Pułapka.
Przebijając
się przez tłum zalegający cały korytarz, kierowaliśmy się w stronę schodów. W
pewnym momencie Tadzio mając ręce uniesione nad głową, machnął ręką w kierunku
najbliższych drzwi i krzyknął.
-
Tu jest ustęp.
Tadzio przy machaniu rękoma musiał
zawadzić o kok wysokiej, dobrze zbudowanej blondyny, bo ta odwróciła się do
Tadzia, purpurowa ze złości i zaczęła go łajać.
-
Trzymaj te gałęzie przy sobie bo ludziom oczy powybijasz, ofermo.
Zauważyłem, że Tadzio chciał coś
odpowiedzieć, ale wraz z innymi został odepchnięty na druga stronę korytarza i
dał już za wygraną, chociaż nie mógł tego przeboleć, gdy schodziliśmy po
schodach do aresztu.
-
Widziałeś Zeneczku tą blondynę? Ona do mnie, ofermo. Och, żeby było luźniej to
ja bym jej pokazał – odgryzał się nadal wymachując rękami.
Zejście do aresztu było bezpośrednio
przy schodach wyjściowych z Komendy, oddzielone od korytarza masywną kratą
obciągniętą siatką drucianą, kiedyś malowaną w kolorze szaro – niebieskim. Po
dotarciu do właściwych pomieszczeń aresztu, zobaczyłem kilku mężczyzn
spacerujących po korytarzu przed drzwiami cel. Wszyscy byli w butach bez
sznurówek i pasków, podtrzymując spadające spodnie i ćmiąc ogarki papierosów.
-
Zaczekaj tu Zeneczku – zaseplenił Tadzio i wszedł do pomieszczenia gdzie
urzędował dowódca zmiany służby aresztu, zwanej profosem.
Z drugiego pomieszczenia wyszło dwóch młodych mężczyzn niosąc
kocioł i stertę misek, strzeżonych przez dostojnie kroczącego za nimi strażnika
spokoju i ładu społecznego, którego brzuch podtrzymywany był paskiem zapiętym
na ostatnią dziurkę a i to robione było z dużym wysiłkiem, o czym świadczyły
głębokie wcięcia w talii i na plecach.
-
Stop – krzyknął pan sierżant i dwóch młodych chłopców postawiło kocioł w kąciku
na drewnianej podstawce, naprzeciwko celi numer jeden, przy której Tadzio
zostawił mnie i kazał czekać.
-
Na co czekasz – zagrzmiał pan sierżant mieszając olbrzymią chochlą w kociołku –
bierz miskę.
Rozejrzałem się, dookoła, bo nie
wiedziałem, do kogo pan sierżant się zwraca, ale ponowny okrzyk zdenerwowanego
pana sierżanta uprzytomnił mi, że on zwraca się do mnie.
-
Ja ..... – nie dokończyłem tłumaczenia się, że przyszedłem z Tadziem, gdy z
dyżurki donośnym głosem ktoś krzyknął.
-
Do cel. Komendant idzie.
Na to hasło pan sierżant przestał mieszać w kociołku
i niczym kwoka zagarniająca swoje pisklęta rozpostarł ręce zagarniając
stojących w pobliżu jego, do cel, po czym wyraźnie zmierzając w moim kierunku,
zamierzał zamknąć i mnie. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem szybko w stronę
dyżurki skąd miał wyjść komendant, gdy z tyłu usłyszałem krzyk.
-
Gdzie tam liziesz – grzmiącym głosem gonił mnie pan sierżant i w pewnej chwili
poczułem, że jakieś ręce łapią mnie z tyłu mocno za kołnierz marynarki i spodnie
w okolicy siedzenia i z olbrzymią siłą pchają w kierunku otwartych drzwi celi
numer jeden.
-
Tadziu, panie Tadziu – krzyczałem głośno opierając się rękoma i nogami
pchającemu mnie panu sierżantowi. Nie doceniałem jednak siły i wagi pana
sierżanta, który wobec czynnego oporu takiego tam itd. pomagał sobie kolanem
uderzając nicponia – jak łagodnie określił mnie pan sierżant – poniżej
siedzenia. Nie dawałem za wygraną i dopchany do drzwi celi zaparłem się rękoma
i nogami o futrynę krzyczałem donośnie.
-
Panie Tadziu, panie Tadziu, ratuj pan.
-
Ja ci dam pana Tadzia – sapał tuż za uchem pan sierżant – a właź ty cholero –
dodał napierając na mnie całym swoim ciałem.
Ręce osłabły i jak piłka wpadłem do
celi przewracając się o nogi jednego z zatrzymanych. Miła perspektywa –
pomyślałem sobie, przyszedłem pracować a tymczasem zamknięto mnie w celi. Nie
dając za wygraną zacząłem głośno walić rękoma w drzwi celi.
-
Co tam – usłyszałem głos pana sierżanta.
-
Niech pan otworzy, to pomyłka – krzyczałem coraz głośniej – ja przyszedłem z
panem Tadziem.
-
Ja ci dam pana Tadzia – zahuczał pan sierżant – cicho być, nie walić w drzwi.
Po chwili usłyszałem pod drzwiami
seplenienie pana Tadzia i podniesiony głos pana sierżanta tłumaczącego się
Tadziowi. Drzwi zostały otwarte i pod drzwiami pan sierżant z niewyraźną miną i
śmiejący się głośno Tadzio zapraszali mnie do wyjścia.
-
Ha,ha,ha,ha chodź Zeneczeku – rechotał Tadzio – a to ci heca, zamknęli
Zeneczka, ha,ha,ha,ha.
-
Trzeba było mówić – sumitował się pan sierżant zamykając drzwi celi – przecież
ma pan język.
-
Mówiłem, ale nie chciał pan słuchać, nie pozwolił mi pan dojść do słowa tylko
jak piłkę wrzucił pan mnie do celi ....
-
Nie gniewaj się pan, człowiek jest omylny – przepraszał pan sierżant.
-
Dobrze, nie gniewam się już.
-
Chodźmy Zeneczku, zrobiłem palce i bez ciebie. Ale heca, ha, ha, ha – pohukiwał
Tadzio.
Po drodze poprosiłem Tadzia, aby nie
rozgłaszał nikomu o tym, co spotkało mnie w areszcie. Tadzio dał słowo
harcerza, że nikomu nie powie. Wróciliśmy do pokoju. Na moim biurku nie było
śladu po biesiadzie, natomiast leżały już pierwsze dokumenty. Przy pozostałych
biurkach kolegów siedzieli interesanci i gwar w pokoju był tak duży, że nie
słyszałem własnych myśli. Podszedłem do biurka pana Wacława, ale był tak zajęty
rozmową z drugą osobą, że nie zauważał mnie. A może nie chciał zauważyć?
Wróciłem do swojego biurka i zobaczyłem pod pierwszym
dokumentem, stertę naszykowanych wezwań. Przeliczyłem, było ich dokładnie
dwadzieścia osiem. Wsadziłem je do aktówki, machnąłem ręką Irence i wyszedłem z
pokoju by roznieść wezwania. Tak minął mi pierwszy dzień pracy, dzień pełen
wrażeń, nowych doznań i nowych znajomości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz