Kandydat na
samobójcę?
Budynek na rogu Kościuszki i Bolesława
Prusa w Pruszkowie, nie miał złej opinii. Tylko od czasu do czasu dobiegały na
zewnątrz głośne krzyki awanturujących się osób. Nawet dzielnicowy nie był
częstym gościem.
Dzieciaki na ogół bawiły się w
pobliskim parku lub skakały po dachach sąsiednich budynków. Słowem :
„pruszkowska normalka”. Wybijało się w tych awanturach mieszkanie Ireny S.,
mieszkającej z dziewięcioletnim synem Robertem. Najczęstszą przyczyną
nieporozumień był konkubin Ireny, Waldemar K. Oboje pracowali w Spółdzielni
„Alfa” i tam się poznali po drugim rozwodzie Ireny S. Czasami nieporozumienia
rodzinne przenosili na teren zakładu pracy. Powodem były „szczególne
spojrzenia” Ireny na któregoś z kolegów Waldemara K. Znajomość ich trwała od
dobrych kilku lat, z przerwami na pobyt Waldemara K. w Zakładzie Karnym. To zapewne
powodowało, że Irena nie liczyła na jakiś trwały związek z Waldemarem K.
Brak stabilizacji powodował, że Irena
S. biorąc udział w różnych „bibkach” organizowanych przez kolegów lub koleżanki
z pracy, zapominała, że w domu zostawiła samo nieletnie dziecko. Waldemar K.
reagował gwałtownie, próbując dosłownie i w przenośni, wybić Irenie z głowy te
wyskoki. Czasami sam wypuszczał się na męskie „balety”. W połowie 1983 roku,
przy okazji pobytu w domu swojej konkubiny, pobił ja i podduszając rękoma
wymusił na niej wydanie biżuterii, którą natychmiast spieniężył, przeznaczając
pieniądze na wystawny „balet”.
Irena S. nie odpuściła tylko
następnego dnia zgłosiła dzielnicowemu, rabunek rodowej biżuterii po mamusi i
pozostałość z dwóch poprzednich małżeństw. Waldemar K. nie mógł darować Irce,
że sprzedała go milicji. Od tego czasu, systematycznie obijał Irkę, ale tak
umiejętnie, że nie zostawiał śladów mogących świadczyć przeciw niemu, gdyby
Irce zachciało się ponownie go „zakapować”.
Sąsiedzi przyzwyczaili się do krzyków
Ireny S. i płaczu dziecka. Nie powiadamiali milicji, wiedząc, że następnego
dnia Irena S. przebaczy Waldemarowi K. i wszystko wróci do normy.
Dzielnicowy nie za bardo wierzył w te
powiedzenia sąsiadów, że „kto się czubi ten się lubi” i z innych źródeł
dowiadywał się o tym, co dzieje się w tej rodzinie. Solidarność sąsiedzka była
duża i szczelna. Dzielnicowy, przy tych powtarzających się sygnałach,
zastanawiał się czy nie spowodować odebrania Irenie S. praw rodzicielskich, ale
ponieważ sąsiedzi zgodnie twierdzili, że nie jest tak źle, odstąpił od tych
zamysłów. Tym bardziej, że Robert S. w szkole podstawowej, do której
uczęszczał, nie ujawniał wobec wychowawców, co działo się w domu. Był uczniem
nie wyróżniającym się, nie skarżył się na nic. Do szkoły chodził czysto ubrany.
12 marca, w poniedziałek, Irena jak
zwykle wróciła po pracy do domu. Waldemar K. zapytał ją tajemniczo, czy będzie
w domu a po usłyszeniu, że będzie, gdzieś wyszedł. W międzyczasie do mieszkania
Ireny przyszła jej koleżanka a za chwilę wrócił Waldemar K. wraz ze swoim
kolegą. Wysłali Roberta po wódkę i zaczęli picie. Waldemar po wypiciu kilku
kolejek, rozpoczął awanturę tak głośną, że jego kolega z jej koleżanką, w
pośpiechu opuścili dom. Awantura trwała, sąsiedzi nie reagowali.
13 marca, we wtorek, matka Ireny S.
wyszła ze swojego mieszkania po zakupy. Wiedziała o awanturach, jakie były w
mieszkaniu córki i sama nie wie, dlaczego, około jedenastej postanowiła zajść
do córki i sprawdzić, czy jest ktoś w domu. Weszła na piętro i przed drzwiami
mieszkania Ireny zastała skomlącego psa, którego przygarnął wnuczek. Otworzyła
drzwi do mieszkania. Było cicho. Weszła do kuchni. Nie było nikogo. Zajrzała do
pokoju......... Nie pamięta jak zeszła ze schodów, nie pamięta czy szła szybko
czy też biegła do budynku Komendy w Pruszkowie, głośno krzycząc od wejścia:
„zabici, zabici „. Nikt kobiety nie znał, nie można było wyciągnąć od niej
podstawowej informacji:, kto zabity i gdzie. Po wypiciu szklanki wody, kobieta
podała, że nazywa się Genowefa T. a zabitymi są jej córka Irena S. i jej syn
Robert S.
Szybko pojechano na wskazane miejsce.
Widok, jaki tam zastano, nawet milicjantów wprowadził w osłupienie. W
rozesłanym łóżku, przykryta kołdrą leżała Irena S. z mocno pokrwawioną i
zniekształconą twarzą. Na pościeli, pod łóżkiem, widać było rozległe kałuże
krwi. Obok niej leżał mężczyzna z zamkniętymi oczami, miarowo oddychający. Na
podłodze, za łóżkiem, przy pochlapanej krwią ścianie leżało martwe dziecko.
Irena i jej syn byli martwi. Żywym był tylko Waldemar K.
Na suficie, w miejscu zdjętego
żyrandola zwisała pętla zrobiona z przewodu elektrycznego.
- To dla
mnie – wskazał pętlę Waldemar, K. gdy wyprowadzano go z mieszkania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz