wtorek, 24 września 2013

Pułapka. 


Przebijając się przez tłum zalegający cały korytarz, kierowaliśmy się w stronę schodów. W pewnym momencie Tadzio mając ręce uniesione nad głową, machnął ręką w kierunku najbliższych drzwi i krzyknął.
- Tu jest ustęp.
          Tadzio przy machaniu rękoma musiał zawadzić o kok wysokiej, dobrze zbudowanej blondyny, bo ta odwróciła się do Tadzia, purpurowa ze złości i zaczęła go łajać.
- Trzymaj te gałęzie przy sobie bo ludziom oczy powybijasz, ofermo.
          Zauważyłem, że Tadzio chciał coś odpowiedzieć, ale wraz z innymi został odepchnięty na druga stronę korytarza i dał już za wygraną, chociaż nie mógł tego przeboleć, gdy schodziliśmy po schodach do aresztu.
- Widziałeś Zeneczku tą blondynę? Ona do mnie, ofermo. Och, żeby było luźniej to ja bym jej pokazał – odgryzał się nadal wymachując rękami.
          Zejście do aresztu było bezpośrednio przy schodach wyjściowych z Komendy, oddzielone od korytarza masywną kratą obciągniętą siatką drucianą, kiedyś malowaną w kolorze szaro – niebieskim. Po dotarciu do właściwych pomieszczeń aresztu, zobaczyłem kilku mężczyzn spacerujących po korytarzu przed drzwiami cel. Wszyscy byli w butach bez sznurówek i pasków, podtrzymując spadające spodnie i ćmiąc ogarki papierosów.
- Zaczekaj tu Zeneczku – zaseplenił Tadzio i wszedł do pomieszczenia gdzie urzędował dowódca zmiany służby aresztu, zwanej profosem.
           Z drugiego pomieszczenia wyszło dwóch młodych mężczyzn niosąc kocioł i stertę misek, strzeżonych przez dostojnie kroczącego za nimi strażnika spokoju i ładu społecznego, którego brzuch podtrzymywany był paskiem zapiętym na ostatnią dziurkę a i to robione było z dużym wysiłkiem, o czym świadczyły głębokie wcięcia w talii i na plecach.
- Stop – krzyknął pan sierżant i dwóch młodych chłopców postawiło kocioł w kąciku na drewnianej podstawce, naprzeciwko celi numer jeden, przy której Tadzio zostawił mnie i kazał czekać.
- Na co czekasz – zagrzmiał pan sierżant mieszając olbrzymią chochlą w kociołku – bierz miskę.
          Rozejrzałem się, dookoła, bo nie wiedziałem, do kogo pan sierżant się zwraca, ale ponowny okrzyk zdenerwowanego pana sierżanta uprzytomnił mi, że on zwraca się do mnie.
- Ja ..... – nie dokończyłem tłumaczenia się, że przyszedłem z Tadziem, gdy z dyżurki donośnym głosem ktoś krzyknął.

- Do cel. Komendant idzie.
Na to hasło pan sierżant przestał mieszać w kociołku i niczym kwoka zagarniająca swoje pisklęta rozpostarł ręce zagarniając stojących w pobliżu jego, do cel, po czym wyraźnie zmierzając w moim kierunku, zamierzał zamknąć i mnie. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem szybko w stronę dyżurki skąd miał wyjść komendant, gdy z tyłu usłyszałem krzyk.
- Gdzie tam liziesz – grzmiącym głosem gonił mnie pan sierżant i w pewnej chwili poczułem, że jakieś ręce łapią mnie z tyłu mocno za kołnierz marynarki i spodnie w okolicy siedzenia i z olbrzymią siłą pchają w kierunku otwartych drzwi celi numer jeden.
- Tadziu, panie Tadziu – krzyczałem głośno opierając się rękoma i nogami pchającemu mnie panu sierżantowi. Nie doceniałem jednak siły i wagi pana sierżanta, który wobec czynnego oporu takiego tam itd. pomagał sobie kolanem uderzając nicponia – jak łagodnie określił mnie pan sierżant – poniżej siedzenia. Nie dawałem za wygraną i dopchany do drzwi celi zaparłem się rękoma i nogami o futrynę krzyczałem donośnie.
- Panie Tadziu, panie Tadziu, ratuj pan.
- Ja ci dam pana Tadzia – sapał tuż za uchem pan sierżant – a właź ty cholero – dodał napierając na mnie całym swoim ciałem.
          Ręce osłabły i jak piłka wpadłem do celi przewracając się o nogi jednego z zatrzymanych. Miła perspektywa – pomyślałem sobie, przyszedłem pracować a tymczasem zamknięto mnie w celi. Nie dając za wygraną zacząłem głośno walić rękoma w drzwi celi.
- Co tam – usłyszałem głos pana sierżanta.
- Niech pan otworzy, to pomyłka – krzyczałem coraz głośniej – ja przyszedłem z panem Tadziem.
- Ja ci dam pana Tadzia – zahuczał pan sierżant – cicho być, nie walić w drzwi.
          Po chwili usłyszałem pod drzwiami seplenienie pana Tadzia i podniesiony głos pana sierżanta tłumaczącego się Tadziowi. Drzwi zostały otwarte i pod drzwiami pan sierżant z niewyraźną miną i śmiejący się głośno Tadzio zapraszali mnie do wyjścia.
- Ha,ha,ha,ha chodź Zeneczeku – rechotał Tadzio – a to ci heca, zamknęli Zeneczka, ha,ha,ha,ha.
- Trzeba było mówić – sumitował się pan sierżant zamykając drzwi celi – przecież ma pan język.
- Mówiłem, ale nie chciał pan słuchać, nie pozwolił mi pan dojść do słowa tylko jak piłkę wrzucił pan mnie do celi ....
- Nie gniewaj się pan, człowiek jest omylny – przepraszał pan sierżant.
- Dobrze, nie gniewam się już.
- Chodźmy Zeneczku, zrobiłem palce i bez ciebie. Ale heca, ha, ha, ha – pohukiwał Tadzio.
          Po drodze poprosiłem Tadzia, aby nie rozgłaszał nikomu o tym, co spotkało mnie w areszcie. Tadzio dał słowo harcerza, że nikomu nie powie. Wróciliśmy do pokoju. Na moim biurku nie było śladu po biesiadzie, natomiast leżały już pierwsze dokumenty. Przy pozostałych biurkach kolegów siedzieli interesanci i gwar w pokoju był tak duży, że nie słyszałem własnych myśli. Podszedłem do biurka pana Wacława, ale był tak zajęty rozmową z drugą osobą, że nie zauważał mnie. A może nie chciał zauważyć?
Wróciłem do swojego biurka i zobaczyłem pod pierwszym dokumentem, stertę naszykowanych wezwań. Przeliczyłem, było ich dokładnie dwadzieścia osiem. Wsadziłem je do aktówki, machnąłem ręką Irence i wyszedłem z pokoju by roznieść wezwania. Tak minął mi pierwszy dzień pracy, dzień pełen wrażeń, nowych doznań i nowych znajomości. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz