poniedziałek, 25 listopada 2013

Partacze


          Jarosław K. uważał, że miał swój dzień. No, bo żona wyjechała z dziećmi na wakacje i dała mu wolne. Poszedł do „Uroczej” z nadzieją, że tam właśnie znajdzie dalszy ciąg swojego szczęśliwego dnia. Zamówił setkę, coś na ząb i czekał.
          Dziewcząt było sporo, ale każda była zaklepana wcześniej. Miał już zbierać się do wyjścia, gdy przy jego stoliku stanęło trzech wesołych panów, pytających grzecznie, czy przyjmie ich do stolika. Jarosław K. odetchnął i uśmiechając się wskazał krzesła. Kelnerka jakby czekała na ten moment, zjawiła się błyskawicznie, aby przyjąć zamówienie. Jarosław podniósł stawkę do litra. Goście nie byli gorsi, ale zamówili alkohol w mniejszej ilości. Jarosław grzecznie zapytał – skąd bogi prowadzą, goście odpowiedzieli, że ze stolicy polskiej petrochemii. Jarosław zdał egzamin ze znajomości geografii współczesnej odgadując, że z Płocka. Przepijano w setkowych szklaneczkach. Jeden z nich wyłamał się i pił tylko połowę. Jarosław natychmiast zareagował, domagając się, aby ten gość – wskazał go palcem – wypił do dna. W tym momencie uprzytomniono sobie, że nie było prezentacji. Jarosław jestem – powiedział unosząc kieliszek do góry, Ziutek – przedstawił się sąsiad i po wylewnym ucałowaniu Jarosława, dopilnował, aby Jarosław wypił toast do dna. Obleciano z całowaniem dookoła. Jarosław K. dowiedział się, że pije z Ziutkiem, Heniem i Lutkiem zaliczając przy tym niepełną sztafetę. Miękł w oczach. Niewiele pamięta z dalszego pobytu w tym towarzystwie. Zapamiętał jedynie awanturę z kelnerką.
          Oprzytomniał w pobliskim parku, gdy zrobiło mu się zimno. Chciał splunąć, lecz nie miał, czym. Suszyło. Wstał z ławki, wziął azymut na dom. Zorientował się, że nie ma zegarka, pieniędzy i kluczy od mieszkania. Rozważał czy powinien iść do domu czy zgłosić się na milicję. Inżynierski umysł skierował Jarosława do domu, bo jak na razie jest to wielka niewiadoma. Nie miał kłopotu z wejściem do mieszkania. Drzwi były otwarte, mieszkanie splądrowane. Zapasowymi kluczami zamknął drzwi i poszedł do Komendy. Początkowo nie wspominał o wczorajszej biesiadzie. Zapisano, co powiedział, obejrzano mieszkanie i poradzono mu zmienić zamki.
Jarosław K. kalkulował. Żona z dziećmi na wakacjach, ma swój klucz. Gdy zmieni zamki, podczas jego nieobecności żona nie dostanie się do mieszkania. Nie dość, że spił się jak bąk, stracił dorobek własny i żony, to jeszcze robić żonie takie niespodzianki? Zamków nie zmienił.
          W kilka dni po kradzieży, z domu, w którym mieszkał inżynier Jarosław K. wyszło trzech wesołych panów uginających się pod ciężarem tobołków. By ulżyć im w niesieniu tak dużego ciężaru, czekający zupełnie przypadkiem w pobliżu, milicjanci z Komendy zaproponowali podwiezienie, radiowozem.
Zatrzymani złodzieje tłumaczyli się nawet zgrabnie, że ich wspólnik – kolega Jarosław prosił ich o pomoc przy przeprowadzce, bo rozwodzi się z żoną.

          Gdy następnego dnia stanęli oko w oko z Jarosławem K. przestali mówić o przeprowadzce, a zaczęli dopytywać się ile mogą w Sądzie dostać za dwukrotne włamanie do tego samego mieszkania.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz