Nie umiemy uczyć się na
błędach innych narodów.
Nastał rok przełomu, gdy „władza komunistyczna” podzieliła
się władzą, udostępniając nowym wybrańcom, dostęp do bezpośredniego kierowania
różnymi dziedzinami życia społecznego. Do władzy rwał się kto żyw, kto szybciej
lub dobitniej ośmielał się dokopywać „komuchom”. Patrzyłem z dużym zdziwieniem
na zabiegi niektórych ludzi, wyrosłych na piersi tej „komuny”, obrzucających ją
błotem, nie dziękując chociażby za to, że ich bezpłatnie wykształciła.
Modne stały
się weryfikacje. W każdym większym mieście tworzono grupy ludzi, z dorobkiem
opozycyjnym, mającym orzekać w komisjach o tym, czy dana osoba może pozostać na
stanowisku, czy na to zasługuje i czy będzie realizowała wytyczne nowych
komisji, czerpiących wiedzę z wytycznych komisji regionalnych.
Obserwując
zjawiska pojawiające się na scenie politycznej, przenoszone później do
samorządów miejskich i gminnych, przypominała mi się rewolucja kulturalna w
Chinach, zainicjowana przez Mao
Zedonga, powracającego do władzy w maju tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego
szóstego roku. Rozpoczął w końcu maja 1966 r. od utworzenia „Czerwonej
Gwardii”. Był to faktyczny początek rewolucji mającej na celu usunięcie
wszystkich starych działaczy i stworzenie „komun wiejskich” na wzór grup plemiennych
wspólnoty pierwotnej. Członkowie „Czerwonej Gwardii” zwani hunwejbiniami,
wywodzili się z ośrodków studenckich i robotniczych, byli ludźmi
wykształconymi. Mimo wykształcenia, szkód w stosunkach społecznych narobiono
dużo. Rewolucję zakończono trzy lata później a faktycznie trwała ona do
października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku. Jeszcze cztery
lata trwały przepychanki na stanowiskach przywódczych, po procesie „bandy
czworga”. Dopiero w roku osiemdziesiątym przystąpiono do normalizowania życia
społecznego, usuwania skutków spowodowanych przez zwolenników Mao. Niewielu
przywódców różnych ugrupowań rewolucyjnych, umiało wyciągnąć wnioski dla
swojego ruchu, ze skutków „Rewolucji Kulturalnej” w Chinach. Okazało, że każdy
kraj przechodzi przemiany takie, na jakie go stać. W Chile, zamordowano
wybranego w demokratycznych wyborach lewicowego polityka Salvadora Allende i
gen. Augusto Pinochet wyszedł na bohatera narodowego / uznanego również i przez
niektórych naszych parlamentarzystów, dziękującym mu za dokonane spustoszenie/,
bo jako straszaka w stosunku do społeczeństwa użył zniekształconych haseł
lewicy i demokratów, ośmieszając wprowadzenie komunizacji stosunków
społecznych, jakie chciał stopniowo wprowadzać prezydent Allende. We Francji,
pod koniec rewolucji francuskiej, Georges Danton spuentował zjawisko przemian w
rewolucji: „rewolucja jak Saturn, pożera swoje dzieci”.
Na szczęście u nas przebiegło to bardzo łagodnie. Przekazanie władzy
następowało stopniowo i ani się nie spostrzegliśmy, gdy Polska wyrwała się z
objęć komunizmu i wpadła w objęcia ........... zapomnianego w Polsce,
agresywnego kapitalizmu. Miał to być kapitalizm z ludzką twarzą. Po pierwszych
zachwytach dokonaną przemianą, termin „kapitalizm” wyeliminowano z
publicznych dyskusji. To wstydliwe słowo, przynoszące starszemu pokoleniu
drastyczne skojarzenia, znikło z naszego słownika, zanim na dobre w nim
zagościło. Dla uspokojenia bezrobotnych, mało zarabiających, mówi się teraz o
gospodarce rynkowej, prywatno -rynkowej, a nawet wolno rynkowej, choć wiadomo,
że wolny rynek jest tylko teoretyczną koncepcją, a rzeczywisty rynek jest
zawsze mniej lub bardziej regulowany. Dla podtrzymania autorytetów znacznej
części ludzi zaangażowanych w dokonanie przemian, mówi się o biznesie, o
przedsiębiorczości każdego człowieka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz