DYREKTOR
Kiedyś,
sławną francuską kurtyzanę Nanę dziennikarze pytali, czy to, co robi, to jest
zawód czy profesja. Odpowiedź Nany była wymijająca. Podejrzewam, że gdyby
zapytano niektórych dyrektorów, również nie uzyskano by odpowiedzi
jednoznacznej. Andrzej C. nie był jeszcze dyrektorem a mógł już prawie
wszystko. W jego mniemaniu.
Opowiadał
wszem i wobec, czego to on nie może, gdzie nie ma znajomości i z kim to się
nie zna. Dobrze, gdy rozmowy kończono na poznaniu możliwości. Zaczynały się
problemy, gdy trafiał na człowieka będącego w potrzebie. Gdy potrzebujący dysponował
gotówką, kończyło, się na pożyczce. Ale gdy Andrzej C. został już dyrektorem
(wprawdzie na razie zastępcą, ale z widokami) możliwości jego stały się jak
gdyby usankcjonowane. Na początek rozpoczął od pożyczki trzydziestu tysięcy
złotych od swojego szefa. Pieniądze wpadły jak w studnię i szef nie bardzo
wiedział jak dobrać się do swojego zastępcy.
Któregoś rana, szef wszedł do swojego zastępcy i zobaczył go
niezwykle zmartwionego. Grzecznościowo zapytał, co go tak trapi. Andrzej C.
ociągając się powiedział, że ma kłopot. Szef, dyrektor przedsiębiorstwa
zwyczajny w obracaniu się między kłopotami, chwycił temat. Andrzej C.
naciskany wyznał, że ma właśnie na zbyciu nową karoserię do dużego Fiata,
której z jakichś tam powodów jego znajomy nie chce odebrać, a w który to interes
Andrzej C. zainwestował sporo pieniędzy.
Szef, zwyczajny w pomoganiu bliźnim
stwierdził, że gdyby Andrzej C. chciał kupić karoserię, byłyby kłopoty, ale
sprzedać? I faktycznie. W niespełna kilka godzin sprowadzono chętnego,
posiadającego odpowiednią ilość gotówki. Właśnie na karoserię. Rozmowa poszła
składnie. Przyprowadzony był znajomym szefa z lat poprzednich. Teraz pracował
na własnym. Doszli do porozumienia, że to, co jest problemem dla Andrzeja C.,
jest wybawieniem dla Chętnego. W Chętnym chęci było tak dużo, że starczyło i
dla żony. Oczywiście do nabycia karoserii. Rozmowy przeniesione z gruntu
służbowego do mieszkania Chętnego. W czasie przyjacielskich rozmów, żona
Chętnego po obliczeniu okrągłej kwoty ćwierć miliona, wręczyła Andrzejowi C.
Ten nie przeliczając zaczął upychać ją w kieszenie, gdy szef przypomniał
Andrzejowi C., że dobrze się składa, iż ma pieniądze, to może by oddał
pożyczone kiedyś trzydzieści tysięcy złotych. Andrzej C. lekko ociągając się
odliczył wymienioną kwotę szefowi. Będący przy tym sam Chętny i jego żona,
nie uważali tego gestu jako nienormalnego. Pokwitowania nie wystawiono.
Przecież rozmowa była miedzy „uczciwymi" ludźmi.
Uzgodniono,
że karoserię dostarczy się w najbliższych dniach, dlatego też Chętny musi odpowiednio
przygotować samochód. Rozebrać, aby można natychmiast założyć karoserię.
Mijały dni, tygodnie. Chętny chodził koło nagiego podwozia, uzupełniał
zauważone usterki i czekał. Z upływem czasu rodziły się obawy o wręczoną
gotówkę.
Gdzieś po
miesiącu dopadł Andrzeja C. (a nie łatwo było go dopaść). Andrzej C.
powiedział, że karoseria jest już do odebrania, tylko trzeba uzgodnić kolor.
Na potwierdzenie pokazał Chętnemu fakturę z pieczątką „Polmozbytu".
- No dobrze — mówi Chętny —
faktura, fakturą, ale gdzie jest karoseria? - Czeka na odbiór — odpowiedział
Andrzej C., możemy jechać w każdej chwili.
Chętny
zorganizował niemali natychmiast samochód z wózkiem i we trzech pojechali po
odbiór. Na miejscu wyrastały same przeciwności. A to magazynier gdzieś się
zawieruszył i Andrzej C. nie mógł go odnaleźć, a to okazało się, że nie mają
telefonogramu powiadamiającego o odbiorze karoserii, a w końcu wyszło, na to,
że trzeba dopłacić pięćdziesiąt trzy tysiące złotych, bo są karoserie
eksportowe. Chętny chętnie dopłaciłby na miejscu, ale Andrzej C.
przekonywał go, że to nie możliwe gdyż kasa nie przyjmuje pieniędzy.
Chętny zły
jak diabli, ale pieniądze dopłacił i czekał. Nadszedł upragniony dzień, gdy na
adres domowy przyszedł telegram powiadamiający o terminie odbioru karoserii.
Radość w domu przesłoniła trzeźwość spojrzenia. Nie zauważono, że wprawdzie
nadano telegram w sprawie karoserii, ale nadano go na Dworcu Centralnym w
Warszawie, a nie w biurze odpowiedniego przedsiębiorstwa. Chętny zmobilizował
ponownie pojazd z przyczepką i pełen „skowronków" pojechał do „Polmozbytu".
Tam czeski film: „Nikt nic nie wie". Na okazywane: fakturę, dopłatę i
telegram, patrzono jakby pierwszy raz widziano takie papiery. Wreszcie znalazł
się odważmy i powiedział Chętnemu:” panie, pan wariata z nas robi, albo z pana
zrobiono". I tak to wszystko okazało się, wielką farsą zakończoną
aresztowaniem Andrzeja C. człowieka na dyrektorskim stanowisku. Jest nadzieja,
że karząca ręka sprawiedliwości spowoduje, że wreszcie rozliczy się ze swoimi
dłużnikami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz