poniedziałek, 23 września 2013

Wyprawa po zaopatrzenie.

          Trochę oszołomiony tym koleżeńskim przyjęciem, z teczką pod pachą przecisnąłem się pomiędzy czekającymi interesantami i schodami schodziłem do wyjścia, gdy z zza zakrętu korytarza pojawił się sam komendant.
- O, widzę, że zagonili pana do pracy. To dobrze, bardzo dobrze. Pracujcie tak dalej to będą z was porządni ludzie. U kogo pracujecie?- Zapytał komendant.
- U pana Wacława – odpowiedziałem ściskając teczkę, czując się speszonym tym spotkaniem.
- To dobry fachowiec, dobrze was wyszkoli. Powodzenia – rzucił na pożegnanie komendant.
          Sklep osiedlowy rzeczywiście był niedaleko i miał bogaty asortyment. Od win poprzez wódki różnego rodzaju, były i świeże ogóreczki dla pana Tadzia. Zapomniałem zapytać, jaki alkohol kupić i jaką ilość. Nie znając możliwości pokojowych kolegów, doszedłem do wniosku, żeby zaoszczędzić sobie biegania dwa razy a panu Tadziowi zdrowia, bo gdyby zabrakło mógłby się bardzo denerwować, postanowiłem kupić dwie butelki wódki i słoik ogórków z sosikiem.
Po zapakowaniu wszystkiego do teczki, powoli, aby ze słoika nie wylał się sosik, wracałem do komendy. Ściskając teczkę wszedłem na drugie piętro i przeciskając się przez tłum niezwykle złośliwych interesantów, którzy nie wiadomo, dlaczego potrącali mnie ze wszystkich stron, stanąłem w pewnym momencie bezradny. Wychodząc z pokoju pana Wacława nie spojrzałem na numer, a w tej chwili zobaczyłem, że takich pokoi z uszkodzonymi zbrojonymi szybami na tym piętrze jest kilka. Zacząłem zaglądać do kolejnych pokoi broniąc się przed okrzykami interesantów i dopiero za trzecim razem trafiłem do pokoju, w którym miałem pracować.
- Co tak długo – seplenił pan Tadzio – już martwiliśmy się o pana, panie kolego.
- Kolejka była – odpowiedziałem trochę zmieszany, ale próbując rozładować sytuację, dodałem – w sklepie nie chcieli mnie przepuścić, nawet wówczas, gdy powoływałem się na pana, panie Tadziu.
- A co pan mówił? – Zapytał pan Tadzio.
- Mówiłem, że to zakupy dla stałego klienta, tego od kiszonych ogórków.
- Powinni dać panu rabat, tak często tam robię zakupy, ale, ale, jest sosik?
- Jest panie Tadziu – pokazałem słoik litrowy z ogórkami i sosem i wyciągnąłem z teczki dwie butelki wódki.
- No, przewidujący pan jest, będzie z pana dobry milicjant – zaseplenił pan Tadzio.
          No i po wzięciu do rąk przez pana Tadzia, dwóch butelek wódki i słoika z sosikiem, w pokoju zapanowała swojska atmosfera. Pani Irenka zorganizowała dużą tacę, na której dzieliła kanapki przyniesione przez każdego z kolegów, pan Feliks wyjął z biurka sześć musztardówek, po czym każdą z nich skrupulatnie przecierał papierem toaletowym. Gdy spojrzałem na niego wymownie, dając znać, że można by je umyć, pan Feliks odburknął, że przecież będziemy je odkażać.

 Zobaczyłem w pewnym momencie jak pan Tadzio klęknął na podłodze przy biurku i dokładnie przeglądając zawartość szuflad czegoś wyraźnie szukał.
- W czym pomóc panie Tadziu – zapytałem delikatnie.    
- Cholera, gdzieś grzałka mi się zapodziała – stęknął pan Tadzio.
- Panie Tadziu, mnie wystarczy trochę wody, nie musi być herbata czy kawa, nie musi pan szukać grzałki – łagodnie zaproponowałem.
- A kto mówi o herbacie cy kawie. Ja nie mogę inacej wypić wódki – zaseplenił pan Tadzio wyciągając radośnie małą grzałkę.
          Zapytałem, w czym ja mogłem jeszcze pomóc, bo tak głupio mi było, gdy wszyscy się krzątali a ja nie robiłem nic.
- Po co się pan będzie męczył – powiedziała pani Irena – niech pan ustawi na swoim biurku to co mamy i zaraz zaczniemy.
- No jasne, siadaj pan i ucz się jak na przyszłość jak to się robi – z wesołą miną seplenił pan Tadzio.
          Przeniesiono na moje biurko dwie butelki wódki, pokrojone przez pana Tadzia ogórki z sosikiem, wyczyszczone przez pana Feliksa szklaneczki po musztardzie i pokrojone przez panią Irenę kanapki i gospodarzem tego spotkania mianowano pana Feliksa. Pan Feliks kilkoma wprawnymi ruchami wybił korek z butelki, po czym bacząc by nie uchronić kropli, rozlał po równo do stojących szklaneczek. Chciałem wznieść toast, gdy pan Feliks zastopował mnie.
- Poczekajmy na Tadzia.
          Zobaczyłem wówczas, że pan Tadzio wziął szklaneczkę do ręki, zanurzył grzałkę w wódce i podłączył ja do prądu.
- Panie Zenku, niech pan się nie dziwi – usprawiedliwiał się pan Tadzio – nie mogę pić zimnej wódki, bo zaraz mnie migdałki bolą. Dlatego podgrzewam ją chwilę i mogę wówczas ją wypić. O już gotowe, to za zdrowie pana Zenia.
- Panie Tadziu, wódka dezynfekuje szklanki a nie dezynfekuje gardła?
- Tak to jest panie kolego, taki jestem wrażliwy.
          Wypiliśmy pierwszy toast wzniesiony przez pana Tadzia, po czym pani Irena jako pierwsza podeszła do mnie i powiedziała.
- Mów do mnie Irena.
Po niej podszedł pan Tadzio i klepiąc mnie przyjacielsko po plecach, powiedział.
- Fajny chłop z ciebie. Znasz się na rzeczy, mów mi Tadzio.
          Podobnie i pan Janek, wprawdzie bez poufałego klepania oświadczył, że jestem równy facet i mogę mu mówić po imieniu. Jedynie pan Wacław, jak na kierownika przystało, zachował wstrzemięźliwość w okazywaniu poufałości, życząc sobie, aby pomiędzy nami pozostał dystans taki, jaki winien być pomiędzy nauczycielem i uczniem. Nie oponowałem.
 - Na drugą nóżkę, żeby się nie kulało – zaproponował Tadzio chwytając butelkę otwartą w międzyczasie przez pana Feliksa, który podobnie jak i Wacław unikał poufałości.
- Dla mnie nie lej – powiedziała Irenka patrząc na mnie szklanymi oczami.
- Nie szkodzi, zostanie dla nas – słusznie zauważył pan Feliks demonstracyjnie chwytając szklaneczkę Ireny.
- Co tak na niego oczy wytrzeszczałaś – zapytał Tadzio, Ireny, podgrzewając wódkę – chłopaka przystojnego nie widziałaś, czy co?
- A może on mnie się podoba – replikowała Irenka – zabronisz?
- Weźcie się w końcu za pracę – huknął pan Wacław – ludzie czekają,
- Jak czekają, to się doczekają – rzucił Tadziu – na drugą nóżkę.
- Zdrowia – jak echo powiedzieli wszyscy.
          Tadzio wysączył do ostatniej kropli sosik po ogórkach, zakąsił ostatnią kanapeczką i zacierając radośnie ręce powiedział.
- Do roboty Zeneczku, pójdziesz ze mną, pokażę ci gdzie znajdują się najważniejsze pomieszczenia w naszej komendzie.
- Tylko nie zgubcie się po drodze – upominał pan Wacław.
- Wacław – zaseplenił Tadzio – daj nakaz wydania to wezmne z aresztu tego, no wiesz, Kwaśnieckiego. Zrobim mu palcówkę – zakończył uśmiechając się znacząco.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz