sobota, 21 września 2013

Pitawal pruszkowski


 Przedstawione opowiadania opierają się na faktach zaistniałych na przestrzeni lat 1965 – 1989. Treść tych opowiadań pokazana jest w krzywym zwierciadle, uwypuklających śmieszną stronę, aby nie zanudzić czytelnika, suchą treścią sprawozdawcy wydarzeń kryminalnych.
          Może w niektórych opowiadaniach krzywe odbicie rzeczywistości za mocno skierowano w stronę humorystyczną, ale jest to dbałość o dobre samopoczucie osoby śledzącej rozwój wydarzeń, pozwalając na porównanie sytuacji opisanej ze znaną rzeczywistością.

                                                          POWITANIE

Przyjęcie do pracy
POWITANIE


Idąc po schodach przypominałem sobie pouczenie, jak powinienem się zachować się na spotkaniu z komendantem powiatu. Na pierwszym piętrze odszukałem drzwi z tabliczką „sekretariat”, zastukałem nie za mocno, ale też nie za cicho i czekałem na wezwanie.
Zastukałem ponownie i nadsłuchiwałem wezwania. Niestety, żadnego zaproszenia do wejścia nie usłyszałem. Postanowiłem zastukać mocniej. Po chwili w drzwiach ukazała się młoda kobieta patrząc na mnie z wyrazem zdziwienia na twarzy.
- Pan, do kogo? – Zapytała zaniepokojona, zerkając ukradkiem w głąb korytarza.
- Do komendanta – odpowiedziałem zdenerwowany, bojąc się, aby ten pierwszy kontakt z pracą nie wypadł dla mnie niekorzystnie.
- W jakiej sprawie? – Rzuciła zniecierpliwionym głosem, wypychając mnie na korytarz swoim dużym biustem.
- Polecono mi zgłosić się do komendanta do pracy – wyrzuciłem z siebie jednym tchem opierając się nacierającej sekretarce.
- To, co innego, czemu nie mówił pan od razu – melodyjnie odpowiedziała sekretarka, cofając się w głąb pokoju a na jej twarzy rozlał się promienny uśmiech przeznaczony tylko dla specjalnych interesantów, - proszę spocząć, komendant zaraz pana przyjmie – dodała lustrując mnie ciekawym, można powiedzieć zaczepnym wzrokiem.
          Usiadłem w głębokim fotelu ustawionym tuż obok drzwi wiodących do gabinetu komendanta a naprzeciw biurka sekretarki. Oceniając przełożonego przez pryzmat sekretarki, można dojść do wniosku, że ma dobry gust i zna się na kobietach – myślałem.
Ciekawe czy wszystkie kobiety pracujące w Komendzie są tak pociągające jak ta urocza sekretarka. Dalsze rozmyślania zostały przerwane gwałtownym szarpnięciem drzwi i do sekretariatu wkroczył statecznym krokiem mężczyzna w sile wieku, słusznej tuszy świadczącej o wyrobionym smaku.
- Pani Zosiu – powiedział zerkając pytająco na siedzącego w fotelu interesanta – proszę przygotować trzy kawy i trochę tych kruchych ciasteczek.
- Ciasteczek już nie ma – odpowiedziała pani Zosia, wskazując głową na mnie, siedzącego w fotelu.
- To proszę kupić – karcąco wypowiedział mężczyzna w mundurze w stopniu pułkownika, następnie spojrzał w moją stronę i zapytał – pan do mnie?
- Tak jest – odpowiedziałem zrywając się z fotela – otrzymałem skierowanie do pracy.
- Aha – mruknął komendant patrząc na mnie przenikliwym wzrokiem – proszę bardzo, wejdźcie – powiedział już przyjaźniej.
Wszedłem do gabinetu zatrzymując się w przyzwoitej odległości od masywnego, dębowego biurka. Rozejrzałem się po pokoju. Gabinet był olbrzymi. Od drzwi wejściowych prowadził długi kolorowy chodnik, zakończony przed biurkiem dużym prostokątnym dywanem, na którym stało biurko i mały dębowy stoliczek a obok, jak od kompletu również dębowe, wyściełane krzesła. Na ścianie, prawie nad głową siedzącego, w masywnych, dębowych ramkach godło narodowe i poniżej portrety dostojników państwowych. Cała ta kompozycja nadawała pomieszczeniu niezwykle oficjalny wystrój.
- Siadajcie – rzucił komendant siadając równocześnie na dużym fotelu stojącym za biurkiem, na którym piętrzyła się sterta najprzeróżniejszych dokumentów. Pułkownik siadając oparł ręce na biurku w taki sposób, jakby za chwilę całą tą stertę papierów miał przygarnąć do siebie.
Poruszając rękoma ilustrował swoje przemówienie skierowane do mnie, mianując siebie strażnikiem porządku i ładu społecznego. Z potoku słów płynących w ust komendanta wyłowiłem, że pracować powinienem w pocie czoła na stanowisku oficera do........., ale dalej nie zrozumiałem.
Po skończonej części oficjalnej, gdy komendant zapytał mnie, czy mam jakieś pytania, odpowiedziałem twierdząco i nieśmiało zapytałem.
- Przepraszam panie komendancie, ale nie zrozumiałem tego sformułowania, że mam być oficerem do czegoś i właściwie nie wiem, do czego.
- Przecież jasno powiedziałem, będziecie oficerem dochodzeniowym w stopniu kaprala, bo taki macie stopień? – Upewniał się komendant – zrozumieliście?
- Nie bardzo panie komendancie. Jestem kapralem to chyba będę podoficerem dochodzeniowym a nie oficerem – prostowałem trochę pewniej.
- Wy mi tu nie filozofujcie. Ja wiem lepiej, kim będziecie. A teraz idźcie na drugie piętro i zameldujcie się u porucznika Kozłowskiego. On wam wyznaczy robotę. No to cześć. Życzę powodzenia.
           Podniesiony na duchu, że będę oficerem w stopniu podoficera dochodzeniowego, nie, odwrotnie podoficerem w stopniu oficera dochodzeniowego, poprawiło mi to samopoczucie i poszedłem piętro wyżej.
Nadal nie widziałem, czy jestem oficerem w stopniu podoficera czy też podoficerem w stopniu oficera. Było ta tak skomplikowane, że nie wiedziałem jak mam przedstawiać się nowo poznanym kolegom. Idąc po schodach ze zdziwieniem patrzyłem na dzieło sprzątaczki, która szaro – niebieski kolor lamperii na ścianie przy schodach do połowy zasmarowała pastą podłogową. Wyobraziłem sobie przyjście do pracy w czystym garniturze, białą koszulą i przypadkowe oparcie się o ścianę. Garnitur do wyrzucenia.
          Na drugim piętrze, w długim i wąskim korytarzu skąpo oświetlonym, stał tłum interesantów wspierających plecami ściany po obu stronach korytarza. Wyglądało to tak jakby stojący ludzie plecami podtrzymywali wewnętrzne ściany budynku, chroniące tajemnic pobliskich pokoi. Co ciekawsi interesanci mocniej przykładali głowy do ścian w pobliżu pokoi, do których mieli zamiar wejść. Strzygli uszami jak konie czujące nadchodzące niebezpieczeństwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz