Spotkanie z kierownikiem.
Wcisnąłem się w ten szemrzący i
pulsujący tłum, szukając pokoju kierownika sekcji. Gdzieś w połowie korytarza
zauważyłem drzwi, przy których nie było żadnego interesanta, na drzwiach
natomiast wisiała tabliczka – Kierownik Sekcji. Nauczony poprzednim
doświadczeniem zastukałem mocno w dyktę wstawioną zamiast szkła i po usłyszeniu
– wejść – nacisnąłem klamkę, która zakręciła się dookoła swojej osi i głową
walnąłem w dyktę. Za chwilę ktoś od środka uchylił drzwi i zaprosił mnie do
pokoju.
Wszedłem do środka. Za biurkiem stał szczupły, niski
mężczyzna w ciemnym, podniszczonym ubraniu, jasnych włosach ostrzyżonych krótko
i grubym głosem, wyraźnie nie pasującym do tak wątłej postaci zaklął cicho a
następnie odpowiadając na moje pozdrowienie dodał.
-
Cholera, już tydzień temu prosiłem gospodarczego żeby zreperowali zamek i
doprosić się nie mogę. Sam musiałem wstawić w drzwi dyktę, bo nie reagowali na
moje prośby – pukając w dyktę dokończył – a teraz muszę ją jeszcze pomalować. A
wy, co, nowy?
-
Nowy panie kierowniku....
-
Ej, ej, uważaj na krzesło, chybocze się, no już dobrze. To, co, macie u mnie
pracować – ni to pytając ni to stwierdzając, kierownik chwycił za notatnik.
-
Pracowaliście gdzieś przed wcześniej?
-
Tak, panie kierowniku.
- A
gdzie?
- W
stolarni – odpowiedziałem nieśmiało, bo zdawałem sobie sprawę, że brzmi to
trochę śmiesznie. Ze stolarni do milicji?
-
O, to świetnie – zahuczał kierownik – z nieba mi spadacie. Umiecie naprawiać
krzesła?
-
Umiem – odpowiedziałem zaniepokojony, bo przecież miałem zostać milicjantem a
nie kleić krzesła, czego wyraźnie miałem dosyć w poprzedniej pracy.
-
Jutro weźmiecie się za krzesła, a dzisiaj zapoznam cię z kolegą, pod którego
okiem będziesz uczyć się rzemiosła milicyjnego. Idziemy – rzucił kierownik
odrywając się od biurka.
Podszedł do drzwi, chwycił za klamkę
usiłując je otworzyć. Poruszył dwa razy, klamka została mu w ręku i zrezygnował
z otwarcia drzwi od wewnątrz, usiadł przy biurku, podniósł słuchawkę telefonu i
po wybraniu krótkiego numeru wezwał na pomoc Wacława z sąsiedniego pokoju.
Za chwilkę rozległo się mocne uderzenie
w futrynę i do pokoju wpadł starszy mężczyzna z wyraźną czołową łysiną, w
swetrze koloru szarego i kraciastej koszuli.
-
Masz nowego – powiedział kierownik wskazując na mnie – poznajcie się.
Po
wymianie grzecznościowych formułek opuściliśmy pokój kierownika i przebijając
się przez tłum interesantów. Dotarliśmy do drzwi niezwykle obleganych przez
dużą grupę ludzi. Wacław pchnął mocno drzwi z popękaną szybą zbrojoną i
weszliśmy do środka. Zobaczyłem pokój wielkości jednej drugiej gabinetu
komendanta, zastawiony sześcioma biurkami. Przy trzech siedzieli mężczyźni
zanurzeni w sterty dokumentów, przy czwartym biurku siedziała dziewczyna z
blond włosami, wiejską urodą i krzywymi nogami. Piąte biurko należało do pana
Wacława a szóste oczekiwało na mnie.
-
Nowy? – Zapytał jeden z kolegów z drugiego biurka.
-
Nowy – potwierdził pan Wacław klepiąc mnie mocno po plecach – poznajmy się –
zachęcił pozostałych.
-
Irena – rzuciła dziewczyna a właściwie kobieta, bo na palcu prawej ręki
podniesionej przez nią do pocałowania, widoczna była obrączka.
-
Janek – przedstawił się właściciel trzeciego biurka, gruby z dużymi okularami
na nosie o twarzy, na której nie było widać wieku.
-
Tadek – zaseplenił czwarty z tego towarzystwa, chyba najstarszy i najbardziej
chudy. Jego fioletowy koniec nosa i zaczerwienione oczy wskazywały na częste
kontakty z mitycznym Bachusem.
-
Feliks – rzucił jakby od niechcenia piąty i ostatni pracownik tego pokoju.
-
Zenek – przedstawiłem się wszystkim.
-
Żonaty? – Sondowała pani Irena.
-
Niestety, tak – odpowiedziałem przyjmując ton żartobliwy.
- A
pije? – Zapytał pan Tadzio.
-
Jak jest, co – odpowiedziałem skromnie.
-
Spokojnie – podniesionym głosem krzyknął pan Wacław – najpierw praca – a pióro
to ma?
-
Mam – odpowiedziałem wyciągając pióro atramentowe z kieszeni nowego garnituru.
-
Ładne pióro – ocenił pan Janek.
-
Pióro ladne, – zaseplenił pan Tadziu, – ale Zenio jesce sie nie wkupił a już
wyciąga piólo – dokończył czekając na aprobatę pozostałych kolegów.
-Daj
mu spokój – widzisz przecież, że jest nowy i pierwszy dzień.
-
To, co, że nowy? – Zapytał pan Tadzio – musi przecie poznać tajniki nasej
pracy, a najlepiej tajniki poznaje sie w sklepie.
-
Zna pan trochę tą dzielnicę? – Zapytał pan Wacław.
- Jeszcze
nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
-
To jest okazja – naciskał pan Tadzio – mam pare punktów do sprawdzenia to Zenio
pójdzie i od razu kupi w sklepie, co potrzeba – seplenił dalej.
-
Zamiast wysyłać nowego kolegę do sklepu, pokazałbyś, co i gdzie się mieści w
naszym budynku – proponował pan Wacław.
-
Jesce pozna, do emerytury ma daleko – zachęcał pan Tadeusz - to, co kolego,
kupi pan?
-
No, jeśli tak uważacie nie ma sprawy, idę. Nie mam tylko torby albo teczki –
powiedziałem cicho.
-
Ja mam – krzyknął pan Tadeusz, – po czym z metalowej szafy, której drzwi
piszczały jak koty na dachu, wyjął torbę płócienną, porządnie zniszczoną, do
której można by włożyć na stojąco całą klatkę butelek, bez obawy, że cokolwiek
będzie widać.
-
Panie Tadziu – zapytała pani Irenka – nie ma pan nic lepszego?
-
Psecie w tym nic nie widać – bronił się pan Tadeusz.
-
Weź pan moją teczkę – zadecydował pan Wacław – przynajmniej lepiej wygląda.
-
Ale kup pan ogórków, tylko z sosem – zażyczył sobie pan Tadeusz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz