Za mundurem…
Mundur w narodowej historii ma swoje
tradycje. Przynależność do stanu wojskowego niosła za sobą olbrzymie wydatki na
wyposażenie, ale równocześnie dawała określone przywileje. Na wyposażenie
ekwipunku wojskowego składały się całe rodziny, bo to i mundur winno się uszyć
odpowiedni, szablę mistrzowskiej roboty nabyć oraz konia z całym oporządzeniem
wyfasować. Kosztowało to nie mało, ale jak taki kawalerzysta pojawił się w
salonach pań niezamężnych, natychmiast organizowano misterne intrygi, aby go
usidlić i skusić panieńskimi wdziękami. Natomiast, gdy oddziały kawalerii
udawały się na manewry, bito po wsiach w dzwony na alarm i wszystkie panny na
wydaniu chowano skrzętnie czy to w lasach czy też wysyłano do krewnych, gdzie
nie było takiego zagrożenia. I tak mniej więcej powstało powiedzonko o pannach
ciągnących za mundurem.
Obecnie panny również chętnie łypią
okiem na chłopaka w mundurze, tylko chłopaki nie bardzo do munduru się garną.
Maciek W. z Parzniewa wyrósł na chłopaka na schwał. Wysoki, silny i mocny w
buzi, ale słaby w głowie. W dniu, w którym miał stawić się przed odpowiednią
komisją, pociągnął z butelki kilka dobrych łyków dla dodania sobie animuszu.
Pił ze zbożnym zamiarem. Będzie w mundurze. Ale gdy przyszła jego kolejka,
alkohol przemówił zamiast Macieja. Stało się tak, że teraz za Macieja będzie
mówił jego obrońca a kilka panien obroni swoją cześć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz