Szczęściarze
Tadeusz Ł. pracownik Elektrociepłowni
w Pruszkowie, miał w domu „krzywe kluchy”. Żona nigdy nie dawała mu spokoju i
czepiała się byle, czego. A to, że przyszedł do domu za późno, a to, że po
wódce, a to, że bez pieniędzy i w żaden sposób nie mógł tej swojej babie
wygodzić.
Dlatego też, gdy w połowie lutego
trafiło się popić z kolegami w pracy, mając na uwadze ostatnie awantury,
postanowił nie iść do domu tylko skorzystał z nieobecności swojego majstra, zabrał
klucze od warsztatu, ze starego ubrania zrobił posłanie na warsztacie i zasnął.
Spał lepiej niż w domu. Nie pamiętał, o czym śnił, ale był zadowolony, bo nikt
mu nie ubliżał.
Przestraszył się, gdy do warsztatu
gdzie spał przyszli milicjanci. Okazało się, że w nocy, gdy smacznie spał w
samotności, ktoś dokonał włamania do warsztatu obok i wyniósł dużą ilość
elektronarzędzi za całe sto tysięcy złotych. Tadeusz przekonywał przybyłych
milicjantów, że wszystkiemu była winna jego żona, bał się iść do domu i musiał
spać w pracy. Z kradzieżą nie miał nic wspólnego. Całe szczęście – przekonywał
milicjantów, – że nie weszli do mnie. Mogli mnie ukraść. Nie powiedział tylko,
kto by jego żałował.
***
Tomasz L. do domu miał daleko.
Pracował w Pruszkowie i w okresach wiosenno – letnich, wracał do domu na
rowerze, nawet, gdy popił. Jeździł do domu w Domaniewie, dróżkami, na których
na pewno nie mógł spotkać milicjanta. Praca konwojenta wymagała nie lata
poświęceń. Raz, że musiał się opierać pokusie sprzedaży towaru przed
dostarczeniem do odbiorcy, dwa, że jak już sprzedał to musiał się opierać
pokusie wypicia alkoholu, jako dodatkowi do przeprowadzonej transakcji.
Ćwiczył tak charakter w okresie wiosenno – letnim,
natomiast odbijał sobie w okresie późno jesienno – zimowym. Kończył pracę,
robił podsumowanie i gdy tylko był powód do oblania, nie odmawiał, nie czynił
niczego, co by mogło popsuć jego stosunki handlowe. Niekiedy w takich
sytuacjach tracił kontakt. Nawet ze sobą.
Co można robić na przystanku PKS zimową porą? Chyba
tylko czekać na autobus. Pod koniec lutego milicjanci jak zwykle, patrolowali
ulice Pruszkowa. Zbliżała się północ. Przy dość dużym mrozie było raczej
niemożliwe napotkać jakiegoś wędrowniczka. Postanowili wejść do posterunku kolejowego.
Dochodzili do drzwi, gdy od strony przystanku autobusowego rozległ się donośny
krzyk:
-
Maryśka - po chwili, ponownie:
–
Maryśka, cholero dawaj pierzynę, bo zimno.
Milicjanci podeszli do przystanku, i
zobaczyli wyciągniętego na ławeczce chrapiącego faceta, krzyczącego przez sen.
Przebudzony Tomasz L. przysięgał, że nie wie jak znalazł się na ławce.
Zapewniał, że przecież spał już w domu. Dobrze, że nie zamarzł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz