GOLONO
CZY STRZYŻONO?
W
sławnym sporze – golono czy strzyżono, nie wygrał nikt. Nie było wygranych, nie
było zwyciężonych. Ale w naszym przypadku Grażyna P. stanęła przed dylematem –
czy ją ogolono czy też ostrzyżono. Sama tego nie mogła rozstrzygnąć, więc w
chwili załamania zwróciła się o pomoc do dzielnicowego.
Zaczęło się jak w kiepskim brukowcu.
Grażyna P., dziewczyna młoda, żądna przygód, nie zważając na reputację rodzinną
w swoim mieście pojechała do krewnych, mieszkających na południu Polski,
korzystając z zaproszenia weselnego.
Młoda krew pobudzona młodym winem
spowodowała, że Grażyna zatraciła granicę między dobrem a złem. Bawiąc się na
weselnym przyjęciu, poznała niemłodego wprawdzie, ale trzymającego się zupełnie
nieźle mężczyznę, który to dostrzegając diabelskie ogniki w dużych oczach
Grażyny, przedstawił się jej stawiając nacisk na to, że jest księdzem.
Poruszony jej nie powszechną urodą i puszystą figurą, obiecał jej pomoc w
wybraniu właściwej drogi życia. Jakby ją wyczuł.
Grażyna była nie od tego i ponieważ nie mogła się
zdecydować, w którą drogę ma się skierować, stojąc na rozstaju dróg, przyjęła
propozycję księdza dając do zrozumienia, że będzie pojętną uczennicą.
Aby nie odciągać na zbyt długi okres
momentu rozpoczęcia nauk, Grażyna wraz ze świeżo poznanym księdzem udali się
szybciutko do jego parafii.
Być może zdolności pedagogiczne
poznanego mężczyzny nie dorównywały jego słowom, gdyż nie douczona Grażyna nad
samym ranem nie czekając już świtu, wyniosła się z domu księdza wraz ze znalezionymi
pieniędzmi w ilości jak na owe czasy niebagatelnej, około półtora miliona
złotych.
Grażyna z tak pokaźną ilością gotówki
przeniosła się natychmiast do innego miasta, pozostawiając zmartwionego amanta
na łasce losu. Trzeba przyznać lojalnie, że Grażyna miała gest. W niecałe kilka
miesięcy ze skradzionych pieniędzy zostały jej resztki i nękające ją obawy
przed odpowiedzialnością karną. Resztki wydała, co do grosza a
odpowiedzialności nie dało się uniknąć. Ręka ludzkiej sprawiedliwości dotknęła
ją, gdy wychodziła z następnym amantem z wesela urządzonego w przepięknym
hotelu. Ksiądz obecny na rozprawie karnej wybaczył zbłąkanej owieczce,
obiecując modlitwy za jej nawrócenie.
Po wyjściu z więzienia wróciła do
rodzinnego miasta. Miała trudności z dostaniem się do ‘branży”, dlatego
postanowiła obejść wszelkie zakazy obowiązujące w światku branżowym. Poznała miłego
taksówkarza przekonując go do siebie starym sposobem. Dała mu próbkę własnych
możliwości. W ten sposób wszyscy coś dostali.
Grażyna uzyskała dojście do łatwego
klienta, taksówkarz dostał za darmo to, za co inni muszą płacić, aha, ale
jeszcze dostał coś, za co i on musiał zapłacić. Zapłacić za wizytę u
wstydliwego lekarza.
Grażyna brylowała. Wszędzie było jej
pełno, brała życie pełnymi rękami i rozdawała ochoczo to, co miała najgorszego.
Była chora.
Na jednej z melin poznała Mariana K.,
stałego bywalca nie tylko melin, znanego w środowisku pruszkowskim jako
oblatywacza. Nazwano go tak, dlatego, że jak tylko zauważył nową dziewczynę
latał wokół niej tak długo, aż nie siadł na niej i nie rozpoczynał etap
sprawdzania.
Na Grażynie zrobił bardzo dobre wrażenie,
przedstawiając się jako bogaty rozwodnik, o czym nie wiedziała jeszcze jego
żona. Marian obiecał Grażynie, że zajmie się nią jak nikt inny. I słowa
dotrzymał.
Zajmował się Grażyną regularnie,
poświęcając jej więcej czasu niż swej żonie. Przyjmował ją u siebie w godzinach
przedpołudniowych, natomiast w godzinach wieczornych starał się ją ukryć w
starej pralni na strychu, którą wspólnie z Kaziem Górskim wyszykowali dla
własnych potrzeb. Czego baba nie widzi to i sercu nie żal – mieli takie swoje motto.
Dlatego Grażynkę ukrywał przed swoimi znajomymi zamykając ją w pralni, a w
godzinach rannych zabierał ją do domu, gdy żona poszła do pracy.
Grażynka też była zadowolona, bo i kąt
do spania miała nie zły, było to duże dwuosobowe łoże, jedzenie też miała dosyć
a i dorabiała na boku, gdy Marian zapomniał pralnię zamknąć na kłódkę. Brak jej
było jedynie tych głośnych zabaw jak zdarzały się na różnych weselach. Któryś z
kolejnych klientów ujętych jej westchnieniami do pięknej muzyki, przyniósł z
domu zupełnie niezłe radio, ale Marian, gdy zauważył, że Grażynka zaczyna się
od niego coraz bardziej uniezależniać, zaczął się robić coraz bardziej
zazdrosny. Był wprawdzie zaślepiony tą nową miłością, ale na zdradę zareagował
nie tak jak Grażynka się spodziewała. Był okrutny.
W ataku zazdrości sponiewierał
Grażynkę już ostatni raz i to tak mocno, że Grażynka prawie nie wyzionęła
ducha, rzucił ją nagą na łóżko, po czym nawet bez namydlenia złapał maszynkę do
golenia z tępą żyletką sprzed kilku lat i ogolił jej w pionie pół cipy. Po
goleniu jeszcze ze dwa razy skonsumował, nie dezynfekował cipy tylko wypił do
dna z przyniesionej butelki i zasnął zmęczony, snem zaspokojonego.
Grażynka skorzystała z okazji, zabrała
z jego kieszeni pieniądze, jakie miał jeszcze przy sobie, ubrała się i zniknęła
z tego pomieszczenia. Poszła na inną melinę, odczekać, aż odrosną włosy.
Trzeba trafu, że dzielnicowy
doręczając mieszkańcom zaproszenia do spotkań na terenie Komendy, zauważył
Grażynkę, która po wyjściu z Zakładu Karnego nie zgłosiła swojego powrotu.
Dzielnicowy ucieszył się niezmiernie, bo Grażynki poszukiwał również
taksówkarz, który ostatnie zaskórniaki zostawić musiał u cichego doktora,
poszukiwał ją Marian, któremu zabrała ostatnie uczciwie zabrane swojej żonie
pieniądze w niemałej kwocie, poszukiwał ją również Kazio, wspólnik Mariana od
pralni, który domagał się odpowiedzi na pytanie, – dlaczego go tak swędzi to,
czego pani Grażynka używała bardzo często.
A Grażynka? Była po prostu już spokojna. Dla niej w
tej chwili nie było ważne czy ją golono czy strzyżono, wiedziała, że ma dużo
czasu, aby wszystko równo odrosło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz