środa, 13 listopada 2013

Jak skutecznie pozbyć się żony?

       
          Na etapach naszej cywilizacji w różny sposób dobierano sobie żony, jak też w różny sposób pozbywano się tych istot najbliż­szych. Gdy protoplasci ludzkości dzisiejszej skakali po drzewach, wystarczyło połączyć się na chwilę z płcią przeciwną i już była ona na jakiś czas żoną. By­ło to prymitywne, ale dla nie­których wygodne. W miarę cy­wilizowania się społeczeństw, na­stępowało kultywowanie momen­tu zawarcia związku małżeńskie­go.
Dochodziło nieraz do trage­dii, gdy rodzice wybranki lub tego, który wybierał, nie wyraża­li zgody na „taką żonę''. Nastę­powały porwania zakończone po­ścigiem lub nawet wojną między rodzinami czy też między państwami.
Wzięcie kobiety za żonę, zaw­sze wiązało się z określonym ryzykiem, jaki mógł się obja­wić po usankcjonowaniu związ­ku małżeńskiego. Wówczas to właśnie rodziło się pytanie — jak pozbyć się żony. Radzono sobie rozmaicie. Jedne społeczeń­stwa wypracowały metody nie­zwykle humanitarne — po pros­tu zwracały rodzicom ich lato­rośl w ramach reklamacji wraz z całym wniesionym wianem. W innych, gdzie zainteresowania materialne brały górę, zwracano tylko żonę, nie zwracając wiana. Prawdopodobnie, wiano traktowano jako wyrównanie szkód moralnych, po nieudanym związ­ku. Bywało, że dla pozbycia się żony chwytano się podstępu.
Je­żeli w danym społeczeństwie cu­dzołóstwo karano śmiercią, mąż chcąc pozbyć się swojej połowi­cy, oskarżał ją o niewierność i zacierał ręce, gdy żona płonęła na stosie. Łatwiejszym sposobem pozbycia się żony było oskarże­nie jej o czary. Gdy czarownice były modne.
Teraz kobiety również nas czarują, ale nie bie­rzemy tego poważnie. Mniej hu­manitarnym sposobem pozbycia się żony było uśmiercenie jej. Obecnie modne są rozwody, ale one nie gwarantują pełnego zerwania więzów między dwoj­giem ludzi a poza tym, to są bardzo kosztowne. Wiesław G, mieszkaniec Pruszkowa, w swo­im małżeństwie przetrwał nie­wiele ponad rok. Dorobił się w tym czasie potomka kilkumie­sięcznego i już miał żony dosyć. Wiesław G. miał fantazję i z prawem był obyty. Edukacje prawną rozpoczynał jeszcze jako nieletni, gdy wspólnie z kolega­mi dokonał kradzieży z włama­niem do jednej ze szkół. W mia­rę upływu lat, doskonalił swoje umiejętności i tak dożywszy lat dwadzieścia osiem miał na swo­im koncie kilka liczących się przestępstw (łącznie z napadem rabunkowym), co pozwalało mu na zajęcie właściwej pozycji, w swoim środowisku.
Poznanie ko­biety o rok młodszej, nie, zmie­niło jego zainteresowań, nadal, więc popełniał przestępstwa bez widoków na przyszłość. Widoków takich nie miała również i jego żona Julia G. Wiesław po­stanowił pozbyć się swojej współmałżonki. W sposób nietypowy. Postanowił wsadzić ją do więzienia. Julia G. Pracowała w Warszawie jako bufetowa w zakładzie gastronomicznym. Przed odejściem na urlop macierzyński odkładała trochę pieniędzy na książeczkę oszczędnościową, przewidując słusznie, że przy takim mężu nie wiadomo, czego można się spodziewać.
W czasie poby­tu na urlopie wybierała systema­tycznie pieniądze, aby mieć, z czego żyć. Ale wszystko ma swój koniec. Konto również. Ostatni dzień roku dla wszystkich tra­dycjonalistów ma swoisty urok. Podniosłość tego właśnie dnia postanowił wykorzystać Wiesław G. Wiedział, że urzędnicy, pra­wie we wszystkich instytucjach niemal od rana myślą tylko o tym, jak uda się sylwestrowy bal, nie zwracając uwagi na zgłaszających się petentów. Wie­sław G. doszedł do wniosku, że właśnie ten a nie inny dzień, będzie doskonały do jego zamy­słu. Wziął książeczkę oszczędnoś­ciowa żony i wykorzystując po­przednie zapisy, zwiększył (fik­cyjnie) stan konta do kilkudzie­sięciu tysięcy złotych. Teraz –postanowił - należy czekać na odpowiedni moment lub sprowokować los.
Używał różnych argumentów i jakoś przekonał żonę, aby poszła z nim do PKO i pobrała z tak spreparowanej książeczki jedno­razową wypłatę w kwocie piętnaście tysięcy. Rozumował słusznie, że jeżeli stan wpłat na książeczkę będzie du­ży, a pobierał będzie tylko w kwocie limitu wypłaty jednora­zowej, nikt nie przystąpi do ana­lizowania poszczególnych zapi­sów, tym bardziej, że było to przed zakończeniem dnia pracy. I tak właśnie zrobili.
Żona, zo­stawiając pod opieką sąsiadki kilkumiesięczne dziecko, poszła z Wiesławom i wręczyła kasjerce książeczkę z wypisanym cze­kiem. Kasjerka poprosiła chwile o poczekanie. Ponieważ czekanie trochę przedłużało się, Wiesław G. zostawił żonę i wyszedł przed budynek, słusznie podejrzewając, że pewnie powiadomiono milicję. Zgadzało się.
Milicja zabrała tylko żonę. Wiesław G, zadowolony powędrował do kolegów zastanawiając się, jak spędzi noc sylwestrową. Nie przewidział w swojej kalkulacji, że milicja miała go już od dłuż­szego czasu „na oku". A stało to się wówczas, gdy jemu do­bremu znajomemu, ba, stałemu fundatorowi, Czesławowi B. skradziono z mieszkania różne dobra na ponad dwieście tysięcy. Wówczas to stal się osobą podejrzaną numer jeden, ponie­waż tylko on wiedział gdzie i w jakich miejscach pochowane są różne przedmioty, stanowiące do­robek Czesława B. Po sygnale z PKO, że zatrzymano Julię G. wraz z przerobioną książeczką oszczędnościową, zaczęto rozglą­dać się za Wiesławem. Wiesław tym czasem, w towarzystwie najbliższych sobie kolegów świętował sukces pozbycia się żony, organizując przy tym towarzyst­wo na najbliższa, uroczystą noc.
Zaskoczeniem dla niego, stało się pojawienie w melinie gdzie przebywał, funkcjonariuszy mili­cji zapraszających go do radio­wozu. W Komendzie skapitulował. Przy okazji opowiedział o innych kradzieżach, jakich dokonywał na terenie szpitala — za­bierając z nie zamkniętego poko­ju saszetkę lekarza wraz z dokumentami i pieniędzmi oraz o innych kradzieżach i włamaniach. Nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego chciał pozbyć się swojej współmałżonki, w tak przemyślny sposób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz