Brat
Instytucja
brata zawsze stanowiła parawan bezpieczeństwa dla niesfornych bąbli, dających
się we znaki swoim rówieśnikom. Bąbel taki dopóty dokuczał, nawet starszemu,
dopóki nie dostał w ucho. Gdy dostał, zanosił się rzewnymi łzami i łkając na
całe gardło wyduszał z siebie groźbę, która jego zdaniem winna sparaliżować
przeciwnika: „a ja mam brata".
Jeżeli
nie przeraziło to w dostatecznym stopniu przeciwnika bąbla, dowiadywał się od
razu, że brat bąbla przyjdzie jutro i zrobi z przeciwnika placek ze śliwkami
albo coś gorszego. Była to, więc swojego rodzaju zasłona zapewniająca na
pewien czas zupełną bezkarność. Oczywiście do czasu. Bo mogło się zdarzyć, że
bąbel straszył przeciwnika, ale bratem młodszym, wtedy to, właśnie obrywali
obaj podwójne cięgi. O tym, że dobrze mieć brata i to starszego, przekonała
się Jadwiga J.
Jadwiga
była młoda, ale na, tyle, że mogła sobie pozwolić wyjść za mąż i urodzić
dziecko. Po narodzinach potomka, nie poszła do pracy, tylko wzięła za namową
męża urlop wychowawczy i zabawiała latorośl. Mąż, jak na chłopa przystało,
miał fach w ręku i na rodzinę pracował. Miał w ręku fach, ale miał mało siły.
Siły tej starczało mu na, tyle, aby porządnie wygarbować skórę żonie, ot, tak
na wszelki wypadek. Wychodził widocznie z założenia, że jak chłop idzie do
pracy, to babie różne figliki po głowie chodzą. Nie chciał jej złapać, dlatego
działał profilaktycznie.
Kwietniowego
popołudnia Jadwiga J. wysłała męża po zakupy do sklepu. Mąż, Marcin J. może by
i zrobił zakupy, gdyby nie napotkał sąsiada Jerzego Z. Ponieważ Jadwiga z
doświadczenia małżeńskiego wiedziała, że spotkania takie niczego dobrego nie
wróżą, złożyła na ręce męża ostry protest, nakłaniając go na pójście do domu.
Marcin J. był raptusem. Nawtykał żonie soczystych wiązanek i gdy widział, że
nie odnosi to skutku, poparł swoje wywody argumentem mocniejszym, pieczętując
żonie nos i oczy. Żona, nawykła wprawdzie do poszturchiwania, ale nie
tak mocnego, podniosła głośne larum, alarmując tym swoją matkę, zamieszkałą
niedaleko swych dzieci. Matka Jadwigi, kobieta z doświadczeniem, wiedziała,
że sama z zięciem nic nie poradzi, dlatego też niemal w biegu złapała swojego
męża i syna i wszyscy pobiegli na pomoc. Na podwórku posesji, w której
mieszkali Jadwiga z mężem, zobaczyli, że przy studni siedzi zięć z sąsiadem i
jego żoną popijając wódkę z butelki, a z mieszkania Jadwigi rozlega się donośny
szloch.
I tu
właśnie brat Jadwigi nie wytrzymał. Podszedł spokojnie do studni, chwycił
delikatnie za szyjkę butelki i machnął ją za siebie, w to samo miejsce posłał
pełny kieliszek. Marcin J. też nie wytrzymał. Z okrzykiem „za swoje pije"
rzucił się na Mirosława K. Mirosław, wprawdzie młody i kawaler, ale siłę miał.
Za pierwszym razem trafił szwagra w szczękę tak, że szwagier padł jak długi.
Sąsiad i wspólnik do butelki Jerzy Z. nie poszedł po rozum do głowy, tylko
poszedł na Mirosława K. i padł niestety z takim jak kolega, efektem.
Mirosław
popatrzył na gramolących się z ziemi i poszedł do pracy, matka zaś do córki.
Marcina J. i Jerzego Z. musiało zabrać pogotowie do szpitala na oddział
dentystyczny. Kiedy po wyjściu ze szpitala szeptali swoje zeznania przez
zadrutowane zęby, nie widać było w nich tej pewności siebie, jaką mieli jeszcze
przed bójką. Dlatego też, jeśli ktoś Ci mówi, że ma brata, lepiej mu uwierzyć
na słowo. Po co się przekonać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz