piątek, 29 listopada 2013

Naiwnych nie sieją.

          Pewnego jesiennego wieczoru uważny czytelnik popołudniowej prasy mógłby wyczytać następujący anons: „ Masz trudności z nabyciem różnych przedmiotów codziennego użytku lub potrzebujesz przyspieszyć przydział na mieszkanie, samochód itp., zgłoś się do Joanny N. zamieszkałej Pruszków......” i tak dalej.
          Anonsu takiego nie było, co nie znaczy, że Joanna N. nie chciała, aby anons taki się ukazał. Po prostu nie poczyniła odpowiednich kroków w tym kierunku a może nie potrzebowała, bo miała dużą popularność. Joannę N. znano nie tylko na osiedlu „Nowa Wieś”, ale i w centrum Pruszkowa, na osiedlu Parkowa i co najważniejsze, w kręgach pruszkowskich handlowców. Była postacią znaną nie tylko ze sposobu zawierania znajomości, nad czym niezwykle bolał jej mąż, ale i ze sposobu ubierania się, noszenia się wśród innych a szczególnie z gestu. Nawet dzisiaj niektórzy mówiąc o Joannie N. podkreślają – ta to miała gest. I faktycznie gest miała. Zresztą jak tu nie mieć gestu, jak wtykano Joannie N. pieniądze do ręki, prawie na każdym kroku.
          Pojechała do swoich znajomych w Ursusie. Przyjaciele zrobili po „maluchu”, posiedzieli, pogadali i w międzyczasie przyszedł sąsiad znajomych, Daniel S. Przy wódce czas płynie szybko skłaniając do zwierzeń. Daniel ujęty obyciem Joanny wspomniał, że ma kłopoty z uzyskaniem mieszkania spółdzielczego, które jak „fata morgana” jest w zasięgu jego ręki i za chwilę znika gdzieś za horyzontem. I gdyby tak Joanna mogła .....
          Joanna zagrała uczciwie. Mieszkania to ona na razie na zbyciu nie ma, ale może zaproponować dozorstwo, do którego mieszkanie jest dopisane. Daniel S. stwierdził, że jest to genialne rozwiązanie i dla przypieczętowania zawartego porozumienia postawił butelkę.
- Trza oblać taką znajomość – stwierdził Daniel.
          Oblali. Joanna N. nie mając jeszcze doświadczenia, wzdrygała się, gdy Daniel dawał jej na koszty kwotę dwudziestu tysięcy złotych, ale żeby nie być źle zrozumianą, co do swoich możliwości, zgodziła się wziąć połowę. Uzgodnili, że jeśli Daniel S. otrzyma przydział na upragnione dozortswo, Joanna N. otrzyma więcej pieniędzy.
          Następnego dnia Joanna N. próbowała na spokojnie otworzyć sobie przebieg poprzedniego wieczoru. Była zaskoczona łatwością, z jaką weszła w posiadanie dużej sumy pieniędzy. Być może był to przełomowy moment w karierze Joanny N. jako osoby o nieograniczonych możliwościach. Zanim wyszła z jednego czy drugiego sklepu, zorientowała się, że pieniądze Daniela S. rozeszły się błyskawicznie.
          Była pewna, że do Ursusa nieprędko zajedzie i dlatego nie przejmowała się przyjętym zobowiązaniem. Tym bardziej, że żadnego pokwitowania nie dawała. Zdarzyło się tam, że została zaproszona do swoich znajomych w Pruszkowie, mieszkających na osiedlu Parkowa. Zupełnie przypadkiem była u tych znajomych, ich znajoma Halina J. mieszkająca na Ostoi. Halina otrzymała niedawno mieszkanie i miała kłopoty z jego urządzeniem. Po krótkiej wymianie zdań Halina ucałowała Joannę i wręczyła jej kwotę stu tysięcy złotych na zakup całego wyposażenia. Halina dyktowała a Joanna zapisywała, co potrzeba. A potrzebne było: trzy perskie dywany, ileś metrów zasłon, ileś metrów firanek, ileś metrów materiału welurowego do wybicia na ściany, kilka lamp mosiężnych a abażurami złoconymi, kilka lam stojących i mogą być pozłacane i szereg innych jeszcze towarów, trudno dostępnych w specjalistycznych sklepach. Halina była tak zachwycona nowo poznaną Joanną, że dając jej paczkę pieniędzy, nie poprosiła o pokwitowanie. Miała doświadczenie.
          Joanna N. objawiła się Halinie jako kobieta do wszystkiego. Mogła wiele. Halina wyszła od znajomych lżejsza o znaczną kwotę pieniędzy, ale z przekonaniem, że trafiła na odpowiedniego człowieka.
          Do dnia dzisiejszego nie wiadomo, co Joanna N. zrobiła z tak dużą kwotą pieniędzy, na co je wydała, co kupiła do domu. Być może to łatwowierność Haliny J. spowodowała lawinę dalszych oszustw.
          Joanna N. będąc w sklepie spożywczym zaproponowała dopiero, co poznanej sprzedawczyni Annie W. załatwienie firanek i zasłon do mieszkania. Anna W. nie zastanawiając się dłużej, łapała okazję wręczając Joannie pięć tysięcy złotych. Marianna P. miała w domu już prawie wszystko, poza dywanami, kolorowymi z wełny i markowe. Dla Joanny nie było żadnego problemu, wzięła kwotę sześćdziesięciu tysięcy złotych i poszła załatwiać.
          Renata L. z wykształceniem technicznym, potrzebowała ładne, kolorowe, wełniane dywany i do tego dobrane odpowiednie zasłony.
- Mogę załatwić od ręki – stwierdziła Joanna N., zainkasowała pięćdziesiąt cztery tysiące złotych i poszła w siną dal.
          Janina T. potrzebowała pralkę i lodówkę. Nie miała czasu, aby stać w kolejkach pod sklepami. Tak długo pytała różnych znajomych o możliwość załatwienia, aż skontaktowali ją z Joanna N.
- Ona wszystko może – mówili znajomi.
          Joanna N. nie protestowała. Przyjęła zamówienie, zainkasowała pieniądze w kwocie trzydzieści jeden tysięcy i zniknęła. Barbarze S. popsuł się odkurzacz. Gdyby to było kilka lat temu, nie byłoby żadnego problemu. Poszłaby do punktu napraw, zreperowaliby i po kłopocie. Ale odkurzacz, przedmiot martwy i dlatego złośliwy, wybrał najbardziej niewłaściwy czas do popsucia się i to tak skutecznie, że żaden z punktów nie rokował naprawy z uwagi na brak części. A części nie było, bo producent nie dostarczał. Wolał sprzedać nowe wyroby, niż oddawać części i ratować wyroby stare. Barbara zrozumiała z tego, że nawet gdyby mieli części to i tak by im się nie opłaciło robić napraw. Woleliby złożyć odkurzacz cały i sprzedać po znajomości na czarnym rynku, bo więcej by zarobili niż na naprawie. Dlatego też Barbara S. była zdecydowana kupić nowy odkurzacz, ale gdzie? Przeprosiła się ze starą miotłą i cały swój intelektualny wysiłek kierowała na znalezienie kogoś takiego jak Joanna N.
Dzięki swojemu uporowi, poprzez znajomą swojej znajomej dotarła do Joanny N.
- Tylko odkurzacz – zapytała zdziwiona Joanna N., przyzwyczajana do dużych wziątek.
           Barbara szybko w myślach zrobiła przegląd swojego wyposażenia w sprzęt gospodarstwa domowego i po podliczeniu oszczędności zdecydowała się jeszcze na lodówkę i materiał na kostium. Kolor miała podać później. Wręczyła szybciutko Joannie N. kwotę siedemdziesięciu tysięcy złotych i już chciała wyrzucić starą szczotkę, ale coś ją tknęło. Szczotkę jednak zatrzymała i ustaliwszy kolor materiału podejmowała próbę nawiązania kontaktu z Joanną N. poprzez znajomą jej znajomej.     W tym momencie okazało się, że nikt nie wie gdzie Joanna N. mieszka i jak się z nią skontaktować. Znajoma znajomej zapewniała Barbarę, że szybko odnajdą Joannę i ustalą, jakie postępy poczyniła w sprawie zakupów dla Barbary. A Joanna N.? Nie wiedziała jeszcze o tym, że Barbara S. postanowiła odszukać Joannę N.. Dlatego działała dalej.
          Siostra Joanny zachorowała i nie mogła pójść do szkoły na wywiadówkę w sprawie jej dziecka. Poprosiła siostrę, Joannę N. , aby za nią poszła do szkoły. Joanna na wywiadówce zachowywała się tak, jak na matkę przystało. Wysłuchała zastrzeżeń nauczycielki, jakie miała do jej siostrzenicy i nawet zatrzymała się przy nauczycielce po zakończeniu drugiej wywiadówki. Wystarczyło jej dosłownie dziesięć minut na przekonanie nauczycielki Genowefy T. iż najwłaściwiej zrobi gdy powierzy jej dziesięć tysięcy złotych na zakup firanek i zasłon. Genowefa T. powie później – była taka ujmująca. Podobne zdanie o Joannie N. miała pani magister Joanna K. Kiedy Joanna N. przebywając u fryzjerki, mimochodem wspomniała, że właśnie nadszedł z Włoch świeży transport zasłon, Joanna K. bez wachania sięgnęła do torebki i wręczyła kwotę dziesięć tysięcy złotych, nie podając nawet swojego nazwiska.
          Koleżanka fryzjerki, u której czesała się Joanna N. potrzebowała kupić sto dolarów na lekarstwo dla dziecka. Mogłaby kupić dolary pod sklepami „Pewexu”, ale bała się przewalanki, bo kwotą, którą płaciła była duża, sześćdziesiąt tysięcy złotych. Potrzebna jej była osoba uczciwa, godna zaufania. Fryzjerka poleciła Joannę N., jako uczciwą z szerokim gestem.
- Dawała tak duże napiwki – zeznała później fryzjerka.
          Joanna N. przy sobie dolarów nie nosiła, bo:”... to tyle złodziejstwa na ulicy...” tłumaczyła koleżance fryzjerki, ale zobowiązała się do przyniesienia dolarów następnego dnia, bo teraz musi wstąpić do kuśnierza i dopłacić do futra z lisów. Koleżanka fryzjerki, Bożena K. zrozumiała aluzję i wyjęła paczkę pieniędzy w kwocie sześćdziesiąt tysięcy złotych, wręczyła Joannie i umówiły się tego samego dnia, o godzinie szesnastej po południu w kawiarni Duet. Bożena K. czekała na Joanne N. do zamknięcia lokalu. Bożena K. straciła pieniądze i koleżankę, fryzjerka straciła koleżankę i klientkę. Na plusie była tylko Joanna N.
          Wacław D. Jak codziennie krążył po Pruszkowie taksówką, czekając na bardziej intratny kurs. Na skrzyżowaniu ulic Prusa i Kościuszki zatrzymała go młoda kobieta, niezwykle elegancko ubrana. W czasie jazdy do Warszawy, Wacław D. zwierzył się młodej dziewczynie z kłopotów jakie ma jego żona z nabyciem wykładziny podłogowej, zasłon i firan.
- Nie ma sprawy – natychmiast odpowiedziała Joanna N., bo to ona była ta młodą dziewczyną – proszę umówić mnie z żoną. Wacław D. spotkanie umówił. Wysadził Joannę N. w centrum miasta i zadowolony, że pasażerka nie zauważyła, iż naciął ją na trzysta złotych, pojechał dalej.
           Jego żona wpłaciła Joannie N. ciepłą rączką całe szesnaście tysięcy złotych. Joanna popadła w rutynę. Brała wszystko, co wpadało do ręki. Maria S. potrzebowała buty za tysiąc siedemset złotych. Proszę bardzo – mówiła Joanna, N. ale butów nie było. Katarzyna G. pracownica jednego z urzędów w Pruszkowie, wpłaciła Joannie N. dwa razy kwotę po dziesięć tysięcy złotych, na zasłony i firanki, ponieważ zanim Joanna załatwiła jeden zakup, Katarzynie potrzeba było dwa razy więcej.
          Nie wiadomo jak długo trwała by ta sielanka Joanny N. z braniem pieniędzy. Osoby, które wpłacały najwięcej zrobiły się bardzo niecierpliwe. Na razie nie zgłaszały swoich roszczeń do milicji, tylko za pośrednictwem znajomych podejmowały próby odnalezienia Joanny N. na własną rękę, licząc, że jak nie zamówione przedmioty to pieniądze zostaną im zwrócone. Dotarło to do Joanny N., że jest poszukiwana przez klientów.
          Joanna N. zaczęła się bać. Nie kary, nie odpowiedzialności. Bała się, że będzie musiała wszystko zwrócić. Zaczęła szukać okazji, aby jednym dużym numerem zarobić tyle pieniędzy, żeby zwrócić je najbardziej zainteresowanym. Zwietrzyła ofiarę, przygotowała się do skoku i wpadła. Ofiarą miał być pracownik operacyjny Komendy Milicji z Pruszkowa. Joanna N. płacząc przedstawiała siebie jako ofiarę kryzysu, ofiarę naiwności ludzkiej. Bo kto tak naprawdę miał takie możliwości?

Rodzi się pytanie. Kim są w takim razie osoby oszukane?· 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz