Ustosunkowany
Lucjan K. miał chody. Specjalnie się
tym nie chwalił, ale ludzie wiedzieli, że jeśli chcą mieć pralki, lodówki,
dywany, to należy jak w dym, walić do Lucjana. Pomagał, bo miał możliwości,
chociaż są i tacy, co pomagają, gdy możliwości tych nie mają, chociaż
przekonują, że je mają. Nie tak dawno, w latach siedemdziesiątych, żeby mieć
takie możliwości, trzeba było wysoko awansować. Obecnie nie należy się nawet
wysilać.
Lucjan K. był kierowcą i miał
szczęście, pracował w swoim zawodzie. Posiadał odpowiednie talenty i dlatego
był kierowcą-konwojentem. Początkowo, a było to w okresie kryzysu, Lucjan K.
był niezwykle ostrożny. Pobierał towar z magazynu zgodnie z fakturą i wiózł go
w miejsce przeznaczenia, to znaczy do sklepu, ( bo nie zawsze miejsce
przeznaczenia jest sklepem).
Razu pewnego, gdy Lucjan K. pobrał
towar z magazynu, podszedł do niego jakiś pracownik i od niechcenia zapytał
Lucjana, czy jadąc z towarem do sklepu, nie jedzie przez ( dajmy na to) Wolę.
Lucjanowi wydłużało to wprawdzie trasę, ale jak kolega prosi..... Pojechali. Po
drodze, ledwie poznany kolega zagaił, że gdyby to Lucjanowi nie zrobiło
różnicy, to mogliby się towaru pozbyć wcześniej a zaoszczędzony czas mógłby
wykorzystać na lepsze poznanie siebie.
Lucjan K., żonaty, z dwojgiem dzieci
„ustawił chrapy pod wiejący wiatr” i skorzystał z nęcącej propozycji. Od tej
chwili, co jakiś czas przejeżdżał przez „Wolę” i tam pozbywał się części
towaru. Z kierownikami sklepów nie miał żadnych problemów. Jednemu przywiózł
towar, którego akurat nie było na fakturze, ale był potrzebny prywatnie,
drugiemu postawił „dobrą „ wódkę i jakoś go zblatował. Szło dobrze, więc
któregoś razu wygadał się żonie. A że kobiety zawsze dobrze wiedzą o potrzebach
swoich i bliskich koleżanek, żona Lucjana K. postanowiła wspomóc swoje
koleżanki. Od tego czasu Lucjan K. zostawiał część towaru na „Woli” a następnie
w miejscu zamieszkania. I wiadomo, że jak kobiety się wezmą do organizacji
czegoś, to wie o tym cała okolica. I tak się stało. Któregoś dnia Lucjan K.
przedpołudniem, zamiast z towarem do sklepów, zajechał pod swój dom, gdzie
czekali odbiorcy. W chwili rozładunku towaru nadjechali milicjanci. Co było
dalej, łatwo sobie dopowiedzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz