Naiwnych nie
sieją.
Pewnego jesiennego wieczoru uważny
czytelnik popołudniowej prasy mógłby wyczytać następujący anons: „ Masz
trudności z nabyciem różnych przedmiotów codziennego użytku lub potrzebujesz
przyspieszyć przydział na mieszkanie, samochód itp., zgłoś się do Joanny N.
zamieszkałej Pruszków......” i tak dalej.
Anonsu takiego nie było, co nie
znaczy, że Joanna N. nie chciała, aby anons taki się ukazał. Po prostu nie
poczyniła odpowiednich kroków w tym kierunku a może nie potrzebowała, bo miała
dużą popularność. Joannę N. znano nie tylko na osiedlu „Nowa Wieś”, ale i w
centrum Pruszkowa, na osiedlu Parkowa i co najważniejsze, w kręgach
pruszkowskich handlowców. Była postacią znaną nie tylko ze sposobu zawierania
znajomości, nad czym niezwykle bolał jej mąż, ale i ze sposobu ubierania się,
noszenia się wśród innych a szczególnie z gestu. Nawet dzisiaj niektórzy mówiąc
o Joannie N. podkreślają – ta to miała gest. I faktycznie gest miała. Zresztą
jak tu nie mieć gestu, jak wtykano Joannie N. pieniądze do ręki, prawie na
każdym kroku.
Pojechała do swoich znajomych w
Ursusie. Przyjaciele zrobili po „maluchu”, posiedzieli, pogadali i w
międzyczasie przyszedł sąsiad znajomych, Daniel S. Przy wódce czas płynie
szybko skłaniając do zwierzeń. Daniel ujęty obyciem Joanny wspomniał, że ma
kłopoty z uzyskaniem mieszkania spółdzielczego, które jak „fata morgana” jest w
zasięgu jego ręki i za chwilę znika gdzieś za horyzontem. I gdyby tak Joanna
mogła .....
Joanna zagrała uczciwie. Mieszkania to
ona na razie na zbyciu nie ma, ale może zaproponować dozorstwo, do którego
mieszkanie jest dopisane. Daniel S. stwierdził, że jest to genialne rozwiązanie
i dla przypieczętowania zawartego porozumienia postawił butelkę.
- Trza
oblać taką znajomość – stwierdził Daniel.
Oblali. Joanna N. nie mając jeszcze
doświadczenia, wzdrygała się, gdy Daniel dawał jej na koszty kwotę dwudziestu
tysięcy złotych, ale żeby nie być źle zrozumianą, co do swoich możliwości,
zgodziła się wziąć połowę. Uzgodnili, że jeśli Daniel S. otrzyma przydział na
upragnione dozortswo, Joanna N. otrzyma więcej pieniędzy.
Następnego dnia Joanna N. próbowała na
spokojnie otworzyć sobie przebieg poprzedniego wieczoru. Była zaskoczona
łatwością, z jaką weszła w posiadanie dużej sumy pieniędzy. Być może był to
przełomowy moment w karierze Joanny N. jako osoby o nieograniczonych
możliwościach. Zanim wyszła z jednego czy drugiego sklepu, zorientowała się, że
pieniądze Daniela S. rozeszły się błyskawicznie.
Była pewna, że do Ursusa nieprędko
zajedzie i dlatego nie przejmowała się przyjętym zobowiązaniem. Tym bardziej,
że żadnego pokwitowania nie dawała. Zdarzyło się tam, że została zaproszona do
swoich znajomych w Pruszkowie, mieszkających na osiedlu Parkowa. Zupełnie
przypadkiem była u tych znajomych, ich znajoma Halina J. mieszkająca na Ostoi.
Halina otrzymała niedawno mieszkanie i miała kłopoty z jego urządzeniem. Po
krótkiej wymianie zdań Halina ucałowała Joannę i wręczyła jej kwotę stu tysięcy
złotych na zakup całego wyposażenia. Halina dyktowała a Joanna zapisywała, co
potrzeba. A potrzebne było: trzy perskie dywany, ileś metrów zasłon, ileś
metrów firanek, ileś metrów materiału welurowego do wybicia na ściany, kilka
lamp mosiężnych a abażurami złoconymi, kilka lam stojących i mogą być pozłacane
i szereg innych jeszcze towarów, trudno dostępnych w specjalistycznych sklepach.
Halina była tak zachwycona nowo poznaną Joanną, że dając jej paczkę pieniędzy,
nie poprosiła o pokwitowanie. Miała doświadczenie.
Joanna N. objawiła się Halinie jako
kobieta do wszystkiego. Mogła wiele. Halina wyszła od znajomych lżejsza o
znaczną kwotę pieniędzy, ale z przekonaniem, że trafiła na odpowiedniego
człowieka.
Do dnia dzisiejszego nie wiadomo, co
Joanna N. zrobiła z tak dużą kwotą pieniędzy, na co je wydała, co kupiła do
domu. Być może to łatwowierność Haliny J. spowodowała lawinę dalszych oszustw.
Joanna N. będąc w sklepie spożywczym
zaproponowała dopiero, co poznanej sprzedawczyni Annie W. załatwienie firanek i
zasłon do mieszkania. Anna W. nie zastanawiając się dłużej, łapała okazję
wręczając Joannie pięć tysięcy złotych. Marianna P. miała w domu już prawie
wszystko, poza dywanami, kolorowymi z wełny i markowe. Dla Joanny nie było
żadnego problemu, wzięła kwotę sześćdziesięciu tysięcy złotych i poszła
załatwiać.
Renata L. z wykształceniem
technicznym, potrzebowała ładne, kolorowe, wełniane dywany i do tego dobrane
odpowiednie zasłony.
- Mogę
załatwić od ręki – stwierdziła Joanna N., zainkasowała pięćdziesiąt cztery
tysiące złotych i poszła w siną dal.
Janina T. potrzebowała pralkę i
lodówkę. Nie miała czasu, aby stać w kolejkach pod sklepami. Tak długo pytała
różnych znajomych o możliwość załatwienia, aż skontaktowali ją z Joanna N.
- Ona
wszystko może – mówili znajomi.
Joanna N. nie protestowała. Przyjęła
zamówienie, zainkasowała pieniądze w kwocie trzydzieści jeden tysięcy i zniknęła.
Barbarze S. popsuł się odkurzacz. Gdyby to było kilka lat temu, nie byłoby
żadnego problemu. Poszłaby do punktu napraw, zreperowaliby i po kłopocie. Ale
odkurzacz, przedmiot martwy i dlatego złośliwy, wybrał najbardziej niewłaściwy
czas do popsucia się i to tak skutecznie, że żaden z punktów nie rokował
naprawy z uwagi na brak części. A części nie było, bo producent nie dostarczał.
Wolał sprzedać nowe wyroby, niż oddawać części i ratować wyroby stare. Barbara
zrozumiała z tego, że nawet gdyby mieli części to i tak by im się nie opłaciło
robić napraw. Woleliby złożyć odkurzacz cały i sprzedać po znajomości na
czarnym rynku, bo więcej by zarobili niż na naprawie. Dlatego też Barbara S.
była zdecydowana kupić nowy odkurzacz, ale gdzie? Przeprosiła się ze starą
miotłą i cały swój intelektualny wysiłek kierowała na znalezienie kogoś takiego
jak Joanna N.
Dzięki
swojemu uporowi, poprzez znajomą swojej znajomej dotarła do Joanny N.
- Tylko
odkurzacz – zapytała zdziwiona Joanna N., przyzwyczajana do dużych wziątek.
Barbara szybko w myślach zrobiła przegląd
swojego wyposażenia w sprzęt gospodarstwa domowego i po podliczeniu
oszczędności zdecydowała się jeszcze na lodówkę i materiał na kostium. Kolor
miała podać później. Wręczyła szybciutko Joannie N. kwotę siedemdziesięciu
tysięcy złotych i już chciała wyrzucić starą szczotkę, ale coś ją tknęło.
Szczotkę jednak zatrzymała i ustaliwszy kolor materiału podejmowała próbę
nawiązania kontaktu z Joanną N. poprzez znajomą jej znajomej. W tym momencie okazało się, że nikt nie wie
gdzie Joanna N. mieszka i jak się z nią skontaktować. Znajoma znajomej
zapewniała Barbarę, że szybko odnajdą Joannę i ustalą, jakie postępy poczyniła
w sprawie zakupów dla Barbary. A Joanna N.? Nie wiedziała jeszcze o tym, że
Barbara S. postanowiła odszukać Joannę N.. Dlatego działała dalej.
Siostra Joanny zachorowała i nie mogła
pójść do szkoły na wywiadówkę w sprawie jej dziecka. Poprosiła siostrę, Joannę
N. , aby za nią poszła do szkoły. Joanna na wywiadówce zachowywała się tak, jak
na matkę przystało. Wysłuchała zastrzeżeń nauczycielki, jakie miała do jej
siostrzenicy i nawet zatrzymała się przy nauczycielce po zakończeniu drugiej
wywiadówki. Wystarczyło jej dosłownie dziesięć minut na przekonanie
nauczycielki Genowefy T. iż najwłaściwiej zrobi gdy powierzy jej dziesięć
tysięcy złotych na zakup firanek i zasłon. Genowefa T. powie później – była
taka ujmująca. Podobne zdanie o Joannie N. miała pani magister Joanna K. Kiedy
Joanna N. przebywając u fryzjerki, mimochodem wspomniała, że właśnie nadszedł z
Włoch świeży transport zasłon, Joanna K. bez wachania sięgnęła do torebki i
wręczyła kwotę dziesięć tysięcy złotych, nie podając nawet swojego nazwiska.
Koleżanka fryzjerki, u której czesała
się Joanna N. potrzebowała kupić sto dolarów na lekarstwo dla dziecka. Mogłaby
kupić dolary pod sklepami „Pewexu”, ale bała się przewalanki, bo kwotą, którą
płaciła była duża, sześćdziesiąt tysięcy złotych. Potrzebna jej była osoba
uczciwa, godna zaufania. Fryzjerka poleciła Joannę N., jako uczciwą z szerokim gestem.
- Dawała
tak duże napiwki – zeznała później fryzjerka.
Joanna N. przy sobie dolarów nie
nosiła, bo:”... to tyle złodziejstwa na ulicy...” tłumaczyła koleżance
fryzjerki, ale zobowiązała się do przyniesienia dolarów następnego dnia, bo
teraz musi wstąpić do kuśnierza i dopłacić do futra z lisów. Koleżanka
fryzjerki, Bożena K. zrozumiała aluzję i wyjęła paczkę pieniędzy w kwocie
sześćdziesiąt tysięcy złotych, wręczyła Joannie i umówiły się tego samego dnia,
o godzinie szesnastej po południu w kawiarni Duet. Bożena K. czekała na Joanne
N. do zamknięcia lokalu. Bożena K. straciła pieniądze i koleżankę, fryzjerka
straciła koleżankę i klientkę. Na plusie była tylko Joanna N.
Wacław D. Jak codziennie krążył po
Pruszkowie taksówką, czekając na bardziej intratny kurs. Na skrzyżowaniu ulic
Prusa i Kościuszki zatrzymała go młoda kobieta, niezwykle elegancko ubrana. W
czasie jazdy do Warszawy, Wacław D. zwierzył się młodej dziewczynie z kłopotów
jakie ma jego żona z nabyciem wykładziny podłogowej, zasłon i firan.
- Nie ma
sprawy – natychmiast odpowiedziała Joanna N., bo to ona była ta młodą
dziewczyną – proszę umówić mnie z żoną. Wacław D. spotkanie umówił. Wysadził
Joannę N. w centrum miasta i zadowolony, że pasażerka nie zauważyła, iż naciął
ją na trzysta złotych, pojechał dalej.
Jego żona wpłaciła Joannie N. ciepłą rączką
całe szesnaście tysięcy złotych. Joanna popadła w rutynę. Brała wszystko, co
wpadało do ręki. Maria S. potrzebowała buty za tysiąc siedemset złotych. Proszę
bardzo – mówiła Joanna, N. ale butów nie było. Katarzyna G. pracownica jednego
z urzędów w Pruszkowie, wpłaciła Joannie N. dwa razy kwotę po dziesięć tysięcy
złotych, na zasłony i firanki, ponieważ zanim Joanna załatwiła jeden zakup,
Katarzynie potrzeba było dwa razy więcej.
Nie wiadomo jak długo trwała by ta
sielanka Joanny N. z braniem pieniędzy. Osoby, które wpłacały najwięcej zrobiły
się bardzo niecierpliwe. Na razie nie zgłaszały swoich roszczeń do milicji,
tylko za pośrednictwem znajomych podejmowały próby odnalezienia Joanny N. na
własną rękę, licząc, że jak nie zamówione przedmioty to pieniądze zostaną im
zwrócone. Dotarło to do Joanny N., że jest poszukiwana przez klientów.
Joanna N. zaczęła się bać. Nie kary,
nie odpowiedzialności. Bała się, że będzie musiała wszystko zwrócić. Zaczęła
szukać okazji, aby jednym dużym numerem zarobić tyle pieniędzy, żeby zwrócić je
najbardziej zainteresowanym. Zwietrzyła ofiarę, przygotowała się do skoku i
wpadła. Ofiarą miał być pracownik operacyjny Komendy Milicji z Pruszkowa.
Joanna N. płacząc przedstawiała siebie jako ofiarę kryzysu, ofiarę naiwności
ludzkiej. Bo kto tak naprawdę miał takie możliwości?
Rodzi się
pytanie. Kim są w takim razie osoby oszukane?·
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz