niedziela, 29 września 2013

Wizyta św. Mikołaja.


          Andrzej T. po wyjściu z „klasztoru” / żargonowe określenie miejsca odosobnienia/, czuł się źle, był wyraźnie niedożywiony. Konkubina, Joasia, starała się jak mogła. Pitrasiła Adrzejowi, co tylko wypatrzyła na bazarze, ale nie mogła mu dogodzić w smaku. Andrzejowi marzyło się coś lekkiego, jakiś rosołek z kury i kura na przykład, w sosie grzybowym, albo jeszcze lepiej, kura lekko podgotowana i później pieczona w piekarniku, obsypana rodzynkami, migdałami lub innymi bakaliami. Marzyło mu się niestety tylko we śnie.
          Gorzej było na jawie. Bo skąd wziąć kuraka. Aby kupić w sklepie trzeba mieć pieniądze, kartkę mięsną i trochę szczęścia. Na bazarze już łatwiej, nie trzeba kartki, ale muszą być pieniądze. Andrzej nie miał niczego poza marzeniami.
          Styczniowej nocy, gdy marzenia zaczęły kuć żołądek niczym kolka wątrobowa, Andrzej przypomniał sobie, że w sąsiedztwie jego starego miejsca zamieszkania, znienawidzona sąsiadka zagarnia codziennie do kurnika, stado kur i kilka kogutów.
          Poczekał o głodzie do późnej nocy, zabrał mały łom, zarzucił worek na plecy i poszedł sprawdzić, czy sąsiadka już śpi. Widząc, że sąsiadka ma zgaszone światło w oknach, zaczął realizować swoje marzenia. Łomem ukręcił kłódkę i po wejściu do kurnika, po omacku zaczął ładować wrzeszczące kury do swojego worka. Wypełniwszy go do połowy, zarzucił na plecy i poganiany wrzaskiem kur, szybko biegnąc zatrzymał się przed drzwiami swojego kompana Józefa K.
Józiowi jak przyjacielowi, zwierzał się ze swoich marzeń i teraz postanowił je zrealizować. Była już północ, gdy zapukał do drzwi domu Józefa, zdyszany niesionym ciężarem.
- Rany – krzyknął Józio po otwarciu drzwi – Mikołaja odstawiasz czy co? – Nie Mikołaja, tylko szykuj gary – szeptem wypowiedział Andrzej – mam kuraki – dodał.
          Dopiero teraz spokojnie otworzyli worek i zobaczyli, że jest sześć kurek i jeden kogut.
- Dawaj koguta – zadecydował Andrzej.
- To może i kurkę, będzie im raźniej – dodał Józio oblizując się obleśnie.
- Będzie – zdecydował Andrzej i przystąpili obaj do oprawiania.
          Nad ranem, gdy podjedli solidnie ogryzając ostatnie kosteczki, do mieszkania ktoś zapukał.
- Kogo licho niesie – zapytał Józio idąc do drzwi mieszkania – czyżby następny Mikołaj?
- Nie Mikołaj, nie Mikołaj, dzielnicowy, otwieraj.
          Józef drzwi otworzył. Nie miał innego wyjścia. Tym bardziej, że z wnętrza worka leżącego koło szafy dochodziło nerwowe gdakanie pozostałych kur.
          Na rozprawie w Sądzie spór toczono zawzięcie o wagę każdego kuraka. Andrzej i Józio udowadniali, że kuraki były bardzo chude, żylaste, że niewiele mieli z nich pożytku. Właścicielka natomiast stała na stanowisku, że dokarmiała je dobrze i swoją wagę miały i właśnie kogut był najdorodniejszy.
- Kogut – dziwił się Józio – to był kogucik, na którego nawet spojrzeć nie chciałem.
- Ale zjadłeś – replikowała właścicielka wzdychając przy tym – miałam ci ja koguta, ale dranie go zjedli.

          Sąd jednak doszedł do wniosku, że kury swoją wagę miały, wartość też i skazał biesiadników, wprawdzie nie po równo, ale powinno ich to na jakiś czas wyleczyć z niestrawnych marzeń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz