piątek, 1 listopada 2013

Za mundurem…

          Mundur w narodowej historii ma swoje tradycje. Przynależność do stanu wojskowego niosła za sobą olbrzymie wydatki na wyposażenie, ale równocześnie dawała określone przywileje. Na wyposażenie ekwipunku wojskowego składały się całe rodziny, bo to i mundur winno się uszyć odpowiedni, szablę mistrzowskiej roboty nabyć oraz konia z całym oporządzeniem wyfasować. Kosztowało to nie mało, ale jak taki kawalerzysta pojawił się w salonach pań niezamężnych, natychmiast organizowano misterne intrygi, aby go usidlić i skusić panieńskimi wdziękami. Natomiast, gdy oddziały kawalerii udawały się na manewry, bito po wsiach w dzwony na alarm i wszystkie panny na wydaniu chowano skrzętnie czy to w lasach czy też wysyłano do krewnych, gdzie nie było takiego zagrożenia. I tak mniej więcej powstało powiedzonko o pannach ciągnących za mundurem.
          Obecnie panny również chętnie łypią okiem na chłopaka w mundurze, tylko chłopaki nie bardzo do munduru się garną. Maciek W. z Parzniewa wyrósł na chłopaka na schwał. Wysoki, silny i mocny w buzi, ale słaby w głowie. W dniu, w którym miał stawić się przed odpowiednią komisją, pociągnął z butelki kilka dobrych łyków dla dodania sobie animuszu. Pił ze zbożnym zamiarem. Będzie w mundurze. Ale gdy przyszła jego kolejka, alkohol przemówił zamiast Macieja. Stało się tak, że teraz za Macieja będzie mówił jego obrońca a kilka panien obroni swoją cześć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz