czwartek, 21 listopada 2013

Brat


          Instytucja brata zawsze stano­wiła parawan bezpieczeństwa dla niesfornych bąbli, dających się we znaki swoim rówieśnikom. Bąbel taki dopóty dokuczał, nawet starszemu, dopóki nie dostał w ucho. Gdy dostał, zanosił się rzewnymi łzami i łka­jąc na całe gardło wyduszał z siebie groźbę, która jego zda­niem winna sparaliżować prze­ciwnika: „a ja mam brata".
Je­żeli nie przeraziło to w dosta­tecznym stopniu przeciwnika bąb­la, dowiadywał się od razu, że brat bąbla przyjdzie jutro i zro­bi z przeciwnika placek ze śliw­kami albo coś gorszego. Była to, więc swojego rodzaju zasłona za­pewniająca na pewien czas zu­pełną bezkarność. Oczywiście do czasu. Bo mogło się zdarzyć, że bąbel straszył przeciwnika, ale bratem młodszym, wtedy to, wła­śnie obrywali obaj podwójne cię­gi. O tym, że dobrze mieć brata i to starszego, przekonała się Jadwiga J.
Jadwiga była młoda, ale na, tyle, że mogła sobie poz­wolić wyjść za mąż i urodzić dziecko. Po narodzinach potom­ka, nie poszła do pracy, tylko wzięła za namową męża urlop wychowawczy i zabawiała lato­rośl. Mąż, jak na chłopa przysta­ło, miał fach w ręku i na rodzi­nę pracował. Miał w ręku fach, ale miał mało siły. Siły tej star­czało mu na, tyle, aby porządnie wygarbować skórę żonie, ot, tak na wszelki wypadek. Wychodził widocznie z założenia, że jak chłop idzie do pracy, to babie różne figliki po głowie chodzą. Nie chciał jej złapać, dlatego działał profilaktycznie.
Kwietnio­wego popołudnia Jadwiga J. wy­słała męża po zakupy do sklepu. Mąż, Marcin J. może by i zrobił zakupy, gdyby nie napotkał sąsiada Jerzego Z. Ponieważ Jadwiga z doświadczenia małżeńs­kiego wiedziała, że spotkania ta­kie niczego dobrego nie wróżą, złożyła na ręce męża ostry pro­test, nakłaniając go na pójście do domu. Marcin J. był raptusem. Nawtykał żonie soczystych wiązanek i gdy widział, że nie odnosi to skutku, poparł swoje wywody argumentem mocniej­szym, pieczętując żonie nos i oczy. Żona, nawykła wprawdzie do poszturchiwania, ale nie tak mocnego, podniosła głośne larum, alarmując tym swoją matkę, za­mieszkałą niedaleko swych dzie­ci. Matka Jadwigi, kobieta z do­świadczeniem, wiedziała, że sa­ma z zięciem nic nie poradzi, dla­tego też niemal w biegu złapała swojego męża i syna i wszyscy pobiegli na pomoc. Na podwórku posesji, w której mieszkali Jad­wiga z mężem, zobaczyli, że przy studni siedzi zięć z sąsiadem i jego żoną popijając wódkę z butelki, a z mieszkania Jadwigi rozlega się donośny szloch.
I tu właśnie brat Jadwigi nie wytrzy­mał. Podszedł spokojnie do stud­ni, chwycił delikatnie za szyjkę butelki i machnął ją za siebie, w to samo miejsce posłał pełny kieliszek. Marcin J. też nie wytrzy­mał. Z okrzykiem „za swoje pi­je" rzucił się na Mirosława K. Mirosław, wprawdzie młody i ka­waler, ale siłę miał. Za pierw­szym razem trafił szwagra w szczękę tak, że szwagier padł jak długi. Sąsiad i wspólnik do bu­telki Jerzy Z. nie poszedł po ro­zum do głowy, tylko poszedł na Mirosława K. i padł niestety z takim jak kolega, efektem.

Mi­rosław popatrzył na gramolących się z ziemi i poszedł do pracy, matka zaś do córki. Marcina J. i Jerzego Z. musiało zabrać po­gotowie do szpitala na oddział dentystyczny. Kiedy po wyjściu ze szpitala szeptali swoje zezna­nia przez zadrutowane zęby, nie widać było w nich tej pewności siebie, jaką mieli jeszcze przed bójką. Dlatego też, jeśli ktoś Ci mówi, że ma brata, lepiej mu uwierzyć na słowo. Po co się przekonać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz