Szejk
w Pruszkowie
Ile można zapłacić za nocleg? To
zależy od klasy hotelu. W Warszawie ceny kształtując się od tysiąca złotych do
tysiąca dolarów – prawdopodobnie z dodatkowymi bajerami. Poza hotelami o znanej
renomie funkcjonują jeszcze hotele „dzikie”, w których płaci się znacznie
mniej, ale można więcej stracić. Nie zawsze z korzyścią dla zdrowia. Pruszków
na szczęście metropolią nie jest, ale są miejsca, w których za noc płaci się
znacznie mniej, ale można więcej stracić. Od czasu do czasu są likwidowane, ale
odrastają jak łby hydry.
Brak hoteli w Pruszkowie nie oznacza,
że nie ma chętnych do spędzenia nocy w naszym uroczym mieście. Stanisław K.
stale mieszka w Zamościu. Doszedł do drugiego roku studiów w Akademii Rolniczej
i mieszkając częściowo w akademiku, zauważył, ze dojrzał do wędrówek po kraju.
Nadarzyła się okazja, aby ruszył w Polskę. Cioteczny brat Stanisława K.
mieszkający w miejscowości blisko Pruszkowa, miał ochrzcić dziecko. Jak
przystało na szczęśliwego ojca, zadbał aby mieli co pojeść i popić nie tylko
chrzestni rodzice. Zastanawiające, niby kryzys w kraju a na uroczystościach
tego nie widać. Świadczy to dobrze o zaradności rodziców i pozwala domniemywać,
że chrzczone dziecko nie będzie mniej zaradne. Uroczystość przebiegała prawie
normalnie. Po dopełnieniu ceremonii każdy z gości bezbłędnie trafiał na
wyznaczone z góry miejsce i szybciuteńko dla rozgrzania się, – bo ziąb na
dworze, zaczęto toastować: na zdrowie dziecka, za zdrowie dziecka, dla zdrowia
dziecka. Następnie toastowano: za mamuśkę, za tatusia, za mamę chrzestną, za
chrzestnego, za dziadka – ktoś krzyknął chrzestnego, ale po wypiciu
uprzytomniono sobie, że dziadka przy chrzcie nie było. Rozgrzanie ciał
spowodowało rozgrzanie umysłów. Rozgrzane umysły pracujące na zupełnym luzie
zaczęły wywlekać zadawnione spory w postaci niesmacznych uwag na temat
prezentów wręczonych dziecku. I kiedy ojciec dziecka zaczął przyciskać
chrzestnego, czyli Stanisława K., ten nie wytrzymał i wrzasnął:
-
C...o do cholery, za sz...ejka mnie masz?
-
Toś ty taki – odpowiedział ojciec dziecka – ze wsi jesteś, nauki pobierasz i za
gołodupca chcesz uchodzić?
Stanisława K. dotknęło to w czuły
punkt. Wprawdzie ledwie kontaktował się ze światem zewnętrznym, ale aluzję
zrozumiał i postanowił się wynieść z mieszkania ciotecznego brata. Zarzucił
kurtkę i ruszył prze siebie.
*
* *
Pruszkowiacy z dumą i niepokojem
patrzyli na rosnący pawilon przy ul. 17 stycznia. Z dumą, bo nareszcie będzie
namiastka wielkomiejskości, z niepokojem, ponieważ przeszklony pawilon aż nęci
miejscowych i przyjezdnych złodziejaszków, aby pod przykryciem nocy zajrzeć do
środka. To powoduje wyłączenie z handlu sklepu na ileś tam dni.
Po wprowadzeniu towarów do
wspomnianego pawilonu, wprowadzono do niego również i dozorcę z psem. Jest to
pawilon przemysłowy, więc pies mógł biegać po nim spokojnie. Wprawdzie termin
otwarcia pawilonu przesuwano wielokrotnie, ale nastąpił moment, gdy zdecydowano
się na otwarcie. W ciągu dnia personel rozkładał towary a w nocy dozorca z psem
powinien ich pilnować. I właśnie, gdy termin otwarcia zbliżał się dużymi
krokami, w nocy z niedzieli na poniedziałek, rano, dozorca z psem zrobił obchód
wokół pawilonu i w szklanej ścianie od zaplecza zobaczył wybitą szybę. Poprosił
pierwszą osobę z formującej się kolejki / otwarcie miało nastąpić za parę dni/,
aby powiadomiła milicję, a sam stanął z psem przy dziurze. Stał tak kilkanaście
minut, gdy w pewnym momencie pies szarpnął się do ucieczki a dozorca w dziurze
zobaczył wychodzącego z pawilonu, jeszcze pijanego młodego faceta w samej
koszuli. Po chwili milicjanci ustalili, że tym, który wyszedł na zewnątrz jest
Stanisław K., który wybył z domu ciotecznego brata.
Stanisław K. niewiele pamiętał z
wędrówki dnia wczorajszego. Zapamiętał jedynie, że chciał spać. Próbował
poszukać hotelu, ale nikt nie mógł mu wskazać, dlatego prosił jakiegoś portiera
z zakładu o nocleg, ale nic nie załatwił. Idąc ulicą zobaczył oświetlony
pawilon handlowy. Ponieważ oświetlenie skojarzyło mu się z ciepłem, podszedł do
pawilonu, kopnął mocno nogą i wszedł do środka. Zrobił sobie posłanie z majtek
i podkoszulek leżących na półkach i zasnął. Obudziły go hałasy, dlatego wyszedł
ze sklepu na ulicę.
Dozorca
tłumaczył się, że do domu poszedł tylko na siusiu, gdy wrócił było ciemno i już
obchodu nie robił. Pies nie odpowiedział, dlaczego nie wyczuł osoby obcej
wewnątrz pawilonu.
Spanie w sklepie na majtkach i
podkoszulkach będzie Stanisława K. kosztowało około trzydziestu tysięcy
złotych. Było to jego najdroższy nocleg. A przekonywał swojego ciotecznego
brata, że nie jest szejkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz