środa, 27 listopada 2013

Gluty


          Kierownik przyszedł do pracy i się zdziwił. Wczoraj zostawił wszystko w porządku, pozamykane a rano stwierdził, że mu się włamano do pomieszczeń warsztatowych. Zdziwienie było bardzo duże, więc zadzwonił do milicji. Milicja się nie zdziwiła. Nie, dlatego, że przyzwyczaili się do najróżniejszych zgłoszeń, tylko, dlatego, że pomieszczenia z narzędziami i magazynek narzędzi nie były w ogóle pilnowane. I to od dłuższego czasu. Od dłuższego czasu były tez włamania do tych pomieszczeń, ale na szczęście instytucje energetyczne są tak bogate, że na miejsce kradzionych narzędzi, natychmiast kupowano nowe. Może to i dobrze, bo w ten sposób odmładzano zestaw niezbędnych narzędzi, które i tak by się zużyły i trzeba by było je złomować.
          Budynek narzędziowni z dala straszy powybijanymi szybami w oknach i nie naruszonymi kratami okiennymi. Drzwi do budynku kierownik zastał otwarte. Najwięcej kłopotów przysparzało kierownikowi ustalenie, jak sprawcy dostali się do środka. Przekonywał milicjantów, ze sprawcy dostali się poprzez otwarcie dwóch zamków „Yalle”, zamontowanych przy niezbyt solidnych drzwiach. Przekonanie to również udzieliło się również pracownikom tejże narzędziowni. Dla zademonstrowania, że sprawcy nie mogli się dostać inną drogą, pracownicy narzędziowni, jeden przez drugiego usiłowali przecisnąć się przez szczelinę czternastocentymetrową, powstałą między oknem a kratą okienną. Przez szczelinę przechodziło wszystko, tylko nie głowa. Ponieważ wszyscy z próbujących mieli głowy słusznej wielkości, szukano po zakładzie człowieka z płaską głową. Ale nie znaleziono. Dlatego też – argumentowano – musieli otworzyć zamki. Ale w zamkach nie było śladów grzebania, tylko ślad oryginalnego klucza. Milicjanci, ludzie z doświadczeniem, wysłuchali wszystkich przedstawionych wariantów i byliby skłonni wierzyć, gdyby nie powybijane szyby w oknach. Tego nikt złośliwie raczej nie zrobił. Zrobił to raczej celowo.
          Mówi się, że głupi ma szczęście. Sławomir Z. szczęścia nie miał, ale nie znaczy to, ze był mądry. Sławomir jest najstarszy z rodzeństwa i ma już siedemnaście lat, skończone, co przy każdej okazji mocno akcentuje. Szczęśliwie przebrnął przez szkołę podstawową i stwierdził, że wyedukował się dostatecznie. Podobnego zdania była jego matka. Uważała, że po tak ciężkiej nauce powinien odpocząć parę lat, przygotowując się do trudów życia i kiedyś tam, do założenia własnej rodziny. Na razie ma rodzinę w domu i ta właśnie rodzina powinna go utrzymać. I utrzymywała. Wcale nieźle. Kiedy pytano go o źródło utrzymania, odpowiadał z dumą, że jest na utrzymaniu mamusi.
          Sławomir miał kolegów. Starszych i młodszych od siebie. Jako, że sam nie był za mądry, więc nie otaczał się kolegami mądrzejszymi od siebie. Marian C. miał już całe dziewiętnaście lat. Zdobył nawet zawód. Pracował w PKS-ie jako mechanik, oczywiście samochodowy. Wybrał ten zawód, ponieważ widział w nim przyszłość.
          Robert G. nie miał jeszcze skończonych szesnastu lat, ale zaszedł najdalej. Był uczniem pierwszej klasy szkoły zawodowej i właściwie czuł się już uczniem drugiej klasy, gdyż w domu miał cenzurkę z promocją. W domu też miał rygor. Wolno mu było przebywać z kolegami do oznaczonej godziny, gdy się spóźnił, dostawał lanie. I to tęgie. Dlatego wolał się nie spóźniać. Z racji pobytu w szkole zawodowej, uważał, że posiada największą wiedzę, to zaś winno wystarczyć do budowania autorytetu w grupie. Nie podzielał takiego poglądu Sławomir, dlatego też Robert dosyć często brał cięgi od kolegi i pomimo wewnętrznego buntu, podporządkowywał się Sławkowi. Wprawdzie szukał oparcia w swoim rówieśniku Sylwestrze, R. ale zdawał sobie sprawę, że stoi na pozycji straconej. Sławomir Z. liczył się tylko z Sylwestrem, który podobnie jak Sławomir, nie uczył się nigdzie, nie pracował i miał, najogólniej mówiąc obojętny stosunek do świata. Niekiedy określał dosadniej, na czym ten jego stosunek polega, ale gdy byli z dziewczynami, słów wulgarnych nie używał. Był dżentelmenem. Nawet, gdy dziewczynom majtki pozabierali robiąc ogląd, która ma najbardziej obrośniętą, Sylwester majtki pozbierał, oddał, umówił się z jedną z nich na dzień następny. Z Sylwestrem liczyli się wszyscy, bo był fachowcem. I to dużego rozmiaru. Zawsze fascynowało go strzelanie. Pistolety widział tylko na filmach, albo, gdy któryś ze starszych kolegów „wykołował” straszaka. Próbował strzelać z łuku, ale były z tym same kłopoty. Nie mógł dopasować kijka do cięciwy. Kijki pękały. Znalazł broń inną. Popularną procę. Pamiętał jeszcze z nauki religii, że Dawid pokonał procą Goliata. Postanowił zostać Dawidem.
          Radosna czwórka nudziła się okropnie. Wymyślali różne zabawy. Kiedyś jeden z nich dojrzał, że niedaleko miejsca gdzie spotykają się, w szczerym niemalże polu, stoją za siatką metalową z dziurami tak dużymi, że słoń by się zmieścił, duże metalowe urządzenie z metalową obudową i szklanymi wskaźnikami, w których pływają fajne kulki, nadające się do procy. Tak ocenił Sylwester.
          Teraz trudno ustalić, który z nich pierwszy wpadł na pomysł, faktem jest, że przystąpiono do zabawy. Weszli na teren magazynu, gdy nikogo już nie było i przystąpili rozgrywania regularnych zawodów w strzelaniu z procy do elementów szklanych, Zabawa nie trwała długo a to, dlatego, że elementów szklanych było niewiele. Zawody wygrał oczywiście Sylwester. Dało mu to pewną satysfakcję, ale nie na długo. Sylwester czuł nieodpartą chęć wybijania szyb. Gdy byli na łące i strzelali z proc do przelatujących ptaków, przypomniał sobie, że nieopodal jest budynek z warsztatami Elektrowni, w którym jest bardzo dużo okien z szybami. Rozbawionej grupie nie trzeba było dwa razy powtarzać.
          Na początku lipca, w upalne popołudnie udali się pod wspomniane warsztaty, zaopatrując się w proce i różnej wielkości kamienie. Wprawdzie najlepsze do tego były kulki, jakie wyjmowano z urządzeń rozbijanych na placu magazynowym. W czasie wielkiej zabawy nie przypuszczali, że pójdzie im tak sprawnie. Udało im się wybić wszystkie szyby w rekordowo krótkim czasie. Gdyby w tym czasie organizowano zawody w strzelaniu z procy, cała czwórka miałaby szansę zająć pierwsze cztery miejsca. Na razie........ ich szanse wzrosły do zajęcia nie punktowanych miejsc na ławie oskarżonych.
          Gdy już powybijali szyby, zobaczyli, że w narzędziowni leżą różne narzędzia, porzucone przez robotników tak, jakby nie były im już potrzebne. Ocenili, że im narzędzia na pewno by się przydały. Popatrzyli prze kraty na wszystkie pomieszczenia i poszli się naradzić, jak dobrać się do środka. Ponieważ obrady trwały dość długo i nie było jednomyślności, wejście do srodka odłożono do dnia następnego, wychodząc, ze słusznego założenia, że zanim w okna wprawią szyby, upłynie sporo czasu. Widzieli wprawdzie dnia następnego jak w godzinach rannych podjechał radiowóz, jak milicjanci oglądali zniszczenia. Jeden z chłopaków był tak blisko budynku, że słyszał jak milicjant mówił do kierownika, aby szybko zabezpieczyli okna.
          Chłopcy przeżyli już kilkanaście lat na tym świecie i wiedzieli, że zanim ktokolwiek do czegoś się weźmie, musi upłynąć wiele czasu, ponieważ każda decyzja powinna być zatwierdzona przez kogoś wyższego i tak dalej. W domu to, co innego, każdy zabezpiecza swoje, ale na państwowym?
          Przewidywania młodzieży sprawdziły się. Po południu mogli spokojnie przystąpić do nakreślonego wcześniej planu. Poczekali aż się ściemni i w całym składzie podeszli pod warsztaty. Dla upewnienia się czy nikt nie pilnuje niezabezpieczonych pomieszczeń, strzeli parę razy z procy, a ponieważ nikt nie pokazał się podeszli do okien. W oknach szyb już nie było, ale były kraty. Pomiędzy kratą a ścianą była niewielka, kilkunastocentymetrowa przerwa. Próbowali jeden przez drugiego wejść do środka, ale żadnemu z nich nie przechodziła głowa. W tym właśnie momencie Slawomir Z. w pomysłach okazał się nie oceniony. Przypomniał wszystkim, że ma rodzeństwo, a szczególnie to, że ma brata.
- No to co – krzyknął Sylwester R. – ja też mam brata.
- Ale – stwierdził Sławomir – ja mam brata z małą głową.
          Popatrzyli na niego a niemałym podziwem. Rzeczywiście, to jest myśl. Sławomir wyciągnął braciszka lat siedem, z łóżka i kazał mu iść ze sobą. Brat, jak to brat. Nie bardzo chciał się wlec, ale jak mu powiedziano, jaką rolę miał pełnić, popędził zachwycony. Stanął przed kratą nie wierząc we własne możliwości, ale jak przymierzono jego głowę do prześwitu kraty, od razu zrozumiał, że wejść musi. Pomagali mu wszyscy przy wchodzeniu osłaniając uszy, aby nie zostały przy kracie. Chwila skupienia i już Janusz Z. był wewnątrz. Teraz poszło jak po maśle. Otworzył drzwi wejściowe od wewnątrz i wszyscy uszczęśliwieni wpadli do środka.
          Penetracja narzędziowni niestety, rozczarowała ich. Było trochę narzędzi, ale nie starczyło dla wszystkich. Rozejrzeli się dokładnie i zobaczyli prowadzące do jakiegoś pomieszczenia. Na szczęście łom leżał w pobliżu na podłodze, uporali się natychmiast z drzwiami i słabym zamkiem i weszli do środka. Tak, to było to, po co tu przyszli. Był to magazyn różnych narzędzi, nawet bardzo specjalistycznych. Chłopcy brali wszystko, jak leci, ale tylko te z górnej półki.
          Jak było do przewidzenia, milicja wpadła na ich ślad? Jak wpadła? Zostawmy ten element w milczeniu, aby nie doszkalać młodzieży i nie uczyć jej, czego należy unikać, aby nie wpaść w łapy „psów”. Najlepiej nie brać się do kradzieży, wówczas młodzież będzie spokojna, bez stresów.
          Zatrzymanie poszczególnych chłopców nie nastręczało trudności. Trudności wystąpiły wówczas, gdy rozpoczęto poszukiwanie skradzionych przedmiotów. Robert G. najbardziej technicznie wykształcony, oddał przechowywane w domu klucze monterskie, wiertarki, narzynki, radio i inne przedmioty, jakie poutykał po kątach. Nie wszystko jednak miał w domu. Część większych przedmiotów ukrył w pobliskich krzakach do czasu, gdy miał przenosić je do bardziej przemyślnej skrytki. W domu lano go za spóźnienia, natomiast nie zadano sobie trudu zapytania, skąd ma przedmioty, jakie wieczorem przyniósł do domu. Rober G. pretendent do roli przywódcy nieformalnej grupy, w czasie przesłuchania prowadzonego przez miłą panią inspektor łkał rzewnymi łzami, że nie chce iść do poprawczaka.
          Sławomir Z. chciał iść do poprawczaka, ale nie mógł. Idąc na włamanie zapomniał o tym, że niedawno skończył siedemnaście lat i odpowiada już jako dorosły. Wprawdzie Sławomir uzasadniał kradzież, życiowo tłumacząc;
- Mamusi dawno skończyły się pieniądze i potrzebowaliśmy na życie dla tak licznej rodziny a ja niestety też już nie miałem - przy czym nie wspomniał jak zarobił te pieniądze.
          Prawdę mówiąc, to właśnie Sławomir Z. okazał się najbardziej obrotny z całego towarzystwa, ponieważ z warsztatów wyniósł różne narzędzia ukrywając je bardzo dobrze. Zabrał również i spawarkę, którą po drodze „opylił” mieszkającemu niedaleko Zygmuntowi W.
Był to duży niedowiarek. Z początku nie wierzył, że milicjanci, to milicjanci. Wymagał od nich uwiarygodnienia. Gdy zawieźli go do Komendy, nie wierzył, że jest w Komendzie. Uwierzył, gdy zamknięto go w areszcie z dwoma pijakami.
- Ależ panowie – wrzeszczał na całe gardło – pomylić się nie można?
Gdy uwierzył, dał znać profosowi w areszcie, że teraz to on może spawarkę oddać. Ale teraz to milicjanci nie mieli czasu. Spawarkę odebrano później. Sławomir Z. rozliczając się z zabranych innych narzędzi wskazywał coraz to nowe osoby, korzystające z okazji. Kupowali jakby na wyprzedaży. Pieniądze uzyskane ze sprzedanych narzędzi, Sławomir Z. oddał swojej mamie. Nie wszystkie wprawdzie, ale obdzielił pozostałych po równo, nie zapominając również o swoim bracie Januszu Z. Mamuśka Sławomira Z. była nie pocieszona.
- I co on takiego zrobił? – Wykrzykiwała, – że pomógł kolegom i sam przy okazji zarobił?

- Ano właśnie za to – odpowiedziała miła pani inspektor.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz