwości, chociaż są i tacy, co pomagają, gdy możliwości tych nie mają, chociaż przekonują, że je mają. Nie tak dawno, w latach siedemdziesiątych, żeby mieć takie możliwości, trzeba było wysoko awansować. Obecnie nie należy się nawet wysilać.
          Lucjan K. był kierowcą i miał szczęście, pracował w swoim zawodzie. Posiadał odpowiednie talenty i dlatego był kierowcą-konwojentem. Początkowo, a było to w okresie kryzysu, Lucjan K. był niezwykle ostrożny. Pobierał towar z magazynu zgodnie z fakturą i wiózł go w miejsce przeznaczenia, to znaczy do sklepu, ( bo nie zawsze miejsce przeznaczenia jest sklepem).
          Razu pewnego, gdy Lucjan K. pobrał towar z magazynu, podszedł do niego jakiś pracownik i od niechcenia zapytał Lucjana, czy jadąc z towarem do sklepu, nie jedzie przez ( dajmy na to) Wolę. Lucjanowi wydłużało to wprawdzie trasę, ale jak kolega prosi..... Pojechali. Po drodze, ledwie poznany kolega zagaił, że gdyby to Lucjanowi nie zrobiło różnicy, to mogliby się towaru pozbyć wcześniej a zaoszczędzony czas mógłby wykorzystać na lepsze poznanie siebie.

          Lucjan K., żonaty, z dwojgiem dzieci „ustawił chrapy pod wiejący wiatr” i skorzystał z nęcącej propozycji. Od tej chwili, co jakiś czas przejeżdżał przez „Wolę” i tam pozbywał się części towaru. Z kierownikami sklepów nie miał żadnych problemów. Jednemu przywiózł towar, którego akurat nie było na fakturze, ale był potrzebny prywatnie, drugiemu postawił „dobrą „ wódkę i jakoś go zblatował. Szło dobrze, więc któregoś razu wygadał się żonie. A że kobiety zawsze dobrze wiedzą o potrzebach swoich i bliskich koleżanek, żona Lucjana K. postanowiła wspomóc swoje koleżanki. Od tego czasu Lucjan K. zostawiał część towaru na „Woli” a następnie w miejscu zamieszkania. I wiadomo, że jak kobiety się wezmą do organizacji czegoś, to wie o tym cała okolica. I tak się stało. Któregoś dnia Lucjan K. przedpołudniem, zamiast z towarem do sklepów, zajechał pod swój dom, gdzie czekali odbiorcy. W chwili rozładunku towaru nadjechali milicjanci. Co było dalej, łatwo sobie dopowiedzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz