niedziela, 17 listopada 2013

DYREKTOR


Kiedyś, sławną francuską kur­tyzanę Nanę dziennikarze pytali, czy to, co robi, to jest zawód czy profesja. Odpowiedź Nany była wymijająca. Podejrzewam, że gdyby zapytano niektórych dy­rektorów, również nie uzyskano by odpowiedzi jednoznacznej. Andrzej C. nie był jeszcze dy­rektorem a mógł już prawie wszystko. W jego mniemaniu.
Opowiadał wszem i wobec, cze­go to on nie może, gdzie nie ma znajomości i z kim to się nie zna. Dobrze, gdy rozmowy koń­czono na poznaniu możliwości. Zaczynały się problemy, gdy tra­fiał na człowieka będącego w potrzebie. Gdy potrzebujący dy­sponował gotówką, kończyło, się na pożyczce. Ale gdy Andrzej C. został już dyrektorem (wpraw­dzie na razie zastępcą, ale z wi­dokami) możliwości jego stały się jak gdyby usankcjonowane. Na początek rozpoczął od po­życzki trzydziestu tysięcy złotych od swojego sze­fa. Pieniądze wpadły jak w stu­dnię i szef nie bardzo wiedział jak dobrać się do swojego za­stępcy.
Któregoś rana, szef wszedł do swojego zastępcy i zobaczył go niezwykle zmartwionego. Grzecznościowo zapytał, co go tak tra­pi. Andrzej C. ociągając się po­wiedział, że ma kłopot. Szef, dy­rektor przedsiębiorstwa zwyczaj­ny w obracaniu się między kło­potami, chwycił temat. Andrzej C. naciskany wyznał, że ma wła­śnie na zbyciu nową karoserię do dużego Fiata, której z jakichś tam powodów jego znajomy nie chce odebrać, a w który to in­teres Andrzej C. zainwestował sporo pieniędzy.
Szef, zwyczajny w pomoganiu bliźnim stwierdził, że gdyby Andrzej C. chciał ku­pić karoserię, byłyby kłopoty, ale sprzedać? I faktycznie. W nie­spełna kilka godzin sprowadzono chętnego, posiadającego odpowie­dnią ilość gotówki. Właśnie na karoserię. Rozmowa poszła skła­dnie. Przyprowadzony był znajo­mym szefa z lat poprzednich. Teraz pracował na własnym. Doszli do porozumienia, że to, co jest problemem dla Andrzeja C., jest wybawieniem dla Chęt­nego. W Chętnym chęci było tak dużo, że starczyło i dla żony. Oczywiście do nabycia karoserii. Rozmowy przeniesione z gruntu służbowego do mieszkania Chęt­nego. W czasie przyjacielskich rozmów, żona Chętnego po obli­czeniu okrągłej kwoty ćwierć miliona, wręczyła Andrzejowi C. Ten nie przeliczając zaczął upy­chać ją w kieszenie, gdy szef przypomniał Andrzejowi C., że dobrze się składa, iż ma pienią­dze, to może by oddał pożyczone kiedyś trzydzieści tysięcy złotych. Andrzej C. lek­ko ociągając się odliczył wymie­nioną kwotę szefowi. Będący przy tym sam Chętny i jego żo­na, nie uważali tego gestu jako nienormalnego. Pokwitowania nie wystawiono. Przecież rozmowa była miedzy „uczciwymi" ludź­mi.
Uzgodniono, że karoserię do­starczy się w najbliższych dniach, dlatego też Chętny musi odpo­wiednio przygotować samochód. Rozebrać, aby można natych­miast założyć karoserię. Mijały dni, tygodnie. Chętny chodził koło nagiego podwozia, uzupeł­niał zauważone usterki i czekał. Z upływem czasu rodziły się obawy o wręczoną gotówkę.
Gdzieś po miesiącu dopadł An­drzeja C. (a nie łatwo było go dopaść). Andrzej C. powiedział, że karoseria jest już do odebra­nia, tylko trzeba uzgodnić kolor. Na potwierdzenie pokazał Chęt­nemu fakturę z pieczątką „Pol­mozbytu".
- No dobrze — mówi Chętny — faktura, fakturą, ale gdzie jest karoseria? - Czeka na odbiór — odpowiedział Andrzej C., możemy jechać w każdej chwili.
Chętny zorganizował nie­mali natychmiast samochód z wózkiem i we trzech pojechali po odbiór. Na miejscu wyrastały same przeciwności. A to maga­zynier gdzieś się zawieruszył i Andrzej C. nie mógł go odna­leźć, a to okazało się, że nie ma­ją telefonogramu powiadamiają­cego o odbiorze karoserii, a w końcu wyszło, na to, że trzeba dopłacić pięćdziesiąt trzy tysiące złotych, bo są karoserie eksportowe. Chętny chętnie dopłaciłby na miejscu, ale Andrzej C. przekonywał go, że to nie możliwe gdyż kasa nie przyjmuje pieniędzy.

Chętny zły jak diabli, ale pieniądze dopłacił i czekał. Nadszedł upragniony dzień, gdy na adres domowy przyszedł telegram powiadamiający o terminie odbioru karoserii. Radość w domu przesłoniła trzeźwość spojrzenia. Nie zauważono, że wprawdzie nadano telegram w sprawie karoserii, ale nadano go na Dworcu Centralnym w Warszawie, a nie w biurze odpowiedniego przedsiębiorstwa. Chętny zmobilizował ponownie pojazd z przyczepką i pełen „skowronków" pojechał do „Polmozbytu". Tam czeski film: „Nikt nic nie wie". Na okazywane: fakturę, dopłatę i telegram, patrzono jakby pierwszy raz widziano takie papiery. Wreszcie znalazł się odważmy i powiedział Chętnemu:” panie, pan wariata z nas robi, albo z pana zrobiono". I tak to wszystko okazało się, wielką farsą zakończoną aresztowaniem Andrzeja C. człowieka na dyrektorskim stanowisku. Jest nadzieja, że karząca ręka sprawiedliwości spowoduje, że wreszcie rozliczy się ze swoimi dłużnikami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz