piątek, 22 listopada 2013

Ryzykant


Zbigniew J. czuł się oszukany przez los. Nie dość, że jest kawa­lerem to ma na głowie dwoje dzieci, na które niestety płacić musi, choć na stałe nigdzie nie pracuje. W niefarcie tym przyda­rzyło mu się jeszcze brać udział w pobiciu, za co sąd przyłożył mu równiuteńko roczek do odsiadki. Zniknął, co prawda zaraz z domu, aby nie dać się zatrzymać, ale łapiąc dorywczo różne roboty, złapał taką, która wystawiła go na ostrzał.
Niestety, bywa i tak, dlatego Zbigniew czuł się oszu­kany. Być oszukanym, nie znaczy to rezygnować z życia. Dlatego też siedząc w areszcie posterun­ku Milicji Zbigniew przemyśliwał, co by tu zrobić, aby prys­nąć na wolność. W pewnym mo­mencie przypomniał sobie oglądanego kiedyś w telewizorze zbó­ja, który wykorzystując nieuwa­gę szeryfa uciekł z aresztu.
Wprawdzie - kombinował dalej - Bolek i Lolek dopadli zbója i oddali w ręce szeryfa, ale ja będę mądrzejszy. Poczekał, więc do zmierzchu i gdy otrzymał już kolację, którą zjadł bez większe­go apetytu, zastukał do drzwi, dając znać milicjantowi, że pot­rzebuje wyjść na stronę. Przed wyjściem z aresztu zdjął buty bez sznurówek, i gdy uchyliły się drzwi, walnął z całej siły mi­licjanta w brzuch i w nogi.
Na bosaka czuł się pewniej i lżejszy. Uciekł w stronę lasu, mając świadomość, że goniący go mili­cjant i tak do niego strzelać nie będzie, bo niby, za co. Za to, że go uderzył? Biegło mu się coraz trudniej, ponieważ nogi natrafia­ły na kamienie lub korzenie drzew. Daleko nie uciekł. Dogonił go pies milicyjny. Zbigniew J. nie stawiał już żadnego oporu, gdy ponownie zamykano go w areszcie. Przeklinał swojego pe­cha. Uciekał przed rokiem od­siadki, a złapał przez to nie mniej niż cztery.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz