Ryzykant
Zbigniew
J. czuł się oszukany przez los. Nie dość, że jest kawalerem to ma na głowie
dwoje dzieci, na które niestety płacić musi, choć na stałe nigdzie nie pracuje.
W niefarcie tym przydarzyło mu się jeszcze brać udział w pobiciu, za co sąd
przyłożył mu równiuteńko roczek do odsiadki. Zniknął, co prawda zaraz z domu,
aby nie dać się zatrzymać, ale łapiąc dorywczo różne roboty, złapał taką, która
wystawiła go na ostrzał.
Niestety,
bywa i tak, dlatego Zbigniew czuł się oszukany. Być oszukanym, nie znaczy to
rezygnować z życia. Dlatego też siedząc w areszcie posterunku Milicji Zbigniew
przemyśliwał, co by tu zrobić, aby prysnąć na wolność. W pewnym momencie
przypomniał sobie oglądanego kiedyś w telewizorze zbója, który wykorzystując
nieuwagę szeryfa uciekł z aresztu.
Wprawdzie
- kombinował dalej - Bolek i Lolek dopadli zbója i oddali w ręce szeryfa, ale
ja będę mądrzejszy. Poczekał, więc do zmierzchu i gdy otrzymał już kolację,
którą zjadł bez większego apetytu, zastukał do drzwi, dając znać milicjantowi,
że potrzebuje wyjść na stronę. Przed wyjściem z aresztu zdjął buty bez
sznurówek, i gdy uchyliły się drzwi, walnął z całej siły milicjanta w brzuch i
w nogi.
Na bosaka
czuł się pewniej i lżejszy. Uciekł w stronę lasu, mając świadomość, że goniący
go milicjant i tak do niego strzelać nie będzie, bo niby, za co. Za to, że go
uderzył? Biegło mu się coraz trudniej, ponieważ nogi natrafiały na kamienie
lub korzenie drzew. Daleko nie uciekł. Dogonił go pies milicyjny. Zbigniew J.
nie stawiał już żadnego oporu, gdy ponownie zamykano go w areszcie. Przeklinał
swojego pecha. Uciekał przed rokiem odsiadki, a złapał przez to nie mniej niż
cztery.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz