Synalek…
Zbigniew J. w szkole uczył się
wybiórczo, to znaczy tylko wtedy, gdy domniemywał, że nauczyciel może wywołać
go do odpowiedzi. Nauczyciele poznali się na lotności Zbigniewa i na ogół
często odpuszczali odpytywanie. Gdy ukończył szkołę podstawową i trzeba było
podjąć decyzję, co dalej, najbardziej naraził mu się ojciec. Chciał, bowiem,
żeby Zbigniew poszedł do zawodówki. Inne zdanie miał Zbyszek. W szkole
podstawowej nie uczył się tak jak życzyli sobie nauczyciele, jak życzył sobie
ojciec. Postawił na coś innego.
W wolnych chwilach chodził do domu
kolegi z jednej klasy, też nie najlepszego ucznia, ale za to mającego wspaniałe
pomysły. Jego rodzina robiła w plastiku, mając w wybudowanym warsztacie przy
domu, dwie wtryskarki i kilka form do produkcji zabawek dziecięcych i
przyrządów do kuchni dla kobiet. Na wtryskarkach pracowali robotnicy
zatrudnieni przez jego ojca, ale do obróbki modeli po wtrysku zatrudniano
właśnie kolegów syna, ale tych bardziej zdyscyplinowanych, którzy nie
opowiadają wszystkim, skąd mają pieniądze. Zbyszek załapał się do tej pracy i
całą klasę szóstą, siódmą i ósmą przepracował przy czyszczeniu odlewów, nie
mówiąc o tym własnemu ojcu. Nie opowiadał ojcu nawet wtedy, gdy w domu
organizował prywatki dla chłopaków. Ojciec po czymś takim, następnego dnia
pytał skąd wziął kasę, na co Zbyszek odpowiadał buńczucznie, że nie od niego.
Nie bał się, że od ojca dostanie pasem, bo już raz pokazał ojcu, że na treningi
sportowe chodzi po to by mieć siłę.
Matka na ogół w ich rozmowy nie
wtrącała się. Widziała jak Zbyszek zmężniał i zdawała sobie sprawę, że ojciec
go już nie dosięgnie. Po tragicznej śmierci jego starszej siostry cała rodzina
chodziła jak pół przytomna. Zbyszek przysięgał sobie, że dopadnie tego
kierowcę, który uderzył w nieoświetloną grupę dziewczyn idącą wieczorem po
drodze wprawdzie nie po tej stronie, co powinni, ale kierowca od tego ma
światła w samochodzie, aby wszystko widzieć. Kierowcy dali w zawieszeniu a
siostra nie żyje. Gdzie tu sprawiedliwość – zapytywał samego siebie.
Dlatego też, gdy po skończeniu szkoły
podstawowej oświadczył rodzinie, że nie będzie się dalej uczył, ojciec nie
przyjął tego do wiadomości tylko marudził, że trzeba uczyć się dalej choćby w
zawodówce. Ojciec nie wiedział o tym, że Zbyszek pracuje i składa pieniądze na
samochód. Starał się tak pracować, aby ani ojciec ani matka nie wiedzieli,
gdzie chodzi po szkole. Zawsze mówił, że chodzi na treningi. Pomimo upływu
czasu od skończenia szkoły podstawowej, uraz do ojca pozostał, bo nie chciał
zrozumieć, że Zbyszek ma inny cel. W czasie kolejnej awantury, Zbigniew doszedł
do wniosku, że skoro na ojcu nie robią wrażenia wyrzucane żale, i ciągłe
wracanie do tego samego karcenia, aby uzyskać święty spokój, należy wyrzucić
ojca. W czasie głośnego sporu otworzył okno, chwycił ojca za kark i dalej pchać
do okna. Gdyby nie przytomność umysłu matki, która podniosła larum, pomoc
sąsiadów obserwujących przez okno ich zmagania i interwencji wezwanej milicji,
Zbigniew J. pozbyłby się ojca w sposób wprawdzie prymitywny, ale chyba
skuteczny. Wyrzuciłby ojca przez okno a mieszkali na ósmym piętrze bez balkonu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz