wtorek, 12 listopada 2013

Nosił wilk razy kilka

          Wiadomo, że marzec zarezerwowany jest dla kotów. Bez względu na temperatury, każdej nocy słyszy się głośne lamenty zgłodniałych kotek i pomruki zadowolonych kocurów. Być może w nocy czują się najbezpieczniej, nie tylko, dlatego, ze przypiera ich natura, ale również, dlatego, że łatwiej mogą zaspokoić zachcianki własne lub ich wybranek.
          Artur K. miał wybrankę. Spotykali się w miarę powrotów Artura z zakładów karnych. A wracał różnie. Po roku, dwóch latach a nawet po czterech. Ostatnio Artur przy nadarzającej się okazji po prostu zwiał. Nie na długo wprawdzie, bo tylko na parę dni. Za ucieczkę dołożono mu rok do odsiadki. Twierdził później, że i tak to mu się opłaciło. Ale mówił to tylko do kolegów a nie do Sądu. W styczniu ubiegłego roku wyprosił warunkowe zwolnienie obiecując natychmiastową poprawę. Obietnicę popierał argumentami, że na kark wchodzi mu czterdziestka a to jest u mężczyzny wiek, w którym rozpoczyna drugie życie. Dlatego będzie uczciwie pracował, aby nie załapać na następny wyrok. Miała mu w tym pomóc jego konkubina Danuta S. Przeszkodził marzec.
          Artur K. nawykły z racji pobytów w więzieniu do bezpośrednich kontaktów z ludźmi o podobnych zainteresowaniach, zaprzyjaźnił się z braćmi: Leszkiem i Krzysztofem B. Młodsi od Artura, nie ustępowali mu pod żadnym względem. Krzysztof na przykład chełpił się wyrokiem najdłuższym z całego towarzystwa, ponieważ odsiedział sześć lat za błędną interpretację zalecania się do dziewczyny. Leszek natomiast nie miał tak długiej przerwy w swoim cywilnym życiorysie. Odsiadywał wyroki tylko za pobicie lub drobne kradzieże. Można by powiedzieć, że towarzystwo było doborowe. Łączyły ich wspólne cele i wspólne niechęci. Wszyscy mieli jedną wspólną niechęć. Niechęć do pracy. Chociaż trochę pracowali. Pracowali, aby w ciągu paru minut zarobić na utrzymanie przez kilkadziesiąt dni. Ryzyka odsiadki pod uwagę nie brali.
          Marcowym wieczorem Artur K. ze swoją konkubiną wybrali się na spacer z zamiarem pójścia do mieszkania Marii S. konkubiny jednego z braci B. Spotkali Leszka i już we troje udali się do Marii. Tam zastano Krzysztofa, świeżo rozbudzonego z popołudniowej drzemki. Wspólnie doszli do wniosku, że spotkanie należy oblać. We trzech wyszli z mieszkania i już po pół godziny wrócili z litrem wódki. Wypicie tej ilości nie zabrało dużo czasu i nie zaspokoiło pragnienia. Zaczęto naradę, jak zdobyć dodatkowy alkohol. Naradzanie się trwało gdzieś do pół nocy. Doszli do wniosku, że najprościej jest zabrać alkohol z sąsiedniego sklepu, dobrze zaopatrzonego nie tylko w alkohole, ale i w garmażerkę.
          Zebrali zamówienie od kobiet, zabrali z pod wanny dwa „pomocniki” i z dwoma dużymi worami poszli do sklepu. Jako doświadczeni panowie, wiedzieli, że milicja sprawdzając ulice miasta, robi rundy w stałych odstępach czasowych. Stanęli w sąsiedniej bramie i czekali na przejazd radiowozu. Zobaczyli radiowóz podjeżdżający pod duży sklep, milicjanci sprawdzili nienaruszone zabezpieczenie i pojechali dalej. Artur z Leszkiem i Krzysztofem byli pewni, że mają do dyspozycji, co najmniej dwie godziny i spokojnie podeszli pod sklep. Wyjęli „pomocniki”, urwali kłódki i weszli spokojnie do środka. Bez dzielenia zadań, pakowali do worków równomiernie, każdy swoją działkę. Brali po kolei: kawę, piwo, wino, cukier, masło, wódkę, papierosy i na ostatek zabrali dużą tacę z apetycznie wyglądającym pasztetem. Przeniesienie do domu wybranych dóbr nie wymagało dużo czasu. Poczuli się już bezpieczni, chwaląc się swoim dziewczynom zabranym piciem i zakąską.
          Opróżniono kilka butelek piwa, gdy do mieszkania ktoś zastukał.
- Kto to może być – zachodzili w głowę wszyscy biesiadnicy.
- Może milicja – zapytała Maria.
- Wypluń to słowo – głośnym szeptem polecił Krzysio – chowamy wszystko – zarządził.
          Po kolei wciskano cały towar w różne dziury, pod łóżko włożono kawę i cukier, pod wannę poszły „pomocniki” z garmażerką. Do tapczanu wrzucili piwo z winem i masłem a papierosy wrzucili do wanny i przykryli szmatami.

          Do mieszkania rzeczywiście pukali milicjanci. Weszli do środka, wysłuchali tłumaczeń niewinnych ludzi, nie mogących wyjaśnić skąd na stole, w centralnym miejscu, wziął się pasztet domowy na firmowej tacy pochodzącej ze sklepu obok, a pod łóżkiem, tapczanem i wanną szereg innych wyrobów firmowych. Wszystkim mężczyznom założono obrączki i zawieziono tam, skąd niedawno wyszli. Chłopcy nie mieli fartu. Za każdym razem, gdy obrabują sklep obok, milicja natychmiast u nich znajduje fanty. I to już trzeci raz. Postanowili zmienić sklep. Ten im przynosi niefart.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz