piątek, 29 listopada 2013

Kandydat na samobójcę?

          Budynek na rogu Kościuszki i Bolesława Prusa w Pruszkowie, nie miał złej opinii. Tylko od czasu do czasu dobiegały na zewnątrz głośne krzyki awanturujących się osób. Nawet dzielnicowy nie był częstym gościem.
          Dzieciaki na ogół bawiły się w pobliskim parku lub skakały po dachach sąsiednich budynków. Słowem : „pruszkowska normalka”. Wybijało się w tych awanturach mieszkanie Ireny S., mieszkającej z dziewięcioletnim synem Robertem. Najczęstszą przyczyną nieporozumień był konkubin Ireny, Waldemar K. Oboje pracowali w Spółdzielni „Alfa” i tam się poznali po drugim rozwodzie Ireny S. Czasami nieporozumienia rodzinne przenosili na teren zakładu pracy. Powodem były „szczególne spojrzenia” Ireny na któregoś z kolegów Waldemara K. Znajomość ich trwała od dobrych kilku lat, z przerwami na pobyt Waldemara K. w Zakładzie Karnym. To zapewne powodowało, że Irena nie liczyła na jakiś trwały związek z Waldemarem K.
          Brak stabilizacji powodował, że Irena S. biorąc udział w różnych „bibkach” organizowanych przez kolegów lub koleżanki z pracy, zapominała, że w domu zostawiła samo nieletnie dziecko. Waldemar K. reagował gwałtownie, próbując dosłownie i w przenośni, wybić Irenie z głowy te wyskoki. Czasami sam wypuszczał się na męskie „balety”. W połowie 1983 roku, przy okazji pobytu w domu swojej konkubiny, pobił ja i podduszając rękoma wymusił na niej wydanie biżuterii, którą natychmiast spieniężył, przeznaczając pieniądze na wystawny „balet”.
          Irena S. nie odpuściła tylko następnego dnia zgłosiła dzielnicowemu, rabunek rodowej biżuterii po mamusi i pozostałość z dwóch poprzednich małżeństw. Waldemar K. nie mógł darować Irce, że sprzedała go milicji. Od tego czasu, systematycznie obijał Irkę, ale tak umiejętnie, że nie zostawiał śladów mogących świadczyć przeciw niemu, gdyby Irce zachciało się ponownie go „zakapować”.
          Sąsiedzi przyzwyczaili się do krzyków Ireny S. i płaczu dziecka. Nie powiadamiali milicji, wiedząc, że następnego dnia Irena S. przebaczy Waldemarowi K. i wszystko wróci do normy.
          Dzielnicowy nie za bardo wierzył w te powiedzenia sąsiadów, że „kto się czubi ten się lubi” i z innych źródeł dowiadywał się o tym, co dzieje się w tej rodzinie. Solidarność sąsiedzka była duża i szczelna. Dzielnicowy, przy tych powtarzających się sygnałach, zastanawiał się czy nie spowodować odebrania Irenie S. praw rodzicielskich, ale ponieważ sąsiedzi zgodnie twierdzili, że nie jest tak źle, odstąpił od tych zamysłów. Tym bardziej, że Robert S. w szkole podstawowej, do której uczęszczał, nie ujawniał wobec wychowawców, co działo się w domu. Był uczniem nie wyróżniającym się, nie skarżył się na nic. Do szkoły chodził czysto ubrany.
          12 marca, w poniedziałek, Irena jak zwykle wróciła po pracy do domu. Waldemar K. zapytał ją tajemniczo, czy będzie w domu a po usłyszeniu, że będzie, gdzieś wyszedł. W międzyczasie do mieszkania Ireny przyszła jej koleżanka a za chwilę wrócił Waldemar K. wraz ze swoim kolegą. Wysłali Roberta po wódkę i zaczęli picie. Waldemar po wypiciu kilku kolejek, rozpoczął awanturę tak głośną, że jego kolega z jej koleżanką, w pośpiechu opuścili dom. Awantura trwała, sąsiedzi nie reagowali.
          13 marca, we wtorek, matka Ireny S. wyszła ze swojego mieszkania po zakupy. Wiedziała o awanturach, jakie były w mieszkaniu córki i sama nie wie, dlaczego, około jedenastej postanowiła zajść do córki i sprawdzić, czy jest ktoś w domu. Weszła na piętro i przed drzwiami mieszkania Ireny zastała skomlącego psa, którego przygarnął wnuczek. Otworzyła drzwi do mieszkania. Było cicho. Weszła do kuchni. Nie było nikogo. Zajrzała do pokoju......... Nie pamięta jak zeszła ze schodów, nie pamięta czy szła szybko czy też biegła do budynku Komendy w Pruszkowie, głośno krzycząc od wejścia: „zabici, zabici „. Nikt kobiety nie znał, nie można było wyciągnąć od niej podstawowej informacji:, kto zabity i gdzie. Po wypiciu szklanki wody, kobieta podała, że nazywa się Genowefa T. a zabitymi są jej córka Irena S. i jej syn Robert S.
          Szybko pojechano na wskazane miejsce. Widok, jaki tam zastano, nawet milicjantów wprowadził w osłupienie. W rozesłanym łóżku, przykryta kołdrą leżała Irena S. z mocno pokrwawioną i zniekształconą twarzą. Na pościeli, pod łóżkiem, widać było rozległe kałuże krwi. Obok niej leżał mężczyzna z zamkniętymi oczami, miarowo oddychający. Na podłodze, za łóżkiem, przy pochlapanej krwią ścianie leżało martwe dziecko. Irena i jej syn byli martwi. Żywym był tylko Waldemar K.
          Na suficie, w miejscu zdjętego żyrandola zwisała pętla zrobiona z przewodu elektrycznego.

- To dla mnie – wskazał pętlę Waldemar, K. gdy wyprowadzano go z mieszkania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz