niedziela, 24 listopada 2013

Szejk w Pruszkowie


          Ile można zapłacić za nocleg? To zależy od klasy hotelu. W Warszawie ceny kształtując się od tysiąca złotych do tysiąca dolarów – prawdopodobnie z dodatkowymi bajerami. Poza hotelami o znanej renomie funkcjonują jeszcze hotele „dzikie”, w których płaci się znacznie mniej, ale można więcej stracić. Nie zawsze z korzyścią dla zdrowia. Pruszków na szczęście metropolią nie jest, ale są miejsca, w których za noc płaci się znacznie mniej, ale można więcej stracić. Od czasu do czasu są likwidowane, ale odrastają jak łby hydry.
          Brak hoteli w Pruszkowie nie oznacza, że nie ma chętnych do spędzenia nocy w naszym uroczym mieście. Stanisław K. stale mieszka w Zamościu. Doszedł do drugiego roku studiów w Akademii Rolniczej i mieszkając częściowo w akademiku, zauważył, ze dojrzał do wędrówek po kraju. Nadarzyła się okazja, aby ruszył w Polskę. Cioteczny brat Stanisława K. mieszkający w miejscowości blisko Pruszkowa, miał ochrzcić dziecko. Jak przystało na szczęśliwego ojca, zadbał aby mieli co pojeść i popić nie tylko chrzestni rodzice. Zastanawiające, niby kryzys w kraju a na uroczystościach tego nie widać. Świadczy to dobrze o zaradności rodziców i pozwala domniemywać, że chrzczone dziecko nie będzie mniej zaradne. Uroczystość przebiegała prawie normalnie. Po dopełnieniu ceremonii każdy z gości bezbłędnie trafiał na wyznaczone z góry miejsce i szybciuteńko dla rozgrzania się, – bo ziąb na dworze, zaczęto toastować: na zdrowie dziecka, za zdrowie dziecka, dla zdrowia dziecka. Następnie toastowano: za mamuśkę, za tatusia, za mamę chrzestną, za chrzestnego, za dziadka – ktoś krzyknął chrzestnego, ale po wypiciu uprzytomniono sobie, że dziadka przy chrzcie nie było. Rozgrzanie ciał spowodowało rozgrzanie umysłów. Rozgrzane umysły pracujące na zupełnym luzie zaczęły wywlekać zadawnione spory w postaci niesmacznych uwag na temat prezentów wręczonych dziecku. I kiedy ojciec dziecka zaczął przyciskać chrzestnego, czyli Stanisława K., ten nie wytrzymał i wrzasnął:
- C...o do cholery, za sz...ejka mnie masz?
- Toś ty taki – odpowiedział ojciec dziecka – ze wsi jesteś, nauki pobierasz i za gołodupca chcesz uchodzić?
          Stanisława K. dotknęło to w czuły punkt. Wprawdzie ledwie kontaktował się ze światem zewnętrznym, ale aluzję zrozumiał i postanowił się wynieść z mieszkania ciotecznego brata. Zarzucił kurtkę i ruszył prze siebie.
         
                                           *
                                 *                  *

          Pruszkowiacy z dumą i niepokojem patrzyli na rosnący pawilon przy ul. 17 stycznia. Z dumą, bo nareszcie będzie namiastka wielkomiejskości, z niepokojem, ponieważ przeszklony pawilon aż nęci miejscowych i przyjezdnych złodziejaszków, aby pod przykryciem nocy zajrzeć do środka. To powoduje wyłączenie z handlu sklepu na ileś tam dni.
          Po wprowadzeniu towarów do wspomnianego pawilonu, wprowadzono do niego również i dozorcę z psem. Jest to pawilon przemysłowy, więc pies mógł biegać po nim spokojnie. Wprawdzie termin otwarcia pawilonu przesuwano wielokrotnie, ale nastąpił moment, gdy zdecydowano się na otwarcie. W ciągu dnia personel rozkładał towary a w nocy dozorca z psem powinien ich pilnować. I właśnie, gdy termin otwarcia zbliżał się dużymi krokami, w nocy z niedzieli na poniedziałek, rano, dozorca z psem zrobił obchód wokół pawilonu i w szklanej ścianie od zaplecza zobaczył wybitą szybę. Poprosił pierwszą osobę z formującej się kolejki / otwarcie miało nastąpić za parę dni/, aby powiadomiła milicję, a sam stanął z psem przy dziurze. Stał tak kilkanaście minut, gdy w pewnym momencie pies szarpnął się do ucieczki a dozorca w dziurze zobaczył wychodzącego z pawilonu, jeszcze pijanego młodego faceta w samej koszuli. Po chwili milicjanci ustalili, że tym, który wyszedł na zewnątrz jest Stanisław K., który wybył z domu ciotecznego brata.
          Stanisław K. niewiele pamiętał z wędrówki dnia wczorajszego. Zapamiętał jedynie, że chciał spać. Próbował poszukać hotelu, ale nikt nie mógł mu wskazać, dlatego prosił jakiegoś portiera z zakładu o nocleg, ale nic nie załatwił. Idąc ulicą zobaczył oświetlony pawilon handlowy. Ponieważ oświetlenie skojarzyło mu się z ciepłem, podszedł do pawilonu, kopnął mocno nogą i wszedł do środka. Zrobił sobie posłanie z majtek i podkoszulek leżących na półkach i zasnął. Obudziły go hałasy, dlatego wyszedł ze sklepu na ulicę.
          Dozorca tłumaczył się, że do domu poszedł tylko na siusiu, gdy wrócił było ciemno i już obchodu nie robił. Pies nie odpowiedział, dlaczego nie wyczuł osoby obcej wewnątrz pawilonu.

          Spanie w sklepie na majtkach i podkoszulkach będzie Stanisława K. kosztowało około trzydziestu tysięcy złotych. Było to jego najdroższy nocleg. A przekonywał swojego ciotecznego brata, że nie jest szejkiem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz