NIEFART
Zbigniew
C. w środowisku pruszkowskim miał ustaloną
markę. Wiadomo było, że, jak coś wziął to
nie oddał, jak coś obiecał
to nie dotrzymał, jak pobił,
to się do tego nie przyznał.
Wszyscy w koło podziwiali go,
gdy wymykał się karzącej ręce sprawiedliwości.
Gdy koledzy jego wpadali w ręce goniących ich
milicjantów, Zbigniew C. spokojnie skręcał
do najbliższej bramy pozbywając się kompromitujących przedmiotów. Zatrzymany odpowiadał
spokojnie, że on przecież nie uciekał i właśnie się dziwił, dlaczego takie
zamieszanie na mieście.
O włamaniu
do sklepu oczywiście nic nie wiedział i nie może kochanej władzy w niczym
pomóc. Władza wiedziała, Zbigniew C. wyznawał zasadę złodzieja kieszonkowego:”
złapią cię za rękę, nie mów, że to twoja ręka”. Dlatego też nie łapano
Zbigniewa C. za ręce. Łapano go tylko za nogi. A nogi miał duże. W ten oto
sposób udowodniono Zbigniewowi wiele różnych przestępstw, za które otrzymywał
jakieś tam wyroki. Wychodził, obiecywał poprawę i zaczynał od początku.
Twierdził, że to mu się opłaci, ponieważ wpada, na co dziesiątym przestępstwie.
Kwietniowego wieczoru chodząc bez celu po ulicach, poczuł chęć. Wszedł na
melinę i kupił dwa wina. Kiedy wychodził z meliny trzymając wina w ręku,
natknął się na patrol milicji. Żeby uniknąć zbędnych pytań: - a co Pan tu robi,
skąd Pan idzie, gdzie Pan pracuje – wyciągnął jedną butelkę wina w kierunku
patrolu, chcąc podzielić się jak z przyjaciółmi. Widząc zdziwioną minę jednego z
milicjantów, dał wino i dołożył sto złotych wciskając mu do ręki. Gdy milicjant
schował otrzymaną stówę do notatnika a wino do teczki, Zbigniewa ogarnęły
wątpliwości, czy dobrze zrobił.
O tym, że
zrobił źle przekonał się, gdy nazajutrz prokurator aresztował go na trzy
miesiące. Za co – pytał Zbigniew C.- za co, za serce i szczere chęci
podzielenia się? A za niefart – zaśmiał się los. Było to właśnie dziesiąte
przestępstwo Zbigniewa C.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz