Wizyta
św. Mikołaja.
Andrzej T. po wyjściu z „klasztoru” /
żargonowe określenie miejsca odosobnienia/, czuł się źle, był wyraźnie niedożywiony.
Konkubina, Joasia, starała się jak mogła. Pitrasiła Adrzejowi, co tylko
wypatrzyła na bazarze, ale nie mogła mu dogodzić w smaku. Andrzejowi marzyło
się coś lekkiego, jakiś rosołek z kury i kura na przykład, w sosie grzybowym,
albo jeszcze lepiej, kura lekko podgotowana i później pieczona w piekarniku,
obsypana rodzynkami, migdałami lub innymi bakaliami. Marzyło mu się niestety
tylko we śnie.
Gorzej było na jawie. Bo skąd wziąć
kuraka. Aby kupić w sklepie trzeba mieć pieniądze, kartkę mięsną i trochę
szczęścia. Na bazarze już łatwiej, nie trzeba kartki, ale muszą być pieniądze.
Andrzej nie miał niczego poza marzeniami.
Styczniowej nocy, gdy marzenia zaczęły
kuć żołądek niczym kolka wątrobowa, Andrzej przypomniał sobie, że w sąsiedztwie
jego starego miejsca zamieszkania, znienawidzona sąsiadka zagarnia codziennie
do kurnika, stado kur i kilka kogutów.
Poczekał o głodzie do późnej nocy,
zabrał mały łom, zarzucił worek na plecy i poszedł sprawdzić, czy sąsiadka już
śpi. Widząc, że sąsiadka ma zgaszone światło w oknach, zaczął realizować swoje
marzenia. Łomem ukręcił kłódkę i po wejściu do kurnika, po omacku zaczął
ładować wrzeszczące kury do swojego worka. Wypełniwszy go do połowy, zarzucił
na plecy i poganiany wrzaskiem kur, szybko biegnąc zatrzymał się przed drzwiami
swojego kompana Józefa K.
Józiowi jak przyjacielowi, zwierzał się ze swoich
marzeń i teraz postanowił je zrealizować. Była już północ, gdy zapukał do drzwi
domu Józefa, zdyszany niesionym ciężarem.
-
Rany – krzyknął Józio po otwarciu drzwi – Mikołaja odstawiasz czy co? – Nie
Mikołaja, tylko szykuj gary – szeptem wypowiedział Andrzej – mam kuraki –
dodał.
Dopiero teraz spokojnie otworzyli
worek i zobaczyli, że jest sześć kurek i jeden kogut.
-
Dawaj koguta – zadecydował Andrzej.
- To
może i kurkę, będzie im raźniej – dodał Józio oblizując się obleśnie.
-
Będzie – zdecydował Andrzej i przystąpili obaj do oprawiania.
Nad ranem, gdy podjedli solidnie
ogryzając ostatnie kosteczki, do mieszkania ktoś zapukał.
-
Kogo licho niesie – zapytał Józio idąc do drzwi mieszkania – czyżby następny
Mikołaj?
-
Nie Mikołaj, nie Mikołaj, dzielnicowy, otwieraj.
Józef drzwi otworzył. Nie miał innego
wyjścia. Tym bardziej, że z wnętrza worka leżącego koło szafy dochodziło
nerwowe gdakanie pozostałych kur.
Na rozprawie w Sądzie spór toczono
zawzięcie o wagę każdego kuraka. Andrzej i Józio udowadniali, że kuraki były
bardzo chude, żylaste, że niewiele mieli z nich pożytku. Właścicielka natomiast
stała na stanowisku, że dokarmiała je dobrze i swoją wagę miały i właśnie kogut
był najdorodniejszy.
-
Kogut – dziwił się Józio – to był kogucik, na którego nawet spojrzeć nie
chciałem.
-
Ale zjadłeś – replikowała właścicielka wzdychając przy tym – miałam ci ja
koguta, ale dranie go zjedli.
Sąd jednak doszedł do wniosku, że kury
swoją wagę miały, wartość też i skazał biesiadników, wprawdzie nie po równo,
ale powinno ich to na jakiś czas wyleczyć z niestrawnych marzeń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz