środa, 20 listopada 2013

Handlowiec



          Czym ma się zająć młody mężczyzna z rodziną na karku, gdy ma wstręt do pracy? Oczy­wiście handlem. Zgodnie zresz­tą z zasadą, że najgorszy handel jest lepszy od najlepszej pracy. W Pruszkowie, niestety, nie ma zbyt dużych możliwości do roz­winięcia zdolności handlowych na bazarze, ponieważ bazaru nie ma. Jest wprawdzie targowisko i to nie jedno, ale każda próba sprzedania czegokolwiek poza pietruszką jest wyłuskiwana przez milicję. A za to groziły wcale nie takie małe grzywny.
Dlatego też, targowisko w kalkulacjach handlowych odpadało. Stanie na ulicy ze straga­nem, lub sprzedaż z ręki również nie wcho­dziło w rachubę, gdyż staroci nikt nie kupi, a nowymi rzecza­mi nie wolno handlować. Tak to rozumując, Krzysztof K. doszedł do słusznego zresztą wniosku, że najlepiej jednak przyjemne po­łączyć z pożytecznym i handlo­wać w domu doglądając młodej żony i małego dziecka. Był czło­wiekiem oczytanym toteż wie­dział, że handlowanie wódką, wcześniej czy później staje się niebezpieczne, ponieważ klient przy niewielkiej ilości butelek trzymanych pod ręką dla klientów, można wpaść bardzo szybko i to na dłużej.
Postanowił handlować towarem tańszym, zarabiając przy tym nie mniej niż na wódce. Handlował winem. Oczywiście tym najtańszym. Początkowo sprzedawał tego nie­wielkie ilości, ale wraz z upły­wem czasu, gdy dotarło to do wszystkich chętnych kręgów, obroty wzrastały w takim stopniu, że nieraz wbrew przyjętej zasa­dzie - klient mój pan - o północy nie mógł pomóc sprag­nionym. Aby zapobiec takim przykrym przypadkom, rujnują­cym dobre imię handlowca, zao­patrzenie robił niczym knajpa z wyszynkiem.
Kupował hurtowo po czterdzieści do pięćdziesięciu butelek, biorąc przy tym jednak po kilka butelek wódki dla stałych klientów. I prosperował zupełnie nieźle, do czasu, gdy klienci się zbiesili.

Początkowo kupujący zdając sobie sprawę, że kupuje na „mecie", wychodząc z mieszkania utykał butelki gdzie mógł, aby nikomu nie rzucało się w oczy. Z biegiem czasu, zaczęto niemalże jawnie nosić „jabcoki", a niektórzy wręcz rozpijali je pod domem Krzysztofa, aby zaoszczędzić sobie drogi. To, o czym pół miasta wie, wie i milicja. A jak milicja wie to niestety dowiedzieć się musi i Sąd. W ten sposób przerwano Krzysztofowi K. tak wspaniale zapowiadającą się karierę handlowca, dając mu czas do zweryfikowania pojęć o uczciwej pracy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz