Gluty
Kierownik przyszedł do pracy i się
zdziwił. Wczoraj zostawił wszystko w porządku, pozamykane a rano stwierdził, że
mu się włamano do pomieszczeń warsztatowych. Zdziwienie było bardzo duże, więc
zadzwonił do milicji. Milicja się nie zdziwiła. Nie, dlatego, że przyzwyczaili
się do najróżniejszych zgłoszeń, tylko, dlatego, że pomieszczenia z narzędziami
i magazynek narzędzi nie były w ogóle pilnowane. I to od dłuższego czasu. Od
dłuższego czasu były tez włamania do tych pomieszczeń, ale na szczęście
instytucje energetyczne są tak bogate, że na miejsce kradzionych narzędzi,
natychmiast kupowano nowe. Może to i dobrze, bo w ten sposób odmładzano zestaw
niezbędnych narzędzi, które i tak by się zużyły i trzeba by było je złomować.
Budynek narzędziowni z dala straszy
powybijanymi szybami w oknach i nie naruszonymi kratami okiennymi. Drzwi do
budynku kierownik zastał otwarte. Najwięcej kłopotów przysparzało kierownikowi
ustalenie, jak sprawcy dostali się do środka. Przekonywał milicjantów, ze
sprawcy dostali się poprzez otwarcie dwóch zamków „Yalle”, zamontowanych przy
niezbyt solidnych drzwiach. Przekonanie to również udzieliło się również
pracownikom tejże narzędziowni. Dla zademonstrowania, że sprawcy nie mogli się
dostać inną drogą, pracownicy narzędziowni, jeden przez drugiego usiłowali
przecisnąć się przez szczelinę czternastocentymetrową, powstałą między oknem a
kratą okienną. Przez szczelinę przechodziło wszystko, tylko nie głowa. Ponieważ
wszyscy z próbujących mieli głowy słusznej wielkości, szukano po zakładzie
człowieka z płaską głową. Ale nie znaleziono. Dlatego też – argumentowano –
musieli otworzyć zamki. Ale w zamkach nie było śladów grzebania, tylko ślad
oryginalnego klucza. Milicjanci, ludzie z doświadczeniem, wysłuchali wszystkich
przedstawionych wariantów i byliby skłonni wierzyć, gdyby nie powybijane szyby
w oknach. Tego nikt złośliwie raczej nie zrobił. Zrobił to raczej celowo.
Mówi się, że głupi ma szczęście.
Sławomir Z. szczęścia nie miał, ale nie znaczy to, ze był mądry. Sławomir jest
najstarszy z rodzeństwa i ma już siedemnaście lat, skończone, co przy każdej
okazji mocno akcentuje. Szczęśliwie przebrnął przez szkołę podstawową i
stwierdził, że wyedukował się dostatecznie. Podobnego zdania była jego matka.
Uważała, że po tak ciężkiej nauce powinien odpocząć parę lat, przygotowując się
do trudów życia i kiedyś tam, do założenia własnej rodziny. Na razie ma rodzinę
w domu i ta właśnie rodzina powinna go utrzymać. I utrzymywała. Wcale nieźle.
Kiedy pytano go o źródło utrzymania, odpowiadał z dumą, że jest na utrzymaniu
mamusi.
Sławomir miał kolegów. Starszych i
młodszych od siebie. Jako, że sam nie był za mądry, więc nie otaczał się
kolegami mądrzejszymi od siebie. Marian C. miał już całe dziewiętnaście lat.
Zdobył nawet zawód. Pracował w PKS-ie jako mechanik, oczywiście samochodowy.
Wybrał ten zawód, ponieważ widział w nim przyszłość.
Robert G. nie miał jeszcze skończonych
szesnastu lat, ale zaszedł najdalej. Był uczniem pierwszej klasy szkoły
zawodowej i właściwie czuł się już uczniem drugiej klasy, gdyż w domu miał
cenzurkę z promocją. W domu też miał rygor. Wolno mu było przebywać z kolegami
do oznaczonej godziny, gdy się spóźnił, dostawał lanie. I to tęgie. Dlatego
wolał się nie spóźniać. Z racji pobytu w szkole zawodowej, uważał, że posiada
największą wiedzę, to zaś winno wystarczyć do budowania autorytetu w grupie.
Nie podzielał takiego poglądu Sławomir, dlatego też Robert dosyć często brał
cięgi od kolegi i pomimo wewnętrznego buntu, podporządkowywał się Sławkowi. Wprawdzie
szukał oparcia w swoim rówieśniku Sylwestrze, R. ale zdawał sobie sprawę, że
stoi na pozycji straconej. Sławomir Z. liczył się tylko z Sylwestrem, który
podobnie jak Sławomir, nie uczył się nigdzie, nie pracował i miał, najogólniej
mówiąc obojętny stosunek do świata. Niekiedy określał dosadniej, na czym ten
jego stosunek polega, ale gdy byli z dziewczynami, słów wulgarnych nie używał.
Był dżentelmenem. Nawet, gdy dziewczynom majtki pozabierali robiąc ogląd, która
ma najbardziej obrośniętą, Sylwester majtki pozbierał, oddał, umówił się z
jedną z nich na dzień następny. Z Sylwestrem liczyli się wszyscy, bo był
fachowcem. I to dużego rozmiaru. Zawsze fascynowało go strzelanie. Pistolety
widział tylko na filmach, albo, gdy któryś ze starszych kolegów „wykołował”
straszaka. Próbował strzelać z łuku, ale były z tym same kłopoty. Nie mógł
dopasować kijka do cięciwy. Kijki pękały. Znalazł broń inną. Popularną procę.
Pamiętał jeszcze z nauki religii, że Dawid pokonał procą Goliata. Postanowił
zostać Dawidem.
Radosna czwórka nudziła się okropnie.
Wymyślali różne zabawy. Kiedyś jeden z nich dojrzał, że niedaleko miejsca gdzie
spotykają się, w szczerym niemalże polu, stoją za siatką metalową z dziurami
tak dużymi, że słoń by się zmieścił, duże metalowe urządzenie z metalową
obudową i szklanymi wskaźnikami, w których pływają fajne kulki, nadające się do
procy. Tak ocenił Sylwester.
Teraz trudno ustalić, który z nich
pierwszy wpadł na pomysł, faktem jest, że przystąpiono do zabawy. Weszli na
teren magazynu, gdy nikogo już nie było i przystąpili rozgrywania regularnych
zawodów w strzelaniu z procy do elementów szklanych, Zabawa nie trwała długo a
to, dlatego, że elementów szklanych było niewiele. Zawody wygrał oczywiście
Sylwester. Dało mu to pewną satysfakcję, ale nie na długo. Sylwester czuł
nieodpartą chęć wybijania szyb. Gdy byli na łące i strzelali z proc do
przelatujących ptaków, przypomniał sobie, że nieopodal jest budynek z
warsztatami Elektrowni, w którym jest bardzo dużo okien z szybami. Rozbawionej
grupie nie trzeba było dwa razy powtarzać.
Na początku lipca, w upalne popołudnie
udali się pod wspomniane warsztaty, zaopatrując się w proce i różnej wielkości
kamienie. Wprawdzie najlepsze do tego były kulki, jakie wyjmowano z urządzeń
rozbijanych na placu magazynowym. W czasie wielkiej zabawy nie przypuszczali,
że pójdzie im tak sprawnie. Udało im się wybić wszystkie szyby w rekordowo
krótkim czasie. Gdyby w tym czasie organizowano zawody w strzelaniu z procy,
cała czwórka miałaby szansę zająć pierwsze cztery miejsca. Na razie........ ich
szanse wzrosły do zajęcia nie punktowanych miejsc na ławie oskarżonych.
Gdy już powybijali szyby, zobaczyli,
że w narzędziowni leżą różne narzędzia, porzucone przez robotników tak, jakby
nie były im już potrzebne. Ocenili, że im narzędzia na pewno by się przydały.
Popatrzyli prze kraty na wszystkie pomieszczenia i poszli się naradzić, jak
dobrać się do środka. Ponieważ obrady trwały dość długo i nie było
jednomyślności, wejście do srodka odłożono do dnia następnego, wychodząc, ze
słusznego założenia, że zanim w okna wprawią szyby, upłynie sporo czasu.
Widzieli wprawdzie dnia następnego jak w godzinach rannych podjechał radiowóz,
jak milicjanci oglądali zniszczenia. Jeden z chłopaków był tak blisko budynku,
że słyszał jak milicjant mówił do kierownika, aby szybko zabezpieczyli okna.
Chłopcy przeżyli już kilkanaście lat
na tym świecie i wiedzieli, że zanim ktokolwiek do czegoś się weźmie, musi
upłynąć wiele czasu, ponieważ każda decyzja powinna być zatwierdzona przez
kogoś wyższego i tak dalej. W domu to, co innego, każdy zabezpiecza swoje, ale
na państwowym?
Przewidywania młodzieży sprawdziły
się. Po południu mogli spokojnie przystąpić do nakreślonego wcześniej planu.
Poczekali aż się ściemni i w całym składzie podeszli pod warsztaty. Dla
upewnienia się czy nikt nie pilnuje niezabezpieczonych pomieszczeń, strzeli
parę razy z procy, a ponieważ nikt nie pokazał się podeszli do okien. W oknach
szyb już nie było, ale były kraty. Pomiędzy kratą a ścianą była niewielka,
kilkunastocentymetrowa przerwa. Próbowali jeden przez drugiego wejść do środka,
ale żadnemu z nich nie przechodziła głowa. W tym właśnie momencie Slawomir Z. w
pomysłach okazał się nie oceniony. Przypomniał wszystkim, że ma rodzeństwo, a
szczególnie to, że ma brata.
-
No to co – krzyknął Sylwester R. – ja też mam brata.
-
Ale – stwierdził Sławomir – ja mam brata z małą głową.
Popatrzyli na niego a niemałym
podziwem. Rzeczywiście, to jest myśl. Sławomir wyciągnął braciszka lat siedem,
z łóżka i kazał mu iść ze sobą. Brat, jak to brat. Nie bardzo chciał się wlec,
ale jak mu powiedziano, jaką rolę miał pełnić, popędził zachwycony. Stanął
przed kratą nie wierząc we własne możliwości, ale jak przymierzono jego głowę
do prześwitu kraty, od razu zrozumiał, że wejść musi. Pomagali mu wszyscy przy
wchodzeniu osłaniając uszy, aby nie zostały przy kracie. Chwila skupienia i już
Janusz Z. był wewnątrz. Teraz poszło jak po maśle. Otworzył drzwi wejściowe od
wewnątrz i wszyscy uszczęśliwieni wpadli do środka.
Penetracja narzędziowni niestety,
rozczarowała ich. Było trochę narzędzi, ale nie starczyło dla wszystkich.
Rozejrzeli się dokładnie i zobaczyli prowadzące do jakiegoś pomieszczenia. Na
szczęście łom leżał w pobliżu na podłodze, uporali się natychmiast z drzwiami i
słabym zamkiem i weszli do środka. Tak, to było to, po co tu przyszli. Był to
magazyn różnych narzędzi, nawet bardzo specjalistycznych. Chłopcy brali
wszystko, jak leci, ale tylko te z górnej półki.
Jak było do przewidzenia, milicja
wpadła na ich ślad? Jak wpadła? Zostawmy ten element w milczeniu, aby nie
doszkalać młodzieży i nie uczyć jej, czego należy unikać, aby nie wpaść w łapy
„psów”. Najlepiej nie brać się do kradzieży, wówczas młodzież będzie spokojna,
bez stresów.
Zatrzymanie poszczególnych chłopców
nie nastręczało trudności. Trudności wystąpiły wówczas, gdy rozpoczęto
poszukiwanie skradzionych przedmiotów. Robert G. najbardziej technicznie
wykształcony, oddał przechowywane w domu klucze monterskie, wiertarki,
narzynki, radio i inne przedmioty, jakie poutykał po kątach. Nie wszystko
jednak miał w domu. Część większych przedmiotów ukrył w pobliskich krzakach do
czasu, gdy miał przenosić je do bardziej przemyślnej skrytki. W domu lano go za
spóźnienia, natomiast nie zadano sobie trudu zapytania, skąd ma przedmioty,
jakie wieczorem przyniósł do domu. Rober G. pretendent do roli przywódcy
nieformalnej grupy, w czasie przesłuchania prowadzonego przez miłą panią
inspektor łkał rzewnymi łzami, że nie chce iść do poprawczaka.
Sławomir Z. chciał iść do poprawczaka,
ale nie mógł. Idąc na włamanie zapomniał o tym, że niedawno skończył
siedemnaście lat i odpowiada już jako dorosły. Wprawdzie Sławomir uzasadniał
kradzież, życiowo tłumacząc;
-
Mamusi dawno skończyły się pieniądze i potrzebowaliśmy na życie dla tak licznej
rodziny a ja niestety też już nie miałem - przy czym nie wspomniał jak zarobił
te pieniądze.
Prawdę mówiąc, to właśnie Sławomir Z.
okazał się najbardziej obrotny z całego towarzystwa, ponieważ z warsztatów
wyniósł różne narzędzia ukrywając je bardzo dobrze. Zabrał również i spawarkę,
którą po drodze „opylił” mieszkającemu niedaleko Zygmuntowi W.
Był to duży niedowiarek. Z początku
nie wierzył, że milicjanci, to milicjanci. Wymagał od nich uwiarygodnienia. Gdy
zawieźli go do Komendy, nie wierzył, że jest w Komendzie. Uwierzył, gdy
zamknięto go w areszcie z dwoma pijakami.
-
Ależ panowie – wrzeszczał na całe gardło – pomylić się nie można?
Gdy uwierzył, dał znać profosowi w
areszcie, że teraz to on może spawarkę oddać. Ale teraz to milicjanci nie mieli
czasu. Spawarkę odebrano później. Sławomir Z. rozliczając się z zabranych
innych narzędzi wskazywał coraz to nowe osoby, korzystające z okazji. Kupowali
jakby na wyprzedaży. Pieniądze uzyskane ze sprzedanych narzędzi, Sławomir Z.
oddał swojej mamie. Nie wszystkie wprawdzie, ale obdzielił pozostałych po
równo, nie zapominając również o swoim bracie Januszu Z. Mamuśka Sławomira Z.
była nie pocieszona.
-
I co on takiego zrobił? – Wykrzykiwała, – że pomógł kolegom i sam przy okazji
zarobił?
-
Ano właśnie za to – odpowiedziała miła pani inspektor.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz