piątek, 15 listopada 2013

NIEFART 

Zbigniew C. w środowisku pruszkowskim miał ustaloną markę. Wiadomo było, że, jak coś wziął to nie oddał, jak coś obiecał to nie dotrzymał, jak pobił, to się do tego nie przyznał. Wszyscy w koło podziwiali go, gdy wymykał się karzącej ręce sprawiedliwości. Gdy koledzy jego wpadali w ręce goniących ich milicjantów, Zbigniew C. spokojnie skręcał do najbliższej bramy pozbywając się kompromitujących przedmiotów. Zatrzymany odpowiadał spokojnie, że on przecież nie uciekał i właśnie się dziwił, dlaczego takie zamieszanie na mieście.
O włamaniu do sklepu oczywiście nic nie wiedział i nie może kochanej władzy w niczym pomóc. Władza wiedziała, Zbigniew C. wyznawał zasadę złodzieja kieszonkowego:” złapią cię za rękę, nie mów, że to twoja ręka”. Dlatego też nie łapano Zbigniewa C. za ręce. Łapano go tylko za nogi. A nogi miał duże. W ten oto sposób udowodniono Zbigniewowi wiele różnych przestępstw, za które otrzymywał jakieś tam wyroki. Wychodził, obiecywał poprawę i zaczynał od początku. Twierdził, że to mu się opłaci, ponieważ wpada, na co dziesiątym przestępstwie. Kwietniowego wieczoru chodząc bez celu po ulicach, poczuł chęć. Wszedł na melinę i kupił dwa wina. Kiedy wychodził z meliny trzymając wina w ręku, natknął się na patrol milicji. Żeby uniknąć zbędnych pytań: - a co Pan tu robi, skąd Pan idzie, gdzie Pan pracuje – wyciągnął jedną butelkę wina w kierunku patrolu, chcąc podzielić się jak z przyjaciółmi. Widząc zdziwioną minę jednego z milicjantów, dał wino i dołożył sto złotych wciskając mu do ręki. Gdy milicjant schował otrzymaną stówę do notatnika a wino do teczki, Zbigniewa ogarnęły wątpliwości, czy dobrze zrobił.

O tym, że zrobił źle przekonał się, gdy nazajutrz prokurator aresztował go na trzy miesiące. Za co – pytał Zbigniew C.- za co, za serce i szczere chęci podzielenia się? A za niefart – zaśmiał się los. Było to właśnie dziesiąte przestępstwo Zbigniewa C.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz