sobota, 23 listopada 2013

Wynalazca



Jerzy P. miał w sobie coś z na­ukowca. Od najmłodszych lat obijając się w kręgach prawie, że „intelektualnych", otrzymał odpowiedni zasób wiedzy teoretycznej i praktycznej. Wprawdzie, wiedza teoretyczna zawężona była tylko do nauki lub języka obowiązującego w rejonie ulicy Stalowej, nie mniej, jak prze­konał się później z niemałym zdziwieniem, rozumiany był dob­rze i w innych rejonach Prusz­kowa, do których zdarzało mu się dotrzeć. Rozleglejszą nato­miast była wiedza praktyczna.
Obejmowała ona zagadnienia związane nie tylko ze sposobem dokonania kradzieży, ale również i szybkiego znikania z miejsca przestępstwa zacierania za sobą śladów i korzystnego sprzedawa­nia zebranych fantów. Jerzy P. nie miał wygórowanych ambicji, więc chłonąc wiedzę dostosowywał ją do swoich małych po­trzeb, utrzymując cały czas kon­takt ze swoimi nauczycielami. I tu działa się dziwna rzecz. Jerzy P. rósł, ale wraz nim nie rosły jego potrzeby. Obywał się byle, czym.
Trudno w tej chwili po­wiedzieć, w jakim momencie po­czuł w sobie powołanie do pracy naukowej. Czy wynikało to z konieczności przy ciągłym bra­ku pieniędzy i niepewnym losie dnia jutrzejszego, czy też zadzia­łały inne przyczyny, faktem jest jednak, że postanowił ekspery­mentalnie sprawdzać na samym sobie - jak na prawdziwego na­ukowca przystało - działanie róż­nych środków, czy to farmako­logicznych, czy też chemicznych, które przynajmniej w smaku i działaniu, przypominają mikstu­ry alkoholowe.
Organizm Jerzego, poddawany przeróżnym pró­bom nie zawsze wychodził zwy­cięsko. Zdarzały się i klęski. Sierpniowego popołudnia, gdy słońce wyciskało ostatnie poty z wałęsających się ludzi, Jerzy P. w porywie eksperymentalizmu wszedł do sklepu „Herbapolu" za­pytać, czy nie mają czegoś do wy­picia. Sprzedawczyni proponowała wyciągi syropowe, na co Jerzy P. reagował grymasem twarzy i gdy dotarli do „Azulamu" sporządza­nego na czystym spirytusie, Je­rzemu P. zaśmiały się oczy. To było to, czego poszukiwał.
Wysupłał z kieszeni całe dwie dychy i kładąc na ladzie, powiedział po pańsku:
- Całą butelkę poproszę.
Sprze­dawczyni spojrzała na Jerzego, później na pieniądze i odpowie­działa spokojnie, że to niestety nie starczy, a na kieliszki nie sprzedaje. Jerzy P. przełknął śli­ną i rozglądając się po pełnych półkach zapytał:
- A co mogę dostać za to?
- Jedynie wyciąg z jemioły — odpowiedziała sprze­dawczyni.
- Może być — zakończył Jerzy P., wziął buteleczkę, cztery złote reszty i wyszedł ze sklepu. Daleko nie odszedł. Niepokojony wewnętrzną obawą o wynik nas­tępnego eksperymentu, tuż za ro­giem przechylił gwałtownym ru­chem buteleczkę, wlewając całą zawartość do gardła. Poczuł lek­kie pieczenie na końcu języka i lekką błogość rozlewającą się po żołądku. Było mu dobrze. W pew­nej chwili zorientował się, że na­wet czuje się za dobrze, bo za­częło mu się kręcić w głowie per­listy pot wystąpił na całym ciele, nogi niestety zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Takiej reakcji w założeniach swoich nie przewi­dział. Na miękkich nogach zawrócił do sklepu, i ostatkiem sił wykrzyczał, że sprzedawczyni chce go chemią otruć.
- Panie - odparta spokojne sprzedawczyni – krople, które pan kupił należało dawkować, gdyż gwałtownie obniżają ciśnienie, a pan tak to od razu?

Jerzy P. już te­go nic słyszał. I tak to właśnie, jeszcze jeden wynalazek zabiłby wynalazcę........gdyby nie pogotowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz