Partacze
Jarosław K. uważał, że miał swój
dzień. No, bo żona wyjechała z dziećmi na wakacje i dała mu wolne. Poszedł do
„Uroczej” z nadzieją, że tam właśnie znajdzie dalszy ciąg swojego szczęśliwego
dnia. Zamówił setkę, coś na ząb i czekał.
Dziewcząt było sporo, ale każda była
zaklepana wcześniej. Miał już zbierać się do wyjścia, gdy przy jego stoliku
stanęło trzech wesołych panów, pytających grzecznie, czy przyjmie ich do
stolika. Jarosław K. odetchnął i uśmiechając się wskazał krzesła. Kelnerka
jakby czekała na ten moment, zjawiła się błyskawicznie, aby przyjąć zamówienie.
Jarosław podniósł stawkę do litra. Goście nie byli gorsi, ale zamówili alkohol
w mniejszej ilości. Jarosław grzecznie zapytał – skąd bogi prowadzą, goście
odpowiedzieli, że ze stolicy polskiej petrochemii. Jarosław zdał egzamin ze
znajomości geografii współczesnej odgadując, że z Płocka. Przepijano w
setkowych szklaneczkach. Jeden z nich wyłamał się i pił tylko połowę. Jarosław
natychmiast zareagował, domagając się, aby ten gość – wskazał go palcem – wypił
do dna. W tym momencie uprzytomniono sobie, że nie było prezentacji. Jarosław
jestem – powiedział unosząc kieliszek do góry, Ziutek – przedstawił się sąsiad
i po wylewnym ucałowaniu Jarosława, dopilnował, aby Jarosław wypił toast do
dna. Obleciano z całowaniem dookoła. Jarosław K. dowiedział się, że pije z
Ziutkiem, Heniem i Lutkiem zaliczając przy tym niepełną sztafetę. Miękł w
oczach. Niewiele pamięta z dalszego pobytu w tym towarzystwie. Zapamiętał
jedynie awanturę z kelnerką.
Oprzytomniał w pobliskim parku, gdy
zrobiło mu się zimno. Chciał splunąć, lecz nie miał, czym. Suszyło. Wstał z
ławki, wziął azymut na dom. Zorientował się, że nie ma zegarka, pieniędzy i
kluczy od mieszkania. Rozważał czy powinien iść do domu czy zgłosić się na
milicję. Inżynierski umysł skierował Jarosława do domu, bo jak na razie jest to
wielka niewiadoma. Nie miał kłopotu z wejściem do mieszkania. Drzwi były
otwarte, mieszkanie splądrowane. Zapasowymi kluczami zamknął drzwi i poszedł do
Komendy. Początkowo nie wspominał o wczorajszej biesiadzie. Zapisano, co
powiedział, obejrzano mieszkanie i poradzono mu zmienić zamki.
Jarosław
K. kalkulował. Żona z dziećmi na wakacjach, ma swój klucz. Gdy zmieni zamki,
podczas jego nieobecności żona nie dostanie się do mieszkania. Nie dość, że
spił się jak bąk, stracił dorobek własny i żony, to jeszcze robić żonie takie
niespodzianki? Zamków nie zmienił.
W kilka dni po kradzieży, z domu, w
którym mieszkał inżynier Jarosław K. wyszło trzech wesołych panów uginających
się pod ciężarem tobołków. By ulżyć im w niesieniu tak dużego ciężaru,
czekający zupełnie przypadkiem w pobliżu, milicjanci z Komendy zaproponowali
podwiezienie, radiowozem.
Zatrzymani złodzieje tłumaczyli się
nawet zgrabnie, że ich wspólnik – kolega Jarosław prosił ich o pomoc przy
przeprowadzce, bo rozwodzi się z żoną.
Gdy następnego dnia stanęli oko w oko
z Jarosławem K. przestali mówić o przeprowadzce, a zaczęli dopytywać się ile
mogą w Sądzie dostać za dwukrotne włamanie do tego samego mieszkania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz