Zabawa
„Sylwestrowa” w pawilonie meblowym.
Wielu mieszkańców naszego miasta, pod koniec ubiegłego roku stawała
przed rodzinnym dylematem – jak spędzić noc sylwestrową. Ofert specjalnie
ciekawych nie było. Gastronomia u nas niewielka, kawiarni do takiego celu też
nie ma, poza jedną o wątpliwej renomie, pozostało wciśniecie się na bal
zamknięty lub organizowanie spotkań prywatnych.
Jerzy G., przedstawiciel branży
handlowej, dostrzegając trudności, postanowił zorganizować bal. A warunki po
temu miał. Żona miała matkę, matka miała dom, dom miał dobudowany pawilon, w
którym sprzedawano meble. Ponieważ w ostatnich dniach roku w pawilonie było
pusto, Jerzy G. – w tej chwili trudno dociec, czyja to była propozycja – podjął
się zorganizowania balu w pawilonie. Należy przyznać, że przygotował bal
należycie, poza jednym – zorganizowaniem szatni.
Okrycia wierzchnie wszystkich
balowiczów zebrano na kupkę i ułożono w mieszkaniu mamy. Pilnować odzienia
miała właśnie mama. W miarę upływu czasu balowicze bawili się, co raz lepiej,
coraz głośniej. Okoliczni mieszkańcy nie zaproszeni na bal, z zaciekawieniem
patrzyli na roztańczony sklep. Wielu, przez tą głośną muzykę, spać nie mogło.
Nie dała ona również spać palaczowi kotłowni szpitalnej w Tworkach, Krzysztofowi
Z. Zwiedziony muzycznymi taktami poszedł i zobaczył, że bawiący się swobodnie
kursują między salą balową a przyległym domem.
Na bal nie miał zaproszenia, dlatego
postanowił wejść do domu, aby sprawdzić czy przy „stole dla służby” nie
znajdzie się miejsce dla niego. Udało mu się przejść przez podwórko nie
zwracając na siebie niczyjej uwagi. Doszedł do drzwi domu. Zastał je otwarte.
Wszedł do środka i zobaczył, że żadnego „stołu dla służby” nie ma, natomiast w
jednym z pokoi, w którym nie było żywej duszy, leżą zimowe okrycia. Nie bawił
się w wybieranie i dopasowywanie do swoich rozmiarów, złapał z wierzchu dwa
kożuchy męskie, jeden damski i szybko wyniósł się z mieszkania przez nikogo nie
zatrzymywany. Wychodząc zauważył, że na jednym stole stała pokrojona wędlina,
duża szynka i szampany. Jakby mało mu było kożuchów, zabrał ze stołu dużą
szynkę i dwa szampany. Zaniósł zabrane kożuchy, szynkę i szampany do swojej
kotłowni i zastanawiał się nad sposobem sprzedania skradzionych dóbr.
Przypomniał sobie, że jego dobry
znajomy z miejsca odosobnienia, Edward M. zawsze znajdywał wyjście z niepewnej
sytuacji. Dzięki Edwardowi M. jeszcze tej samej nocy upłynniono dwa męskie
kożuchy za całe pięćdziesiąt tysięcy złotych. Pozostał do sprzedania kożuch
damski, którego paserzy nie chcieli kupić. Uporawszy się jednak ze zjedzeniem
części zabranych wędlin, wspólnicy rozeszli się. Krzysztof Z. poszedł po alibi
do pracy a Edward M. zabrawszy szampana skradzionego przez Krzysztofa, poszedł
wyrabiać sobie alibi u okradzionych.
Korzystając z tego, że znał Jerzego G.
postanowił wejść na bal i zapewnić sobie murowane alibi, jako uczestnik balu od
samego początku. Wszedł, dał Jerzemu jego własnego szampana i zmieszał się z
tłumem. Rano, po powitaniu Nowego Roku, gdy balowicze stwierdzili kradzież
okryć, jako doświadczony w tej branży, udzielał Jerzemu G. światłych rad.
Następnie pożegnał się wylewnie z gospodarzem balu, Jerzym, polecając swoje
usługi gdyby trzeba było pomóc.
Nie przewidział tego, że w niedługim
czasie jego deklaracja pomocy będzie wzięta na serio. Zawiadomieni milicjanci
podejrzliwie podeszli do alibi Edwarda M. i sprawdzając jego mieszkanie
natrafili w wersalce, na nie sprzedany kożuch damski, rozpoznany przez
właścicielkę. Ponieważ Edward M. podszedł poważnie do swojej deklaracji pomocy
Jerzemu G., wskazał od razu, że on był tylko pośrednikiem, bo wykonawcą, który
nawet szynką się nie podzielił, był Krzysztof Z. Pozostałe kożuchy również
odzyskano, powiększając grono osób, którymi zajął się Sąd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz