poniedziałek, 11 listopada 2013

Zabawa „Sylwestrowa” w pawilonie meblowym.

            Wielu mieszkańców naszego miasta, pod koniec ubiegłego roku stawała przed rodzinnym dylematem – jak spędzić noc sylwestrową. Ofert specjalnie ciekawych nie było. Gastronomia u nas niewielka, kawiarni do takiego celu też nie ma, poza jedną o wątpliwej renomie, pozostało wciśniecie się na bal zamknięty lub organizowanie spotkań prywatnych.
          Jerzy G., przedstawiciel branży handlowej, dostrzegając trudności, postanowił zorganizować bal. A warunki po temu miał. Żona miała matkę, matka miała dom, dom miał dobudowany pawilon, w którym sprzedawano meble. Ponieważ w ostatnich dniach roku w pawilonie było pusto, Jerzy G. – w tej chwili trudno dociec, czyja to była propozycja – podjął się zorganizowania balu w pawilonie. Należy przyznać, że przygotował bal należycie, poza jednym – zorganizowaniem szatni.
          Okrycia wierzchnie wszystkich balowiczów zebrano na kupkę i ułożono w mieszkaniu mamy. Pilnować odzienia miała właśnie mama. W miarę upływu czasu balowicze bawili się, co raz lepiej, coraz głośniej. Okoliczni mieszkańcy nie zaproszeni na bal, z zaciekawieniem patrzyli na roztańczony sklep. Wielu, przez tą głośną muzykę, spać nie mogło. Nie dała ona również spać palaczowi kotłowni szpitalnej w Tworkach, Krzysztofowi Z. Zwiedziony muzycznymi taktami poszedł i zobaczył, że bawiący się swobodnie kursują między salą balową a przyległym domem.
          Na bal nie miał zaproszenia, dlatego postanowił wejść do domu, aby sprawdzić czy przy „stole dla służby” nie znajdzie się miejsce dla niego. Udało mu się przejść przez podwórko nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Doszedł do drzwi domu. Zastał je otwarte. Wszedł do środka i zobaczył, że żadnego „stołu dla służby” nie ma, natomiast w jednym z pokoi, w którym nie było żywej duszy, leżą zimowe okrycia. Nie bawił się w wybieranie i dopasowywanie do swoich rozmiarów, złapał z wierzchu dwa kożuchy męskie, jeden damski i szybko wyniósł się z mieszkania przez nikogo nie zatrzymywany. Wychodząc zauważył, że na jednym stole stała pokrojona wędlina, duża szynka i szampany. Jakby mało mu było kożuchów, zabrał ze stołu dużą szynkę i dwa szampany. Zaniósł zabrane kożuchy, szynkę i szampany do swojej kotłowni i zastanawiał się nad sposobem sprzedania skradzionych dóbr.
          Przypomniał sobie, że jego dobry znajomy z miejsca odosobnienia, Edward M. zawsze znajdywał wyjście z niepewnej sytuacji. Dzięki Edwardowi M. jeszcze tej samej nocy upłynniono dwa męskie kożuchy za całe pięćdziesiąt tysięcy złotych. Pozostał do sprzedania kożuch damski, którego paserzy nie chcieli kupić. Uporawszy się jednak ze zjedzeniem części zabranych wędlin, wspólnicy rozeszli się. Krzysztof Z. poszedł po alibi do pracy a Edward M. zabrawszy szampana skradzionego przez Krzysztofa, poszedł wyrabiać sobie alibi u okradzionych.
          Korzystając z tego, że znał Jerzego G. postanowił wejść na bal i zapewnić sobie murowane alibi, jako uczestnik balu od samego początku. Wszedł, dał Jerzemu jego własnego szampana i zmieszał się z tłumem. Rano, po powitaniu Nowego Roku, gdy balowicze stwierdzili kradzież okryć, jako doświadczony w tej branży, udzielał Jerzemu G. światłych rad. Następnie pożegnał się wylewnie z gospodarzem balu, Jerzym, polecając swoje usługi gdyby trzeba było pomóc.

          Nie przewidział tego, że w niedługim czasie jego deklaracja pomocy będzie wzięta na serio. Zawiadomieni milicjanci podejrzliwie podeszli do alibi Edwarda M. i sprawdzając jego mieszkanie natrafili w wersalce, na nie sprzedany kożuch damski, rozpoznany przez właścicielkę. Ponieważ Edward M. podszedł poważnie do swojej deklaracji pomocy Jerzemu G., wskazał od razu, że on był tylko pośrednikiem, bo wykonawcą, który nawet szynką się nie podzielił, był Krzysztof Z. Pozostałe kożuchy również odzyskano, powiększając grono osób, którymi zajął się Sąd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz