Wynalazca
Jerzy P. miał w sobie coś z naukowca. Od najmłodszych lat
obijając się w kręgach prawie, że „intelektualnych", otrzymał odpowiedni
zasób wiedzy teoretycznej i praktycznej. Wprawdzie, wiedza teoretyczna zawężona
była tylko do nauki lub języka obowiązującego w rejonie ulicy Stalowej, nie
mniej, jak przekonał się później z niemałym zdziwieniem, rozumiany był dobrze
i w innych rejonach Pruszkowa, do których zdarzało mu się dotrzeć.
Rozleglejszą natomiast była wiedza praktyczna.
Obejmowała
ona zagadnienia związane nie tylko ze sposobem dokonania kradzieży, ale również
i szybkiego znikania z miejsca przestępstwa zacierania za sobą śladów i
korzystnego sprzedawania zebranych fantów. Jerzy P. nie miał wygórowanych
ambicji, więc chłonąc wiedzę dostosowywał ją do swoich małych potrzeb,
utrzymując cały czas kontakt ze swoimi nauczycielami. I tu działa się dziwna
rzecz. Jerzy P. rósł, ale wraz nim nie rosły jego potrzeby. Obywał się byle,
czym.
Trudno w
tej chwili powiedzieć, w jakim momencie poczuł w sobie powołanie do pracy
naukowej. Czy wynikało to z konieczności przy ciągłym braku pieniędzy i
niepewnym losie dnia jutrzejszego, czy też zadziałały inne przyczyny, faktem
jest jednak, że postanowił eksperymentalnie sprawdzać na samym sobie - jak na
prawdziwego naukowca przystało - działanie różnych środków, czy to farmakologicznych,
czy też chemicznych, które przynajmniej w smaku i działaniu, przypominają
mikstury alkoholowe.
Organizm
Jerzego, poddawany przeróżnym próbom nie zawsze wychodził zwycięsko. Zdarzały
się i klęski. Sierpniowego popołudnia, gdy słońce wyciskało ostatnie poty z
wałęsających się ludzi, Jerzy P. w porywie eksperymentalizmu wszedł do sklepu
„Herbapolu" zapytać, czy nie mają czegoś do wypicia. Sprzedawczyni
proponowała wyciągi syropowe, na co Jerzy P. reagował grymasem twarzy i gdy
dotarli do „Azulamu" sporządzanego na czystym spirytusie, Jerzemu P.
zaśmiały się oczy. To było to, czego poszukiwał.
Wysupłał z
kieszeni całe dwie dychy i kładąc na ladzie, powiedział po pańsku:
- Całą butelkę poproszę.
Sprzedawczyni
spojrzała na Jerzego, później na pieniądze i odpowiedziała spokojnie, że to
niestety nie starczy, a na kieliszki nie sprzedaje. Jerzy P. przełknął śliną i
rozglądając się po pełnych półkach zapytał:
- A co mogę dostać za to?
- Jedynie wyciąg z jemioły —
odpowiedziała sprzedawczyni.
- Może być — zakończył Jerzy
P., wziął buteleczkę, cztery złote reszty i wyszedł ze sklepu. Daleko nie
odszedł. Niepokojony wewnętrzną obawą o wynik następnego eksperymentu, tuż za
rogiem przechylił gwałtownym ruchem buteleczkę, wlewając całą zawartość do
gardła. Poczuł lekkie pieczenie na końcu języka i lekką błogość rozlewającą
się po żołądku. Było mu dobrze. W pewnej chwili zorientował się, że nawet
czuje się za dobrze, bo zaczęło mu się kręcić w głowie perlisty pot wystąpił
na całym ciele, nogi niestety zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Takiej reakcji w
założeniach swoich nie przewidział. Na miękkich nogach zawrócił do sklepu, i
ostatkiem sił wykrzyczał, że sprzedawczyni chce go chemią otruć.
- Panie - odparta spokojne
sprzedawczyni – krople, które pan kupił należało dawkować, gdyż gwałtownie
obniżają ciśnienie, a pan tak to od razu?
Jerzy P.
już tego nic słyszał. I tak to właśnie, jeszcze jeden wynalazek zabiłby
wynalazcę........gdyby nie pogotowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz