piątek, 8 listopada 2013

Tragiczne skutki picia wódki.


           Wojciech G. miał wstręt. Oczywiście do pracy. W jego prawie czterdziestoletnim życiu nie zdarzyło się, aby przepracował jeden dzień od skowronka do żaby. Zawsze stawały na drodze jego uczciwości jakieś przeszkody, zmuszające Wojciecha do obierania dróg krętych. Dlatego też chodził Wojciech drogami krętymi spotykając na tej drodze ludzi jemu podobnych. Łączyło ich jedno: wstręt do pracy uczciwej. Bo nie można powiedzieć, że nie pracowali w ogóle. Najczęściej pracowali głową. Zastanawiali się przeważnie nad tym, co by tu zrobić, żeby nie napracować się a zarobić. Przeważnie coś wymyślali. Od czasu do czasu mieli, więc trochę towaru w naturze, jeśli ukradli kurę lub kaczkę. Częściej jednak mieli wyroki sądowe i jakoś życie się plotło. Aż się poplątało.         
          Do mieszkania Wojciecha G. przyszedł Janusz K. Przyszedł z rana a więc był bez śniadania. Zapytał Wojciecha wprost, czy nie ma czegoś do wypicia. Wojciech miał, ale nie wiele. Wypili po szklance wina i przypomnieli sobie, że jest okazja do naciągnięcia kumpla, ponieważ z więzienia wyszedł Marek K. Udali się do niego i przekonali go, aby się nie krygował tylko uczcił należycie powrót z tamtej strony.
          Marek K. mieszkał samotnie, więc nie było widać w chałupie śladu ręki kobiecej. Marek sięgnął za tapczan i wyjął pełną butelkę wina. Starczyła dla trzech. O zakąskę się nie martwili, bo i tak w domu nie było w co zęby włożyć. Wojciech G. złapał cug i dalej podpuszczać Marka, aby zmobilizował swoje siły i godnie uczcił powrót do wolności. Marek siły miał, bo na państwowym był chowany, ale pomny pobytu w więzieniu, siłą nic nie chciał zdobywać. Sięgnął, przeto po książki, jakie mu zostały z dzieciństwa i udał się do pobliskiego antykwariatu. W tym czasie Wojciech, G. i Janusz K. poszli na pruszkowski targ, aby „zorganizować coś do jedzenia. Po drodze spotkali Jancentego B. który również miał ochotę na uczczenie powrotu Marka. Umówili się, że spotkają się w mieszkaniu Marka, ponieważ u niego nikt nie „trzeszczał „ nad głową w czasie picia.
          Spotkali się po południu. Zdążyli otrzeźwieć i przytomniej oceniali sytuację. Przeliczyli zdobytą ilość alkoholu i doszli do wniosku, że na wieczór powinno wystarczyć. Mieli kilka win i dwie butelki wódki. Pili tak właściwie na smętną nutę. Marek opowiadał swoje wrażenia z pobytu w odosobnieniu. Janusz K. doświadczony pobytami w więzieniu, wiernie Markowi sekundował w opowiadaniu, chociaż doświadczenie miał mniejsze. Wojciech był arbitrem, przyznając rację raz jednemu raz drugiemu. Rwały się wątki, gubiono w rozmowie zasadniczy temat, gdy włączano przyśpiewki. Ech.... serce rwało do góry. Butelki spadały ze stołu. Puste. Późnym wieczorem do mieszkania Marka przyjechał jego brat. Zobaczyć, jak sprawuje się Marek po wyjściu z odosobnienia. Widok, jaki zobaczył, doprowadził go niemal do szału.
           Wygonił całe to pijane towarzystwo zostawiając w mieszkaniu tylko Marka, któremu po bratersku nakładał do uszu różnych przykazań. Marek udawał, że słucha, ale w skrytości chodziło mu o to, aby braciszek jak najprędzej pojechał do siebie do domu, ponieważ wychodzący pod namową brata, Wojciech G wspomniał mu po cichu o posiadaniu pięciuset złotych, które można zamienić na wiele flaszek, a do rana daleko. Doczekawszy się, że braciszek zmęczony wytykaniem, pojechał do domu, Marek K. szybciutko zamknął swoje mieszkanie i pobiegł do mieszkania Wojciecha G. Zaskoczyło Marka, że drzwi wejściowe zamknięte były na zasuwę. Przypuszczał, że Wojciech poszedł spać nie sprostawszy obietnicy, jaką złożył Markowi przed wyjściem z jego mieszkania, że kupi kilka butelek wódki. Poczekał jeszcze chwilę i już miał wracać do siebie, gdy drzwi otworzono. W drzwiach ukazał się Janusz K. Marek wszedł do mieszkania i zobaczył Wojciecha G. leżącego w kałuży krwi na podłodze. Na stole stała butelka wina, szklanki z herbatą i nie pokrojony chleb.
-   Czyżby Janusz zamiast chleba pokroił Wojciecha G? – zastanawiał się Marek.

Przybyły na miejsce lekarz stwierdził zgon Wojciecha G. od pchnięcia nożem. W mieszkaniu był tylko Janusz K. Marek K. miał nadzieję, że do więzienia nie wróci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz